Himalajskie lekcje

Wiele spotkań z polskimi himalaistami, obejrzane filmy z wypraw w najwyższe góry świata, wspaniałe książki i reportaże o tematyce wysokogórskiej od lat wzbudzały chęć wyjazdu do Nepalu i poznania jednej z tras trekkingowych. Jest ich dość dużo, są bardzo zróżnicowane. Tymi wysokogórskimi ścieżkami turystycznymi można wybrać się pobliże większości szczytów ośmiotysięcznych. Można penetrować niżej położone tereny, dotrzeć do różnych plemion zamieszkujących zbocza Himalajów. Trasy trekkingowe często przekraczają wysokości 5000 m n.p.m., na przebycie ich potrzeba od 8-10 dni do ponad 4 tygodni.

himalajskie pejzażeNasz wybór pada na jedną z krótszych i bardziej popularnych tras do Sanktuarium Południowej Annapurny. Dotarcie do tego punktu trwa około 5-7 dni, a powrót jest krótszy o 2-3 dni. Punktem wyjściowym jest niewielka wioska Naya Pul położona o godzinę jazdy samochodem z Pokhary. Poza małymi drewnianymi chatami tubylców jest tu duże turystyczne centrum usługowo-handlowe. Są tu liczne bary, restauracje, sklepy z artykułami spożywczymi, a także komisy ze sprzętem wysokogórskim. Bez problemu można tu nabyć buty górskie, raki, plecaki, namioty, śpiwory, butle gazowe i cały inny sprzęt potrzebny do wysokogórskiej wędrówki. Nie brakuje tu też lokalnych agencji turystycznych, w których można wynająć przewodnika, tragarzy, kucharzy, a także muły, które będą pomocne w transporcie bagażu. Jest też bardzo ważny punkt, w którym można zakupić permit czyli zezwolenie na wejście na szlak trekkingowy. Zezwolenie takie na dojście do Sanktuarium Południowej Annapurny kosztuje 1000 RpN tj. ok. 15 USD.

Wszystkie te ważne instytucje znajdują się w niewielkich drewnianych barakach. Zupełnie nas one nie interesują. Sprzęt wysokogórski mamy swój podobnie jak mapy i przewodniki, z wyżywienia zamierzamy korzystać w schroniskach. Daje to możliwość poznania miejscowej kuchni, a do tego ceny są bardzo umiarkowane. Ciepły, dwudaniowy posiłek, w schronisku to wydatek rzędu 1-2 USD. Z pomocy przewodników i tragarzy też nie zamierzamy korzystać, a permit wykupiliśmy już wcześniej w Pokharze. Inne „białasy”, a jest tu trochę turystów z różnych części świata: Słowacy, Szkoci, Australijczycy, Żydzi, Japończycy robią jeszcze ostatnie zakupy i wynajmują przewodników i tragarzy.objuczona karawana mułów na szlaku

Nas ciągnie już w góry. Startujemy z poziomu 1070 m n.p.m., a Sanktuarium Południowej Annapurny położone jest na wysokości ok. 4200 m n.p.m. Czyli do podejścia jest trochę ponad 3 km w górę. Już na początku szybko uczymy się himalajskiej orografii. Góry poprzecinane są licznymi, bardzo głęboko wciętymi dolinami rzecznymi, więc co rusz wysokość, którą zdobędziemy z takim wysiłkiem podchodząc do góry szybko tracimy schodząc do kolejnej doliny. Każdego dnia będziemy mijać po kilka takich rzek i rwących potoków himalajskich. Nasze wyjście w góry z Naya Pul zaczyna się od stromego zejścia do pierwszej doliny rzecznej. W dole widzimy dobrze nam znane z filmów i zdjęć słynne wiszące mosty himalajskie. Na przejście przez ten most musimy jednak długo oczekiwać, gdyż z przeciwnej strony idzie właśnie duża kawalkada obładowanych mułów, a one na pewno nie ustąpią pierwszeństwa trekkerom. Zwierzęta te widząc przed sobą strome podejścia usiłują się wycofać na mostach, poganiacze mają dużo pracy, a dla nas jest to okazja do zrobienia pierwszych himalajskich zdjęć. Zaczyna się pierwsze bardzo ostre i strome podejście, najpierw podchodzimy po ułożonych kamiennych schodach, a dalej wiodą nas do góry tradycyjne zakosy. Gdy wchodzimy na płaskowyż zaczynają się pola uprawne, na których pracują kobiety, ich narzędzia to motyki i sierpy. Kilka młodych kobiet ma na plecach przytroczone małe dzieci.uprawa zbóz wysoko w górach

Dostajemy tu kolejną lekcję himalajskiej geografii. Jest wczesne popołudnie na przełomie kwietnia i maja, a więc nadchodzi już powoli monsun, musi więc padać deszcz. Opad jest intensywny i trwa około dwóch godzin, dobrze, że w pobliżu jest zadaszona restauracja, w której wypijamy dobrą nepalską herbatę i regenerujemy nieco nadwątlone siły. Idąc dalej do góry mijamy kolejne himalajskie wioski, wszyscy witają nas bardzo serdecznie, kłaniają się trzymając złożone przed sobą dłonie i pozdrawiając nas tradycyjnym „namaste”.namaste - himalajskie powitanie W pewnej odległości za nami idą tragarze, którzy na każdym naszym odpoczynku podchodzą do nas pytają o nasze siły i proponują swoje usługi. Miło ale zdecydowanie im odmawiamy, a oni dalej liczą na nasze zmęczenie. Tempo naszego podejścia nie jest imponujące, dużo szybciej poruszają się miejscowi tragarze, którzy często nas mijają. Podziwiamy ich nie tylko za tempo marszu i ogólną sprawność ale często za ubiór i sprzęt. Część z nich ma buty wysokogórskie ale bardzo wielu tragarzy wspina się w japonkach. Gdy zaczyna padać deszcz wyjmują ze swoich bagaży parasole. Towary na górę rzadko transportowane są w plecakach, częściej do tego służą worki, torebki foliowe. Największe nasze zdziwienie budzą tragarze, którzy na plecach dźwigają potężne druciane klatki, a w nich setki kur, które są podstawowym menu dla turystów.

mijamy kolejną wioską w HimalajachPo ośmiu godzinach wędrówki osiągamy w końcu Gest House Kimche położony na wysokości 1640 m n.p.m. i tu zatrzymujemy się na nocleg chociaż według naszego planu powinniśmy dojść jeszcze trochę wyżej do Ghandrungu, ale plecaki są ciężkie, a siły trochę nadwątlone.

Zrzucając z ramion plecaki możemy w końcu wypić zasłużone piwo i podziwiać wspaniałe himalajskie widoki, przed nami słynna, piękna Machupuchare – święta dla Nepalczyków i niezdobyta przez człowieka góra, a zaraz obok Annapurna. Widok zapiera dech, już dla niego warto było podjąć ten trud, a do tego mamy świadomość, że każdego dnia będziemy bliżej tej góry.

Po krótkim odpoczynku i podziwianiu himalajskich pejzaży pytamy właścicieli obiektu o pokoje. Dostajemy je bez problemu, cena abstrakcyjnie niska poniżej 1 USD, adekwatnie do warunków podłoga to klepisko, ściany pokryte glinianą zaprawą, a „w pokoju” znajdują się trzy prycze z siennikami i świeca. Brak elektryczności. Po trudach wędrówki rozglądamy się za prysznicami i trafiamy do pomieszczenia z napisem hot shower, a tu wiadro z wodą, która kiedyś była letnia i niewielka miseczka do polewania się wodą. Kąpiel trwa krótko. Przy okazji odrabiamy kolejną himalajską „lekcję”, po rozmowie z gospodarzami dociera do nas, że kąpiąc się w zimnej wodzie postępujemy bardzo ekologicznie. Nie przyczyniamy się do niszczenia miejscowych lasów, gdyż podgrzewając wodę trzeba byłoby ją ogrzać na piecu, w którym pali się drewnem.

kobiety w Himalajach nie rozstają się ze swoimi najmłodszymi pociechamiNiestety nie do końca chronimy nepalską przyrodę gdyż decydujemy się na gorącą kolację. W niewielkim schronisku karta dań jest imponująca, do wyboru około 70 dań. Nie chcemy wydziwiać i wybierać zbyt skomplikowanych i czasochłonnych potraw, wszak jesteśmy mocno głodni i śpiący, tu daje o sobie znać różnica czasu pomiędzy Polską a Nepalem. Zamawiam zupę pomidorową i ryż z warzywami, okazuje się, że w kuchni brak pomidorów, więc kucharz wysyła małego, kilkuletniego chłopca do sąsiedniej wsi po pomidory. Po tak długo oczekiwanej kolacji wszystko nam bardzo smakuje.

W następnym dniu mamy do odrobienia niezrealizowany odcinek drogi. Wiemy już, że opisanych w przewodniku 10 godzin na przejście danego odcinka drogi, to faktycznie 10 godzin marszu, nie uwzględnia ono, tak jak u nas w Tatrach, czasu na odpoczynek czy posiłek. Wytrwale podążają za nami nasi chętni do podjęcia pracy tragarze. My jesteśmy podobnie wytrwali jak oni i zdecydowanie odmawiamy. Na szlaku mijamy wysokogórski posterunek policji, gdzie sprawdzają nam permity. Ciągle dobrze nam znane już podejścia i później zejścia do dolin rzecznych. Cały dzień góra – dół – góra. Po południu deszcz zwiastun monsunu. Wpadamy już w pewien rytm, idziemy też szybciej. Dziś są moje imieniny, chcemy być szybciej w schronisku i uczcić to bardziej wystawną kolacją. Już wiemy, że po przyjściu do schroniska w pierwszej kolejności należy zamówić posiłek i tak robimy, ale popełniamy kolejny błąd każdy zamawia inne danie. Jedzenie super, ale czekamy na nie dwie i pół godziny. Wcześniejsze przyjście do schroniska ma swoje niewątpliwe zalety, jedną z nich jest chociażby letnia woda do kąpieli. Przez cały dzień słońce zdążyło podgrzać wodę tak, że nadaje się do kąpieli. Chętnie korzystamy z tej odrobiny luksusu.

W oczekiwaniu na posiłek wdajemy się w dłuższą pogawędkę z miejscową kelnerką. Ta miła młoda kobieta jest bardzo zapracowana, w godzinach rannych pracuje w szkole jako nauczycielka m.in. uczy też geografii. Temat który nas bardzo interesuje, gdyż większość z nas jest geografami. Z zainteresowaniem wypytujemy o program realizowany na lekcjach geografii. Nauka tego przedmiotu ogranicza się praktycznie do najbliższej okolicy. Uczniowie winni posiąść wiedzę o dolinie, w której mieszkają, o najbliższych szczytach oraz o największej w pobliżu wiosce. Ta wiedza jest dla nich wystarczająca, po co mają się uczyć o ziemiach, do których nigdy nie dotrą. W szkole należy posiąść wiedzę najbardziej użyteczną i przydatną w życiu. Mało kto z mieszkańców doliny był w pobliskiej Pokharze, nie mówiąc już o stolicy kraju Kathmandu.

odpoczynek młodego tragarzaW pierwszej chwili jesteśmy trochę zaskoczeni, ale po chwili uświadamiamy sobie postęp jaki tu się dokonał, ze w ogóle działają szkoły i rodzice posyłają do nich dzieci. Myślę, że w kolejnych latach dalszy rozwój trekkingu i większa ilość turystów spowodują dalsze zmiany życia tutejszych plemion. Już dziś wielu mieszkańców doliny żyje z obsługi turystów, dla których zapewniają noclegi, wyżywienie, a także usługi przewodnickie oraz pełnią funkcję tragarzy. Stawki za w/w usługi nie są zbyt wygórowane nawet dla dość biednych turystów. Przewodnikowi za jeden dzień pracy trzeba zapłacić około 5 USD.

Ze względu na moje nadwątlone po malarii siły decydujemy się w końcu na skorzystanie z usług miejscowego przewodnika i tragarza. W dalszej wędrówce będą nam towarzyszyć dwaj miejscowi górale. Ken to 38-letni Ghurung, o typowo tybetańskiej urodzie, z wyjątkowo ciemną karnacą skóry. Jest bardzo komunikatywny i kontaktowy dobrze mówi po angielsku. Od razu czujemy do siebie wzajemną sympatię. Ujmujemy go swoją bezpośredniością i brakiem barier w kontaktach. Dzięki temu udaje się nam zdobyć od Kena dużo ciekawych informacji.na himalajskich szlakach

Dowiadujemy się od niego, że ma dużą rodzinę. Żona z trójką synów mieszka w Pokharze, gdzie w pobliżu lotniska prowadzi chińską restaurację. Ken stara się odwiedzać rodzinę raz w miesiącu. Na co dzień razem z siostrą prowadzi w Chomrungu niewielki hotelik i restaurację, a w Naya Pul ma 15 osłów, które wynajmuje tragarzom. Na ten niewątpliwy majątek zarobił pracując ponad 3 lata jako przewodnik górski w Korei. Dziś też chętnie wyrusza z turystami na himalajskie szlaki. Wielu z nich poza pieniędzmi, w dowód wdzięczności zostawia mu drobne upominki. Z jednego z nich jest bardzo dumny, ma stare mocno zużyte buty narciarskie, w których wyrusza z nami na wędrówkę.

Drugi towarzysz naszej eskapady to bardzo młody, 16-letni chłopak, który na co dzień pracuje na roli. Mongoł, bp tak brzmi jego imię, jest bardzo nieśmiały, nie zna angielskiego, jest z niższej kasty. Stara się cały czas trzymać na uboczu. Pełni tylko funkcję tragarza, w odróżnieniu od Kena, który okazał się dobrym przewodnikiem i wspaniałym strategiem. Udało mu się tak zaplanować naszą wędrówkę, abyśmy w dobrej formie i o właściwym czasie docierali do wszystkich docelowych punktów.

kolejny spotkany tragarzWchodzimy coraz wyżej zmienia się roślinność, klimat i krajobraz. W niższych partiach gór mogliśmy podziwiać pięknie, tarasowo położone pola uprawne, później weszliśmy w strefę miejscowej dżungli, gdzie towarzyszyły nam stada małp i ptaków, a także mogliśmy oglądać kwitnące różaneczniki- symbol miejscowych lasów. Wyżej zaczynały się już lodowce oraz typowy krajobraz związanych z ich działalnością, tj. moreny boczne i czołowe, jeziora polodowcowe, a także charakterystyczna U-kształtna dolina polodowcowa ze słynnymi wiszącymi mostami.

W ciągu dnia w słońcu temperatura jest dość wysoka, ale poranki i wieczory są już bardzo zimne. Wieczory są dość długie bo zmrok zapada już około 19, więc spędzamy je wspólnie z Kenem w schroniskowych jadalniach. Dzielimy się z nim smakołykami zabranymi z Polski, a sami chętnie poznajemy smaki miejscowych potraw. W oczekiwaniu na posiłek Ken śpiewa nam nepalskie piosenki, my uczymy go polskich. Widząc dobrą zabawę przyłącza się do nas właścicielka hoteliku, specjalnie dla nas zaczyna tańczyć. Robi się niezapomniana atmosfera, wieczór który będzie się długo wspominać. Inni turyści, głównie z Europy Zachodniej patrzą na nas dość dziwnie. Nie siedzą oni przy wspólnym stole ze swoimi przewodnikami i tragarzami, izolują się od nich. W dużym skupieniu planują sami kolejne dni, uzupełniają swoje notatki, grają w karty i czytają książki.

Po typowej nepalskiej kolacji tj. dalbacie czyli ryżu z warzywami i ostrym sosem chilli przychodzi pora na wieczorną modlitwę Kena. Modli się przy nas na buddyjskim „różańcu”, który jest bardzo podobny do islamskich. Modlitwa jest też jednocześnie pewnym rodzajem wróżby, przepowiedni. Wg Kena jutro ma być pogodny doby do wędrówki dzień.

turystyczna baza na szlaku do Sanktuarium AnnapurnyW nocy pada deszcz, poranek jest pochmurny, góry gdzieś zginęły w chmurach, ale później się rozpogadza. Przed nami wspaniały widok na Machapuchre – świętą górę Nepalczyków. Mijamy gaj bambusowy i fundamenty starego schroniska zniszczonego przez lawinę. W pewnym momencie idąc po niewielkim lodowcu, czuję jak firn pode mną się zapada i grzęznę po pas w śniegu czując jak w dole płynie podlodowcowy strumień. Wieczorem docieramy do pięknie położonego schroniska w Machapuchre Base Camp na wysokości 3750 m n.p.m. Po niewielkiej kolacji, bez wieczornej kąpieli szybko idziemy spać, do dyspozycji mamy drewniane leżanki, niezbyt wygodnie i jest do tego bardzo zimno. Pod parapetem okna zalega głęboka warstwa śniegu. Trzeba się zregenerować i oszczędzać siły po jutrzejsze podejście do Annapurna Base Camp.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, grubo przed świtem. Gdy inni jeszcze śpią, bądź leżą w śpiworach, my szybko wypijamy gorącą herbatę i ruszamy do góry. Ciężkie plecaki zostawiamy w schronisku, zabieramy tylko najbardziej potrzebny sprzęt i termosy z ciepłym piciem. Pogoda nam sprzyja, niebo bezchmurne. Początkowo widzimy góry oświetlone przez księżyc, później następuje bajeczny, kolorowy wschód słońca. Ken dba abyśmy nie szli zbyt szybko i pilnuje żeby we właściwy sposób rozłożyć siły. Jesteśmy w samym środku gór, gdzie nie spojrzeć piękne, majestatyczne, ogromne szczyty pokryte śniegiem i lodem. Jest tak pięknie, że nie czujemy trudów wędrówki, a podejście wydaje się nam wyjątkowo krótkie i łatwe. Jeszcze tylko konieczność wdrapania się na wysoką morenę i mamy możliwość podziwiania najwspanialszej himalajskiej panoramy. Przed nami: Annapurna I, Annapurna South III, Huinchuli, Machapuchare i inne nierozpoznane przez nas szczyty. Dla tego widoku, dla tej chwili warto było podjąć wszelkie trudy. Rozkoszujemy się tą chwilą, robimy liczne zdjęcia i cieszymy się samotnością w górach. Inni turyści nie zdążyli tu jeszcze dojść. Zaskakuje nas widok tragarza, który dotarł w to miejsce w japonkach.

miejsce kultu religijnego W schronisku położonym na wysokości 4230 m n.p.m. zjadamy śniadanie, widzimy docierających powoli turystów, a także chmury, w których zaczynają ginąć wspaniałe himalajskie szczyty. Zdajemy sobie wtedy sprawę, że pewnie gdyby nie nasz Ken, nie dotarlibyśmy tu tak wcześnie i nie moglibyśmy tak długo cieszyć się wspaniałymi himalajskimi panoramami.

z mgieł i chmur wyłania się ściana Annapurny

 

 

 

 

 

 

Jarosław Fischbach

 

 

Zostaw Komentarz