Kilimandżaro cz. IV – Podnoście wyżej nogi bo strasznie kurzycie, czyli nocne wejście na szczyt

 

Wstajemy kilka minut przed północą. Ubieranie się trwa krótko, bo leżeliśmy już odziani w kilka warstw ubrań. Nasi przewodnicy podają nam gorącą herbatę i po kilka herbatników. O północy stoimy przed schroniskiem, gotowi do wymarszu. Czeka nas tym razem podejście ponad 1100 m w górę, trasa jest ciężka z ostrymi podejściami. Ścieżka zakosami wznosi się ostro ku górze. Zaskakuje nas temperatura powietrza jest stosunkowo ciepło, tylko kilka stopni poniżej 0oC. Pięknie rozgwieżdżone niebo i księżyc w pełni oświetlają doskonale nasza trasę. Przygotowane wcześniej latarki okazują się niepotrzebne. Jest prawie bezwietrznie. Przewodnicy ustawiają nas w szeregu, na czele idzie Arusha główny przewodnik, za nim kobiety, a grupę „zamyka” – Alfred – asystent przewodnika. Idziemy wolno, tak aby tracić jak najmniej sił, wydaje się nam, że wysokość zdobywamy dość szybko. Dopiero rzut oka na widoczny cały czas Mawenzi uświadamia nam na jakiej wysokości jesteśmy. Cały czas poniżej 5100 m n.p.m. wpływa to na nas deprymująco, jeszcze tak wysoko, tak dużo podejść aby osiągnąć wymarzony punkt Gillmansa, czyli krawędź krateru.

Księżyc świeci nam prosto w twarz, idąc do góry widzimy cień swojego poprzednika, jest on naszym drogowskazem. Staramy się utrzymać właściwy rytm, tempo marszu, regulować swoje oddechy. Wchodzimy w stosunkowo wysoki żleb wypełniony żwirem i piaskiem. Sił ubywa, idzie się coraz trudniej, zaczyna brakować tchu. To pierwsze symptomy choroby wysokogórskiej. Robi się coraz chłodniej, czujemy silne podmuchy zimnego wiatru. Nagle z tyłu rozległa się prośba jednego ze współtowarzyszy wyprawy, „podnoście wyżej nogi, bo strasznie kurzycie”. Dobrze nam robi krótki odpoczynek. W załomach skalnych osłonięci od wiatru wypijamy po kilka łyków gorącej herbaty. W dole widać światła leżącego u podnóża Kilimandżaro – Moshi oraz pożar dżungli w okolicach schroniska Mandara, w nocy wygląda to niesamowicie. W końcu widzimy, że osiągnęliśmy już wysokość Mawenzi, czyli trochę ponad 5 100 m n.p.m. Jest 3 00 w nocy, do świtu pozostało około 3 godzin i tyle powinno nam wystarczyć na osiągnięcie punktu Gillmansa.

Sił jednak coraz mniej, w końcu przydają się bezużyteczne do tej pory kijki narciarskie. Robi się coraz zimniej, zaczynają drętwieć z zimna palce u nóg. Podejście staje się jeszcze bardziej strome, księżyc ginie za krawędzią krateru, robi się ciemniej i coraz bardziej wietrzenie. Czuję, że zaczynam tracić siły. Czy dam radę ? Do szczytu już niedaleko, nie mogę wycofać się pierwszy, muszę pokonać pierwsze oznaki kryzysu. Momentami tracę świadomość, widzę tylko buty kolegi idącego przede mną. Jedynym problemem w tej chwili jest świadomość by nie stracić tych butów z pola widzenia. Tak mijają kolejne dwie godziny. Większość z nas przeżywa takie chwile załamania, niepewność i słabość. Otuchy dodaje nam najsilniejszy w grupie, to bardzo pomaga w tych trudnych chwilach. Jeszcze ostatnie bardzo strome podejście i tuż przed świtem jesteśmy na krawędzi krateru, osiągnęliśmy punkt Gilmansa leżący na wysokości 5685 m n.p.m. Chronimy się przed silnym wiatrem za jednym z załomów skalnych, za moment będę mógł podziwiać jeden z piękniejszych wschodów słońca, olbrzymia czerwona kula wynurzy się z za masywu Mawenzi wspaniale go oświetlając.

Wielu z naszych poprzedników osiągnęło punkt Gillmansa, w podobnej lub jeszcze gorszej formie stąd wiele miejsc jest pokrytych grubą warstwą wymiocin. Zbieramy trochę sił by sobie wzajemnie pogratulować. Jest tak zimno, że nie ma sensu dalej tu tkwić, z ulgą myślę o zejściu w dół. Z drugiej strony świadomość, że do najwyższego punktu Kilimandżaro Uhuru Peak leżącego na wysokości 5895 m n.p.m. pozostało jeszcze półtorej godziny marszu nie daje mi spokoju. Za namową pozostałej części naszej ekipy wszyscy ruszamy dalej ku głównemu wierzchołkowi. Rozległe dno krateru, krawędzią którego idziemy do góry, pokryte jest ciemnymi, ciężkimi skałami wulkanicznymi i grubym kilku, kilkunastometrowym lodowcem. Co za wspaniały widok, jakże różne są jego barwy od przeźroczystego lodu poprzez biel aż do zieleni. Trawersując zbocze idziemy przez kilka minut osłonięci od wiatru. Chciałbym zrobić dużo zdjęć, ale brakuje siły. Przechodzimy przez słynne pole penitentów. Są tylko dwa miejsca na świecie, gdzie one występują, drugi znajduje się na stokach Aconcaguy, miałem okazję już je podziwiać.

Zaczynam się zataczać, tracić oddech, na ugiętych nogach, słaniając się wchodzę na szczyt. Co za szczęście, całej naszej grupie 5 os. udało się zrealizować plan wyprawy, chociaż mogło być jeszcze lepiej – wyjazd planowaliśmy w 8 osób z różnych względów zabrakło trójki. Na szczycie polskie spotkanie, o tej samej porze szóstka naszych znajomych z Poznania osiągnęła również „dach Afryki”, wchodząc na niego inną drogą. Robimy zdjęcia, rozwieszamy polski proporczyk, wpisujemy się do pamiątkowej księgi. W euforii odzyskuję na moment siły. Serdecznie nam gratulują nasi przewodnicy, my jesteśmy też im bardzo wdzięczni za pomoc i serdeczną, troskliwą opiekę. Uświadamiam sobie, że Arusha cały czas niósł moją kamerę, wypada mi z niej skorzystać. Dzięki temu ostatkiem sił robię kilka ujęć. Jeszcze tylko zdjęcia kolejnych pól lodowych, penitentów
i w głowie kołacze się myśl aby jak najszybciej zejść w dół.

Zostaw Komentarz