Polscy misjonarze w Laja

Laja to stara, niewielka osada położona na Altiplano, w odległości tylko 40 km od stolicy Boliwii – La Paz. Jednak przejazd tak niewielkiego odcinka zajmuje nam prawie godzinę.

Na boliwijskich bezdrożachPoczątkowo samochód ostro wspina się z centrum La Paz do jej nowej dzielnicy El Alto, położonej na wysokości 4 tys. m n.p.m. Tu kończy się asfalt, dalej już tylko droga szutrowa, która doprowadza nas na plac w centrum Laja.

Podziwiamy wspaniały krajobraz Altiplano, jednego z najwyżej na świecie położonego płaskowyżu. Na horyzoncie widoczne są wysokie, ośnieżone szczyty Andów, ich wierzchołki sięgają 6 tys. m n.p.m. Odczuwamy skutki dużej wysokości : oddech jest krótszy, wszystkie czynności wykonujemy w zwolnionym tempie.

Kościól w Laja Laja słynie z pięknego, jednego z najstarszych w Boliwii kościołów, wzniesionego przez hiszpańskich konkwistadorów. Hiszpanie posuwając się w głąb kontynentu od Pacyfiku , po przejściu Andów, w miejscu dzisiejszej Lajy, mimo dość surowych warunków klimatycznych, postanowili wznieść główne miasto regionu. Budowę rozpoczęli od dużego kościoła. Dopiero kilka lat później, podczas penetracji okolic odkryto dużą kotlinę – obniżenie śródgórskie, teren bardziej dogodny dla osiedlenia europejczyków, z dogodniejszymi warunkami klimatycznymi (słabsze wiatry, wyższa temperatura). Wtedy to zapadła ostateczna decyzja o zmianie lokalizacji stolicy regionu. Nowo wybudowane miasto otrzymało nazwę La Paz (pokój).

W Laja od lat proboszczem jest polski misjonarz, Werbista Ojciec Krzysztof Bielasik. Naszą wizytą jest bardzo zaskoczony, polscy turyści w Laja są rzadkością. Cieszymy się wzajemnie z tego spotkania. Okazuje się że wraz z Ojcem Krzysztofem są w parafii także dwaj inni polscy misjonarze : ksiądz Józef Bielasik i młody kleryk Werbista z Wrocławia Marek. Obaj wcześniej przygotowywali się do pracy misyjnej ucząc się nowego dla nich języka hiszpańskiego na południu Boliwii w okolicach Cochabamby.

Ojciec Krzysztof prezentuje nam ciekawy, nakręcony przez Niego film video z obchodów odpustu parafialnego przypadającego na 8 grudnia. Jest to największe, trwające kilka dni święto, na które zjeżdżają do Laja profesjonalne zespoły taneczne, orkiestry ludowe z całego kraju. Każda grupa stara się wypaść najbardziej okazale : bajecznie kolorowe stroje, zróżnicowana muzyka, śpiewy, tańce.

W zabawie uczestniczą także dostojnicy kościelni – proboszcz miejscowej parafii, Biskup Ordynariusz Diecezji. Odpust – święto religijne przybiera charakter wielkiego festynu ludowego miejscowych Indian Aymara, dla których szczególnie bliski jest kult Matki Bożej. Jest Ona Matką Ziemią ze starych wierzeń indiańskich. W dniu odpustu usiłują oni wyprosić u Matki Bożej jak najwięcej łask. W tym celu zakopują za murem sanktuarium zabawki symbolizujące upragnione przedmioty np. : dom, samochód, telewizor. Spełnienie życzeń następuje w ciągu najbliższego roku. Ze zwierzeń Ojca Krzysztofa wiemy, że i Jemu, udało się ukończyć rozpoczętą budowę domu parafialnego być może za sprawą zakopanej rok wcześniej zabawki. Nie ulega jednak wątpliwości, że główne sukcesy Ojca Krzysztofa są efektem Jego wytężonej pracy. Udało mu się zjednać przychylność miejscowej ludności do Jego poczynań i pod Jego kierunkiem wzniesiono kilka okazałych budynków parafialnych. Powstało w nich pomaturalne collegium kształcące przyszłych nauczycieli religii, tak potrzebnych w katolickiej Boliwii, w której ciągle jest zbyt mało księży.

Bardzo intensywna nauka w collegium trwa 4 miesiące. Chętnych do nauki jest wielu, przyjeżdżają do Laja młodzi ludzie – kobiety i mężczyźni z różnych zakątków Boliwii. Na każdy semestr przyjmowanych jest ok. 100 słuchaczy. Młodzież w czasie studiów zakwaterowana jest w wybudowanym przez Ojca Krzysztofa internacie. Mamy okazję zwiedzić pomieszczenia collegium, robią na nas duże wrażenie. Jest to największy, najlepiej wyposażony obiekt tego typu w Boliwii. Dzięki staraniom polskiego misjonarza wzniesiono też duże sale wykładowe, świetlicę dla Indian Aymara, nowy dom parafialny i plebanię.

Od kilku lat Ojciec Krzysztof prowadzi też duże gospodarstwo rolne, które wytwarza produkty dla potrzeb misjonarzy i studentów collegium. Jest to najnowocześniejsze gospodarstwo w tej części kraju, uzyskuje się w nim wysokie plony. Stawiane jest ono za wzór dla innych. Na stałe w gospodarstwie zatrudnieni są dwaj pracownicy, w tym technik rolnictwa. W pracach biorą udział wszyscy ci słuchacze collegium, których nie stać na opłacenie czesnego. Swoją własną pracą zarabiają na koszty utrzymania w okresie kilkumiesięcznej nauki. Przy okazji uczą się podstaw nowoczesnego rolnictwa. Gospodarstwo zapewnia pełną samowystarczalność collegium. Uprawia się tu: nieznane u nas zboże quinoa, ziemniaki, pataty, warzywa – buraki, pomidory, marchew, sałatę, kalarepę oraz hoduje : krowy, owce, kury, trzodę chlewną – rzadkość w Boliwii.

Gospodarz oprowadza nas „po swojej zagrodzie” z satysfakcją opowiadając o pokonywaniu codziennych trudów.

Z księdzem Józefem zwiedzamy niewielkie sanktuarium Matki Boskiej, położone na wniesieniu górującym nad miastem. W kaplicy, z tyłu ołtarza znajduje się odciśnięty w kamieniu, cudowny wizerunek Matki Boskiej.

Ze wzniesienia roztacza się wspaniała panorama na Andy, które z poziomu płaskowyżu przypominają ośnieżone piramidy. Wzrok nasz przyciągają zwłaszcza dwa przepiękne szczyty Młody Potosi: o wysokości ok. 5800 m n.p.m. i najwyższy Illimani. W tym miejscu czujemy „bliskość niebios” – tuż, tuż. Ksiądz Józef, wielki entuzjasta gór, proponuje nam wycieczkę na jeden z pobliskich szczytów. Niestety ustalony wcześniej plan naszej podróży jest mocno napięty i mimo, że propozycja jest bardzo kusząca musimy odmówić.

Marek, polski kleryk wraz ze swoim podopiecznymSpotykamy się jeszcze z Markiem, młodym klerykiem, który właśnie wrócił z objazdu okolicznych wiosek. Podróżował na motocyklu Honda, w czasie jazdy złapała Go gwałtowna burza z intensywnym opadem gradu wielkości dużych ziaren grochu. Marek jest ubłocony, zmęczony. Po kilkunastu minutach jest już gotowy do zajęć z miejscową młodzieżą. Jest ich ulubieńcem, poświęca dzieciom i młodzieży dużo serca, czasu, rozumie ich problemy. Rozmawiają ze sobą o wszystkich problemach, liczą na jego pomoc w podejmowaniu decyzji. Tego nie mają w domach. Rodziny indiańskie są zazwyczaj wielodzietne, rodzice niewiele czasu poświęcają swoim pociechom – dzieci „wychowuje ulica”. Marek organizuje im wspólne oglądanie filmów video, a po seansie następują długie dyskusje o postawach filmowych bohaterów. Muszą nauczyć się oddzielania fikcji od rzeczywistości, by mogli świadomie wchodzić w dorosłe życie. Poza tym chłopcy chętnie uczestniczą w zajęciach sportowych, zwłaszcza w meczach piłki nożnej oraz w zajęciach muzycznych – Marek założył zespół – On i 6 chłopców w wieku od 6 do 18 lat grają na instrumentach i śpiewają. Piosenki które usłyszeliśmy w ich wykonaniu mówią o miłości, przyjaźni, szacunku dla drugiego człowieka. Spotkanie z tymi młodymi ludźmi sprawia wszystkim dużą przyjemność. Chłopcy są zachwyceni, że jesteśmy z kraju, w którym najwyższy szczyt leży 1,5 km niżej n.p.m. niż Laja, w której żyją. Także porównanie osiągnięć futbolowych reprezentacji narodowych wypada na korzyść Boliwii. Mają z tego powodu dumne miny.

Misjonarze odprawiają mszę w kościele w LajaWieczorem, na zakończenie naszej wizyty w Laja uczestniczymy we mszy św. celebrowanej przez 3 duchownych : dwóch Polaków (o. Krzysztofa, ks. Józefa) i młodego Hindusa Werbistę o. Franciszka.

Msza jest spotkaniem ludzi bliskich, znak pokoju proboszcz przekazuje poprzez uściśnięcie dłoni wszystkim przybyłym do kościoła parafianom. Naukę o. Krzysztof przekazuje stojąc wśród wiernych. Msza jest „rozśpiewana” – dzięki uczestnictwu w niej zespołu muzycznego Marka.

Jarosław Fischbach

 

Zostaw Komentarz