Polowałem na krokodyle

W trakcie swojej długiej wędrówki po Brazylii, zamierzam choć kilka dni spędzić w Pantanalu, stanowiącym jeden z największych na świecie rezerwat dzikich zwierząt. Docieram do niewielkiej miejscowości Coxim leżącej nad jedną z większych rzek stanu Mato Grosso do Sul nad rzeką Taquari. Jedyną możliwością penetracji Pantanalu jest wynajęcie łodzi i spływ w dół rzeką, w stronę miasta Corumba położonego na pograniczu Brazylii i Boliwii. Niestety, w Coxim nikt zawodowo nie para się organizacją rejsów – wypraw dla turystów. Mocno zniechęceni po kilkugodzinnych nieudanych próbach zdobycia łodzi, trafiamy do jednej z niewielkich resteuracyjek. Obsługuje nas miły właściciel, z pochodzenia Rumun, zarażamy go naszym zwariowanym pomysłem. Chce nam pomóc i doskonale wie do kogo musimy się wspólnie udać. Na wyprawę z nami po Taquari decyduje się Joao Bosco właściciel przedsiębiorstwa zajmującego się połowem i przetwórstwem ryb. Tym razem mamy szczęście, gdyż czas w którym jesteśmy w Pantanalu to okres ochronny, w którym nie wolno łowić ryb, więc przedsiębiorstwo Joao Bosco pracuje na mocno zwolnionych obrotach.

nasza barka na woadach Taquari Ustalamy, że nasi nowi znajomi zorganizują dla nas 7-dniowy rejs w dół rzeki. Rozpoczyna się błyskawiczne kompletowanie załogi. Kucharzem zostaje nasz znajomy Ernesto. W krótkim czasie dokoptowano dalszych 6 członków załogi. W rejs wyruszamy następnego dnia. Musimy jeszcze dokonać niezbędnych zakupów, głównie artykułów spożywczych. Kupujemy wiele wiktuałów – poza mięsem praktycznie wszystko – o nie będziemy się starać sami w trakcie wyprawy. Wieczorem siadamy przed restauracją przy stolikach wystawionych bezpośrednio na ulicę. Poznajemy pozostałych członków załogi i rozkoszujemy się wspaniałą, olbrzymią – ważącą ponad 10 kg rybą – pintado złowioną w Taquari. Z naszej biesiady robi się festyn, w którym uczestniczy wielu mieszkańców Coxim. Cóż za różnorodność ras i typów, wszystkie barwy i odcienie kolorów skóry. Pantanal od kilku stuleci przyciągał liczne rzesze migrantów. Na tereny zamieszkiwane początkowo przez plemiona indiańskie w XVII wieku zaczęli przybywać biali osadnicy w celu pojmania Indian jako taniej siły roboczej. Zaczeli zakładać tu swoje olbrzymie posiadłości rolnicze – fazendy. Do pracy na roli przywozili ze sobą murzyńskich niewolników. W późniejszym okresie przybywali tu licznie poszukiwacze diamentów i złota. Nasz miły wieczór przy dźwiękach gitary i licznych piosenkach brazylijskich i polskich przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

bajecznie kolorowy wschody słońca nad TaquariNastępnego dnia już od rana trwa załadunek barki. Jak się okazuje jest to stara 20-letnia, rozklekotana drewniana łajba, ale za to jak wyposażona. Jest tu nawet duża czteropalnikowa kuchnia gazowa z olbrzymią butlą gazową. Do dyspozycji dostajemy też dwie znacznie mniejsze i szybsze łodzie wyposażone w silniki Yamaha. Po wypłynięciu szybko opuszczamy ostatnie zabudowania Coxim. Przed nami wysokopienny busz, zwany tu mato, porastający oba brzegi Taquari. Woda w rzece wydaje się mętna, jest koloru rdzawo – brązowego, niesie duże ilości zawiesiny. Z każdym przepłyniętym kilometrem rozlewiska Taquari stają się coraz rozleglejsze, pojawiają się liczne wyspy, duże kempy szuwarów. Pod koniec dnia widzimy liczne stada dużych krokodyli wygrzewających się na łachach piasku w ostatnich promieniach słońca. Na nocleg zatrzymujemy się na jednej z olbrzymich fazend – Ilha Grande. Robi ona na nas niesamowite wrażenie. Położona jest w samym środku niedostępnych rozlewisk, nie można dostać się do niej żadną drogą kołową. Jedynymi środkami transportu są tu łodzie bądź helikopter. Wielkości fazendy nie potrafi nikt dokładnie określić, ciągnie się ona po kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę. Jedynymi mieszkańcami są tu dwaj mężczyźni – stary zarządca Murzyn wraz ze swym 11-letnim synem. Na nocleg udajemy się do specjalnie przygotowanego w tym celu pawilonu z dwoma sypialniami i łazienkami. Dookoła dżungla, odgłosy bardzo licznych ptaków, wspaniały wieczorny koncert.

na barce nie było łóżek, spaliśmy w hamakach Dociera do naszej świadomości, że wiele przedmiotów, które służą nam do codziennego użytku jest tu zbytecznych, np. zegarki. Od dziś rytm dnia wyznaczać nam będzie wędrówka słońca po nieboskłonie. Nie chcemy przegapić żadnego z niezapomnianych wschodów i zachodów słońca. Dlatego następnego dnia wstajemy przed świtem i obserwujemy jak budzi się cała przyroda, jak o wschodzie słońca rozpoczyna się nowy ptasi koncert, jak z buszu wyfruwają różnorodne gatunki papug. Po kilku minutach pojawiają się przedstawiciele odmiany miejscowych bocianów – tuiuiu – duże ptaki z czerwonymi dziobami, czarną długą szyją i białym upierzeniem tułowia. Bajecznie kolorowo wyglądają też tukany z wielkimi czerwonymi dziobami. Około południa rozpoczynamy polowanie na jacares, czyli na brazylijskie aligatory. W jedno z rozlewisk rzecznych wpływamy na małej motorowej łodzi. Na piaszczystym brzegu w słońcu wyleguje się z krokodyl. Jeden z członków załogi, Orlando strzela do niego, raniąc go w łapę. upolowany krokodyl trafił na naszą barkęZwierzę w popłochu, szybko ucieka i ginie w nurtach rzeki, aby po kilkunastu minutach, gdy już straciliśmy wszelką nadzieję ponownie się pokazać na powierzchni wody. Drugi strzał trafia gada w okolice oka, jest on częściowo sparaliżowany i daje się łatwo złapać na lasso. Po dobiciu krokodyla i jego przetransportowaniu na barkę swoim kunsztem wykazuje się kucharz. Sprawnie ściąga skórę z krokodyla, odcina ogon, z którego mięso jest najsmaczniejsze. Tułów wyrzuca do rzeki. W tym momencie mamy możliwość zobaczenia z jaką szybkością stado piranii rozprawia się ze swoją ofiarą. Do skonsumowania kilkudziesięciu kilogramów mięsa potrzeba im zaledwie kilkadziesiąt sekund. Mięsem z ogona krokodyla rozkoszujemy się długo, wystarcza nam na kilka solidnych posiłków. Mięso jest białe, bardzo delikatne, kruche i smaczne.

Początek polowaniaKolejne dni spędzamy ponownie na polowaniu i dalszym obżarstwie. Łupem naszym padają m.in. dzikie świnie, sarna, liczne gatunki ptaków m.in. mutum – rodzaj głuszca, duży tuiuiu o rozpiętości skrzydeł ok. 2 m. Mięso z nich już nam nie smakuje tak jak z krokodyla, jest dużo bardziej żylaste i twarde. Udaje się nam także złowić wiele ryb, w wodach Taquari jest to wyjątkowo łatwe. Niepotrzebna jest nawet wędka, wystarczy kawałek żyłki z haczykiem nawiniętej na plastikową butelkę po wodzie mineralnej. Najczęściej wyciągamy kilkunastocentymetrowe piranie. Musimy się nauczyć zdejmowania ich z haczyka. Piranie są wyjątkowo żywotne usiłują przegryźć haczyk, wystarczy jeden nieostrożny ruch i można pożegnać się z palcem. Znacznie rzadziej łowimy inne gatunki ryb. Kilka razy wyciągnęliśmy pacu, mięso tej ryby w odróżnieniu od piranii jest jadalne i smaczne, jest ono tłuste, delikatne i bez ości. Udało się nam także złowić feroę, rybę która przy pysku ma długie wąsy, po bokach duże ostre kolce, płetwy także zakończone są ostrą ością – kolcem.autor ze złowioną piranią

Wieczorami po upalnych, gorących dniach nie możemy sobie odmówić przyjemności kąpieli w Taquari. Wchodząc do wody odczuwamy duży niepokój, może tu na nas czekać wiele niebezpieczeństw : krokodyle, piranie, a także araje duże ryby – płaszczki z kolcem zaopatrzonym w substancje trujące. Mamy szczęście i nie spotykamy się bezpośrednio z żadnym z tych stworzeń.

Tekst i zdjęcia : Jarosław Fischbach

Zostaw Komentarz