<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>PolskimSzlakiem.pl &#187; Afryka</title>
	<atom:link href="/category/moje-podroze/miejsca/afryka/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://polskimszlakiem.pl</link>
	<description>PolskimSzlakiem.pl</description>
	<lastBuildDate>Fri, 25 Sep 2015 13:15:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>WYPRAWA  NA  DACH  ATLASU</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=wyprawa-na-dach-atlasu</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Nov 2013 12:11:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1481</guid>
		<description><![CDATA[Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas Wysoki i dalej na południe Antyatlas.</p>
<p>Najwyższym szczytem Atlasu jest Jebal Toubkal  ( Dżabal Tubkal ) położony w Atlasie Wysokim, w odległości około 70 km na południe od Marrakeszu. Jego wierzchołek sięga 4.167 m n.p.m. Pierwsze wejście Europejczyków V. Bergera oraz M. Dolbeau na szczyt miało miejsce dopiero 12 czerwca 1923 roku. Polscy wspinacze dotarli tu niewiele później, bo w 1934 roku. Uczynił to w trakcie pierwszej polskiej wyprawy w góry Afryki. Na szczycie Tubkalu stanął organizator i kierownik wyprawy Kazimierz Dobrawski. Dżebal Tubkal znajduje się na terenie rozległego parku narodowego o powierzchni około 360 km<sup>2</sup>. To pierwszy założony na terenie dzisiejszego Maroka park narodowy, utworzony już w 1942 roku przez francuskich kolonizatorów.</p>
<p>Szlaki w Atlasie nie są wyznaczone tak precyzyjnie jak w naszych górach, ale dla turysty mającego wprawę w wędrówkach górskich przemierzanie ich nie powinno sprawić większego kłopotu. Są to zarówno krótkie jednodniowe szlaki, jak i kilkudniowe wędrówki górskie, w czasie których zdobyć można nieco niższe szczyty, podziwiać piękne panoramy. Jeśli ktoś ma obawy przed samodzielną wyprawą może skorzystać z pomocy tubylców. Chętnie przemienią się w przewodników, tragarzy, kucharzy… Proponują oni też różnorodne dodatkowe usługi i ułatwienia np. poznawanie gór z grzbietu konia, muła czy osła, wynajęcie mułów wraz z mulnikami. Atrakcję mogą też wzrosnąć, gdy na jednym z lokalnych targów kupimy muła, aby go później, po zejściu z gór odsprzedać. W Atlasie nie brakuje też osób, które wspinają się po urwistych ścianach gór, przemierzają szlaki na rowerach trekkingowych, a zimą korzystają z uroków narciarstwa zjazdowego.</p>
<p>Miesiące letnie są najdogodniejszym okresem na wędrówkę po masywie Tubkalu, gdyż na wysokich szczytach Atlasu nie ma pokrywy śnieżnej, a temperatura jest dodatnia. Minusem tego okresu jest stosunkowo duże natężenie ruchu turystycznego.</p>
<p>Na szczyt wiedzie kilka tras turystycznych, najbardziej popularna i dająca największy komfort to znaczy możliwość noclegów w schroniskach bądź kwaterach prywatnych zwanych tutaj <i>– gite,</i> <i> </i>wiedzie z berberyjskiej wsi Imlil położonej na wysokości około 1.740 m. n.p.m. Dysponując zaledwie kilkoma dniami przeznaczonymi na górskie eskapady decydujemy się na ten szlak. Inne trasy są zdecydowanie mnie oblegane przez turystów, jednak wybierając się na nie należy zabrać ze sobą namioty, nie ma tam żadnej stałej bazy noclegowej.</p>
<p>Po nocy spędzonej w Marrakeszu, wczesnym rankiem dojeżdżamy dwiema mniejszymi taksówkami tzw. <i>petit taxi </i>na obrzeża miasta<i>. </i>Taksówki tego typu kursować mogą tylko w granicach miasta.<i> </i>Tu wynajmujemy dużą taksówkę tzw. <i>grand taxi</i>, która może zabrać do 6 pasażerów. Kurs <i>grand taxi</i> zamówić można jedynie na specjalnym dworcu przygotowanym tylko dla tych pojazdów. W każdym marokańskim mieście taksówki pomalowane są na jednolity kolor, w różnych ośrodkach mają one odmienne barwy. W Marrakeszu są koloru jasnobrązowego. <i>Grand taxi </i>to zazwyczaj stare wysłużone mercedesy tzw. <i>beczki. </i>Po pojawieniu się naszej pięcioosobowej grupki na dworcu taxi robi się spory ruch, wiadomo, że zapowiada się nienajgorszy kurs.  Kierowcy zapraszają nas do swoich pojazdów, ale decyzję tu podejmuje szef dworca. <i> </i>Zamawiamy u niego kurs do Ansi, dużej wsi targowej położonej u podnóża masywu Tubkal.</p>
<p>Kierowca naszej taksówki jest starszy, nieogolony mężczyzna, w brudnym granatowym roboczym fartuchu, czapce bejsbolówce założonej na bakier. Wygląda niechlujnie i niesympatycznie. Na całej naszej grupie wywiera złe wrażenie. Nie mamy żadnego wyboru,  decyzję podjął kierownik dworca <i>grand taxi</i>, a jak się nam nie podoba to możemy nie jechać. Sposób obsługi i wygląd kierowcy wywołują u mnie wspomnienie sprzed 20 lat, gdy w Zakopanem kierowca decydował, których pasażerów zabierze do autobusu. Na szczęście te czasy bezpowrotnie za nami.</p>
<p>Wiemy, że z kierowcą trzeba z góry ustalić cenę za kurs. Widząc obcokrajowców stawka znacznie rośnie, ale my znamy obowiązującą taryfę za dojazd do Ansi. Wynosi ona 15 dirham od osoby i taką cenę ostatecznie ustalamy. Jest nas pięcioro więc mamy dopłacić za jedno niewykorzystane miejsce. Styl jazdy potwierdza nasze złe wrażenia. Każdy pojazd jadący przed nami staje się wrogiem, którego należy jak najszybciej wyprzedzić, a kto miał mniejszy bądź słabszy pojazd był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kilku mijanych motocyklistów omal nie wylądowało w przydrożnym rowie. Każdy spotkany na drodze pojazd to rywal, obowiązkowo trzeba z nim podjąć walkę. Wygrywa ten co ma silniejsze nerwy. Droga jest wyjątkowo kręta, widoczność bardzo ograniczona. Pojazdy pędzą środkiem jezdni, ścinają zakręty, trąbią, nikt nie zamierza ustąpić. W końcu, w ostatniej sekundzie ten bardziej tchórzliwy, ten o słabszych nerwach zjeżdża na bok.</p>
<p>W Ansi zmieniliśmy taksówkę i dalej do Imlil jedziemy już ze spokojniejszym kierowcą. Nawierzchnia drogi zupełnie inna, w asfalcie pojawiając się głębokie dziury, wyrwy, tempo jazdy spada. Jezdnia z każdym przejechanym kilometrem staję się węższa. Jadąc doliną Wadi Rhirtaia podziwiamy wspaniałe widoki wysokich szczytów Atlasu wśród których króluje nasz Tubkal.</p>
<p>W Imlil robimy ostatnie zakupy, kupujemy: pieczywo, sery topione, wodę mineralną. Sklepów, barów, kawiarni, schronisk i hoteli jest tu dużo. Ruch we wsi jest spory. Mieszkańcy okolicznych wiosek przyjechali tu samochodami, motocyklami, rowerami, na koniach, mułach bądź osłach, aby dokonać  zakupów. Jest też dużo turystów, zarówno Marokańczyków jak i gości z innych kontynentów. Ci którzy nie wychodzą w góry udają się  na duży kamping należący do CAF – Club Alpin Francaise.</p>
<p>Przedstawiciele lokalnych agencji turystycznych proponują nam swoje usługi. Aby nie dźwigać naszych plecaków możemy wynająć muły lub osły. Oferują nam wynajęcie przewodnika górskiego. Ceny tych usług nie są wygórowane, ale ambitnie liczymy na własne siły. Przedstawiciele komisów ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym nachalnie ciągną nas do swoich sklepów. Dowiadujemy się od nich jak wielu potrzebnych, niezbędnych wręcz sprzętów nam brakuje, a tu takie niskie ceny, taki duży wybór. Możemy tu zaopatrzyć się w : buty górskie, namioty, śpiwory, plecaki, a nawet raki i narty. Jedyny zysk z zaglądania do komisów to możliwość nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy właśnie zeszli ze szlaków turystycznych. Od nich uzyskujemy pożyteczne rady.</p>
<p>Dość późno wyruszamy w góry, nie spieszymy się. Aby lepiej zaaklimatyzować się zdecydowaliśmy się na dwa noclegi na trasie. Mamy nadzieję, że w ten sposób unikniemy choroby wysokogórskiej. W pierwszym dniu górskiej wędrówki chcieliśmy poznać  wioski berberyjskie i ich gościnnych mieszkańców. Berberowie to rdzenni mieszkańcy tych ziem, są tu od zawsze. Z tego dzielnego i dumnego ludu wywodzi się m.in. święty Augustyn filozof i teolog żyjący na przełomie IV i V stulecia . Zasłynął z tego, że w trakcie swojego żywota ani razu się nie spowiadał!</p>
<p>Początkowo prowadzi nas 10. letni mieszkaniec Imlilu, proponuje, że pokaże nam szczególną atrakcję. Przystajemy na tę propozycję i po kilkunastu minutach spaceru docieramy do wodospadów w pobliżu wioski. Jest to  wyjątkowe miejsce, gdzie spotykamy tubylców. Przyszli tu z małymi dziećmi, całymi rodzinami. Sporo jest też samotnych kobiet, są w różnym wieku. Jesteśmy mile zaskoczeni, gdyż nasza obecność nie wprawia ich w zakłopotanie.  Możemy bez problemu robić zdjęcia, co w Maroku nie zdarza się często.  Dzień jest słoneczny i ciepły więc my też z przyjemnością zażywamy kąpieli w zimnej, orzeźwiającej wodzie.</p>
<p>Następnie wąską ścieżką podchodzimy ostro do góry i wracamy na szlak wiodący na Tubkal, aby po kilkunastu minutach marszu dotrzeć do kolejnej wioski Armud. Jest ona pięknie wkomponowana w górskie zbocze, zabudowania położone są amfiteatralnie na wysokości 1.840 – 1.950 m n.p.m. Wieś otoczona jest sadami i ogrodami. Wilgotne masy powietrza z nad Morza Śródziemnego i Atlantyku zasilają tu kilka rzek,  z których większość spływa do Oceanu Atlantyckiego. Rzeki zapewniają tak potrzebną słodką wodę, dzięki, której północne Maroko stało się zapleczem sadowniczym, dostarczając: mandarynki, pomarańcze, cytryny, granaty,  migdały, figi, jabłka, wiśnie, orzechy włoskie, oliwki oraz winogrona. Na łąkach pasą się kozy i owce.</p>
<p>W Armud, jak w każdej marokańskiej osadzie dominującą budowlą jest meczet z wysoką wieżą minaretu, z którego codziennie pięć razy słychać nawoływanie  muezina do modlitwy. Wieś przecięta jest szerokim uedem tj. suchym korytem rzecznym, które wypełnia się wodą tylko po gwałtownych ulewach.</p>
<p>Błędnie zakładaliśmy, że Imlil to ostatnia osada, gdzie można dokonać zakupów. W Armud sklepów również nie brakuje. Ale ceny są tu już wyższe. We wrześniu dzień jest długi, mamy  jeszcze dużo czasu podejmujemy więc trud podejścia do wioski Sidi Chamharouch, słynącej z sanktuarium dostępnego tylko dla wyznawców islamu. Dalsza droga wiedzie wzdłuż górskiego potoku Mizam, jest to typowa polodowcowa U-kształtna dolina. Przez większość trasy wspinamy się ostro do góry, szybko zdobywamy wysokość, ale tracimy też wiele sił. Można je zregenerować zatrzymując się przy kramach położonych przy szlaku. Jednak z każdym krokiem ceny w nich rosną. Ostatni odcinek trasy to strome podejście 400 metrów w górę. W tracie wędrówki uciążliwością są spotkania na wąskich ścieżkach z objuczonymi mułami i osłami. Uparte, zmęczone zwierzęta za nic nie usuną się z drogi, to my musimy im zawsze ustąpić miejsca, zejść ze ścieżki. W końcu dostrzegamy samotne, suche drzewo, na którym zawiązanych jest kilka tasiemek. Ma ono ponoć magiczną moc, a dla nas jest drogowskazem, że zbliżamy się do celu pierwszego etapu peregrynacji ku szczytowi Tubkala.</p>
<p>Popołudniem docieramy do celu, berberyjskiej wioski wtopionej w zbocze góry Aksouala – Sidi Chamharouch.  Pierwsze kroki kierujemy do świątyni z białą kopułą, znajdującej się po drugiej stronie potoku. Wchodzi się przez niewielką kładkę. Napis przy niej zakazuje innowiercom wstępu.<i> </i>Świątynia jest miejscem spoczynku marabuta, czyli świętobliwej osoby, która ma zdolność bezpośredniego obcowania z Najwyższym. Marabut, uważany przez Berberów za osobę obdarzoną świętością, ma moc uzdrowicielską, może też przekazywać <i>baraka</i>, czyli błogosławieństwo otrzymane od Boga. W pobliżu świątyni znajduje się kilka grot, w których płoną znicze zapalone przez pielgrzymów.</p>
<p>. Celem licznych pielgrzymek jest świątynia, a w niej grób miejscowego świętego – marabuta. Przybywają tu głównie rodzice ze swoimi pociechami dotkniętymi upośledzeniem umysłowym. Wizyta w tym świętym miejscu ma im pomóc w przezwyciężeniu choroby. Na szlaku mijamy ojców wnoszących do tego świętego miejsca dzieci. Starsze pociechy wjeżdżają na mułach lub osiołkach. My po kilkugodzinnym marszu zasłużyliśmy na ciepły posiłek .Wybór dań w miejscowej jadłodajni jest bardzo ograniczony, ale z dużą przyjemnością decydujemy się na dobrze już nam znany tadżin. Jest to tradycyjny marokański posiłek przygotowywany na ogniu w dużym glinianym naczyniu., o takiej samej co danie nazwie. W oczekiwaniu na danie główne raczymy się kolejnym tutejszym specjałem. Zamawiamy <i>Berber whisky, </i>czyli gorącą miętę z domieszką miejscowych ziół, głównie tymianku. Ten bardzo słodki napój przygotowywany jest w dużym aluminiowym dzbanku i nalewany do małych szklanek z dużej wysokości, tak aby mocno się pienił. „Whisky” jak to  whisky szybko nas rozgrzewa i dobrze gasi pragnienie. Tadżin też nam smakuje, jest  to kasza kuskus z dużą ilością różnych warzyw i mięsem drobiowym. Do tego podaje się cienkie placki z  mąki pszennej. Wszyscy jemy z jednej wspólnej misy nie używając sztućców. Do jedzenia służy „czysta” prawa ręka. Posiłek powinno się wkładać do ust trzema pierwszymi palcami tej dłoni. Absolutnie nie wolno brać pożywienia do lewej „nieczystej” dłoni. Dzielnie walczymy z posiłkiem, jesteśmy już trochę oswojeni z miejscowymi zwyczajami. To zawsze wzbudza dobre uczucia u gospodarzy. Po posiłku wracają siły i dobry humor. Na nocleg zostajemy w Sidi Chamharouch. Nie ma tu schroniska, ani innego punktu noclegowego dostępnego dla turystów. Jedyna możliwość to spanie na podłodze w pomieszczeniu przypominającym garaż. Trudno, wyboru nie ma. Gospodarze rozkładają na murowanej posadzce dywany, do dyspozycji dla 5 osób dostajemy jeden materac, ale cena jest adekwatna do zaproponowanych warunków. To nasz najtańszy nocleg w Maroku. Snujemy się po tej malutkiej osadzie, w której na stałe mieszka kilkanaście osób, nawiązujemy kontakty z właścicielami sklepiku z pamiątkami, restauracji i naszego „garażu”. Chłoniemy specyficzny klimat tego odizolowanego od świata miejsca. Są widoki, które na trwałe zapisują się w mojej pamięci. Zapamiętuję wiszące w oknie na sznurku stare poprute majtki oraz znoszone dziurawe skarpetki, więcej jest w nich dziur niż pozostałości skarpetki.</p>
<p>Obserwujemy,  jak pielgrzymi zażywają rytualnych kąpieli w potoku i pod małym wodospadem. Większość z nich jest bardzo dobrze zaznajomiona z tym miejscem, gdyż przebywają tu od wielu tygodni. Przybyli z upośledzonymi dziećmi, aby wróciły tu do zdrowia wymagana jest dłuższa „kuracja”, kilkutygodniowy pobyt w świętym miejscu. Tych bardziej zamożnych stać na opłacenie kąta do spania, zaś biedniejsi lokują się grotach. Nocują w nich również pielgrzymi, którzy dotarli tu na krócej. Chcą jedynie odbyć medytacje i zapalić świeczkę. W czasie wędrówki wzdłuż potoku jesteśmy świadkami dramatycznej walki o życie. Jeden z kąpiących się chłopców wpada w bystry nurt rzeki i zaczyna się topić. Usiłujemy pomóc, wspólnymi siłami udaje się uratować młode życie, choć do tragedii niewiele brakowało. Wyciągnięty z wody nieprzytomny, dzięki reanimacji przeprowadzonej przez jego kolegów szybko odzyskał świadomość.</p>
<p>Jesteśmy na wysokości ponad 2.200 m n.p.m.,  szybko robi się zimno i ciemno. Do wioski nie dociera energia elektryczna,  jeżeli gdzieś palą się światła to znaczy, że przy domu działa generator prądotwórczy. Jeszcze tylko wieczorna toaleta tj. mycie w zimnej wodzie w potoku, bo toalety przy naszym garażu nie ma.  Później gorąca zupa, podziwianie rozgwieżdżonego nieba i po 20.oo idziemy spać. Noc niezbyt miła, ciasno, zimno i niewygodnie, toteż wcześnie rano zrywamy się i po  śniadaniu ruszamy do góry. W planach na dzisiejszy dzień jest podejście 1000 m w górę, do schroniska położonego na wysokości 3.200 m n.p.m. Zajmie nam to około 4 godzin marszu. Słońce szybko ogrzewa powietrze, robi się ciepło, przyjemnie. Nie zapominamy posmarować się kremem ochronnym, z wysokim filtrem, o poparzenie słoneczne bardzo łatwo. Podchodząc podziwiamy kolejne wspaniałe górskie panoramy. Aklimatyzujemy się i oszczędzamy siły na następny dzień przeznaczony na atak szczytowy. Ruch na szlaku dość intensywny, często mijamy mulników prowadzących zwierzęta na grzbietach których wwożone są bagaże co bardziej  zamożnych lub leniwych turystów, a także produkty spożywcze oraz butle gazowe, które trzeba dostarczyć do schroniska. Początkowo podejście jest dość uciążliwe, krótkimi ostrymi zakosami wspinamy się do góry. W połowie drogi mijamy ostatni punkt gastronomiczny. Można tu nabyć mocno schłodzone w wodzie potoku zimne napoje. Nieliczni zainteresowani kupują okazy geologiczne. Sprzedawcy proponują róże pustyni oraz skamieniałości, głównie trylobity.</p>
<p>Tu po raz pierwszy, ale nie ostatni spotykamy naszych rodaków. Są to mili młodzi ludzie, którzy przed kilkoma laty wyemigrowali do Irlandii i za zarobione tam pieniądze mogą poznawać świat.</p>
<p>Z daleka w dużym, płaskim kotle polodowcowym, dostrzegamy bryłę schroniska. Jest ono zbudowane z kamienia, więc wtapia się w pejzaż. Sylwetka schroniska jest tak wielka, że wydaje się  iż do celu dzisiejszej wędrówki pozostało już niewiele. Ale po kilkudziesięciu minutach żmudnego podejścia widać, że są to dwa schroniska. Czytając przewodniki nigdzie nie natrafiliśmy na informacje o rozbudowie tutejszej bazy noclegowej. Może mimo dużej ilości turystów nie będzie kłopotu ze znalezieniem miejsc noclegowych. Przed dojściem do schroniska mijamy intensywnie zieloną łąkę, na której rozstawionych jest kilka namiotów, a pomiędzy nimi wypasają się  muły.<i> </i></p>
<p><i>  </i>Schroniska położone są na wysokości około 3.200 m. n.p.m. Stare nazywane Refuge du Tubkal należące do CAF, zlokalizowane jest trochę wyżej, a nowe &#8211; Les Mouflans, wzniesione kilka lat temu leży parę metrów poniżej. Oba budynki  wyglądają bardzo solidnie. Mile zaskakuje nas standard obiektów, u nas w Polsce takich nie znajdziemy. Przy wejściu do schroniska bufet, można w nim kupić napoje i słodycze, dalej recepcja, kuchnia schroniskowa i duża kuchnia samoobsługowa dla turystów oraz wielka sala jadalna. Są tu potężne solidne stoły, wygodne krzesła, a pod ścianami wielkie kanapy. Z sufitu zwisają olbrzymie kryształowe żyrandole, chociaż energia elektryczna dostępna jest z generatorów prądotwórczych w określonych godzinach.  Pokoje różnej wielkości, dostajemy miejsca do spania w dużej 16-osobowy sali. Jest ona wyposażona w nowe wygodne łóżka piętrowe z grubymi materacami, jest czysto. Największe zaskoczenie to możliwość gorącej kąpieli, w łazienkach są butle gazowe, dzięki którym można podgrzać wodę!!!!Kąpiel była naprawdę gorąca. Co za luksus !!!!</p>
<p>Do schroniska dociera coraz więcej osób. Jest jeszcze wcześnie toteż wszyscy spotykamy się przed budynkiem, rozmawiamy o jutrzejszym wejściu na szczyt, słuchamy relacji tych co z niego zeszli. Relacje jak zwykle różnorodne, od opinii, że wejście jest bardzo proste i nieuciążliwe, zajmuje ono jedynie około 2,5 godziny, po opowieści o dużym wysiłku fizycznym i wyprawie trwającej dwa razy dłużej. Towarzystwo w schronisku bardzo zróżnicowane od młodych 20-letnich ludzi po seniorów liczących ponad 70 wiosen. Pochodzą oni z bardzo różnych zakątków świata. Dziwi nas obecność turystów z Maroka, spotykamy też Australijczyków, Czechów, Szwajcarów, Hiszpanów, Hindusa, ale dominują nasi rodacy.</p>
<p>Tymczasem ogarnia nas lenistwo. Grzejemy się w promieniach słońca, uzupełniamy notatki, rozkoszujemy się słodyczami przywiezionymi z Polski. Podziwiamy piękne panoramy górskie, przypominają trochę nasze Tatry Zachodnie, choć skala gór zupełnie inna, nieporównywalna. Zaglądamy do drugiego starego schroniska, wygląda ono równie sympatycznie jak nasze. Standart w schronisku jest tak wysoki, że przy wejściu do niego należy zmienić obuwie.  Zamawiamy tu doskonałą sałatkę warzywną  z tuńczykiem. Brakuje tylko piwa, ale to przecież kraj muzułmański. W naszym schronisku spotykamy się o godzinie 19.00, serwowana jest wtedy wspólna dla wszystkich turystów kolacja. Elegancko nakryte stoły i jednorodne menu: zupa jarzynowa i spaghetti. Turystka z Maroka próbuje na stole postawić butelkę wina, ale spotyka się to z natychmiastową ostrą reakcją pracowników schroniska.</p>
<p>Noc jest zaskakująco ciepłą, śpimy czujnie i po kilku falstartach wstajemy podobnie jak większość mieszkańców  schroniska o 5.3o.Przygotowane na wyjście plecaki są małe i lekkie, mamy trochę słodyczy, owoców, aparat fotograficzny, kamerę i zapasowe baterie. Resztę rzeczy pozostawiamy w schronisku. Ciepłe rzeczy wkładamy na siebie. Gdy wychodzimy ze schroniska zaczyna świtać. Temperatura powietrza około 0 C, bezwietrznie. Przed nami na szlak wyszło kilka małych grupek, wytyczają nam  trasę. Na szczyt wiedzie kilka różnych ścieżek. Łatwo zabłądzić, gdyż trasa turystyczna oznakowana jest małymi, niezbyt widocznymi kamiennymi kopczykami. Idziemy w środku stawki, tempo dość wolne, spokojne i rytmiczne, decydujemy się na częste, ale krótkie odpoczynki. Ścieżka wiedzie przez liczne pola piargów. Podchodzi się trudno, małe kamienie osuwają się spod nóg. Trzy kroki do przodu i jeden w tył. Tubkal ginie nam z oczu, nie widzimy celu naszej wspinaczki. Patrzymy na zegarki idziemy już prawie 2 godziny, czyli do szczytu powinno być już blisko, ale ktoś wyprowadza nas z błędu i mówi, że nie zaliczyliśmy jeszcze połowy drogi. Słońce zaczyna oświetlać kolejne szczyty, widoki coraz ładniejsze. W końcu ukazuje się naszym oczom przełęcz położona na wysokości około 4.000 m n.p.m. Na przełęczy krótki odpoczynek, zaczyna wiać coraz silniejszy wiatr. Zostało nam jeszcze około 200 m podejścia. Na szczyt wiodą teraz dwie wyraźne ścieżki, jedna przez olbrzymie pole piargów, a druga prowadzi samą granią. Mamy dość podejść po piargach. Wybieramy ten drugi wariant drogi. Przed 10.oo jesteśmy na szczycie zbudowanym ze skał wulkanicznych – andezytów. Pogoda nam sprzyja jest słonecznie, wiatr słabnie. Podziwiamy panoramy, jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że pomimo chwilowych słabości i kryzysów udało się wygrać tę walkę z górą. Na szczycie jest  już kilkadziesiąt osób, wszyscy gratulujemy sobie, robimy zdjęcia, wymieniamy się e-mailami. Czesi częstują nas whisky i ich najlepszym piwem Pilzner Urquel. Czujemy satysfakcję, rozglądamy się dookoła, wszystkie okoliczne szczyty położone są niżej. W tej chwili uświadamiamy sobie, że stoimy na najwyższym szczycie północnej Afryki. Wyżej wejść już się nie da. Dusza geografa raduje się wspaniałym krajobrazem gór o rzeźbie typowo alpejskiej. Patrzę na poszarpane szczyty leżące poniżej Tubkalu, na cyrki i kotły polodowcowe, na charakterystyczne szerokie U-kształtne doliny, którymi wcześniej spływały jęzory lodowców górskich. Stąd doskonale widać piętrowość roślinności w Atlasie Wysokim. Do wysokości mniej więcej 2.200 m n.p.m. rosną lasy, w których można spotkać sosny, dęby oraz cedry. Nie brakuje też eukaliptusów, drzew wprowadzonych tu sztucznie, ze względu na duże i szybkie przyrosty. Powyżej 3.500 m n.p.m. występuje już tylko bardzo uboga roślinność turniowa, głównie porosty i mchy.</p>
<p>Najwyższy punkt Tubkalu oznaczony jest wieżą, z 4 poprzecznymi deskami, które mają symbolizować  jego wysokość ponad 4.000m n.p.m., dokładnie 4.167 m n.p.m. Po odpoczynku i radości ze zdobycia „dachu Atlasu” rozpoczynamy uciążliwe zejście. Na piargach trzeba bardzo uważać, gdyż co chwilę ktoś się potyka i przewraca. Zejście jest bardzo uciążliwe i powolne. Nogi drżą, czuję zmęczenie, gubię właściwą drogę i przez to schodzimy trochę mniej wygodną i dłuższą trasą. Do schroniska docieramy około 14.oo, krótki odpoczynek i podejmujemy szybką decyzję o zejściu. Nie chcemy już spać w „garażu” w Sidi Chamharouch powinniśmy więc dotrzeć do Armud, a to kawał drogi. Początkowo tempo marszu bardzo przyzwoite, ale później zmęczenie daje o sobie znać. W Sidi Chamharouch spotykamy poznanych dwa dni wcześniej właścicieli kramów, proponują nam nocleg i kolację u siebie w domu w Armud, więc natychmiast, bez odpoczynku ruszamy dalej. Skracamy sobie drogę do naszej kwatery i idziemy skrótem tzw. ”ścieżką Berberów”, jest ona wąska i mocno eksponowana, z pięknymi widokami na wioskę,  oued  i na masyw Tubkalu. Ale na podziwianie widoków chęci coraz mniejsze, daje o sobie znać wielkie zmęczenie. Po zachodzie słońca docieramy w końcu do naszej bazy. Teraz  czas na spanie, na radość z przebywania w pięknych górach przyjdzie czas jutro o świcie. Nie pamiętam kiedy i jak znalazłem się w śpiworze, zasnąłem dosłownie na stojąco jeszcze przed wejściem do niego.</p>
<p>Rano wiem, że żyję, bolą wszystkie kości i mięśnie, ale radość i satysfakcja z obcowania z Atlasem olbrzymia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>PRZEZ BEZDROŻA W KRAJU KWITNĄCYCH PŁOTÓW</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Nov 2013 12:08:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1478</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Madagaskar czwarta pod względem wielkości wyspa świata, po Grenlandii, Nowej Gwinei i Borneo, nie została jeszcze odkryta przez rzesze turystów. Takich dziewiczych i odludnych miejsc na globie pozostało już niewiele. O znikomej penetracji turystycznej decyduje  też znaczna odległość od Europy i Azji skąd rekrutuje się większość obieżyświatów, którzy docierają na wyspę. Nie ma tu [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Madagaskar czwarta pod względem wielkości wyspa świata, po Grenlandii, Nowej Gwinei i Borneo, nie została jeszcze odkryta przez rzesze turystów. Takich dziewiczych i odludnych miejsc na globie pozostało już niewiele. O znikomej penetracji turystycznej decyduje  też znaczna odległość od Europy i Azji skąd rekrutuje się większość obieżyświatów, którzy docierają na wyspę. Nie ma tu starych zabytków, ale znaleźć można dziewiczą, niespotykaną nigdzie indziej, mało przeobrażoną przez człowieka przyrodę. Jest to jedyne miejsce gdzie gatunki endemiczne, czyli takie które nie występują w żadnym innym miejscu na kuli ziemskiej stanowią 90 % całej flory. Jest to efektem izolacji wyspy położonej na Oceanie Indyjskim. Madagaskar około 150 mln lat temu oderwał się od kontynentu afrykańskiego. Pomimo bliskości, od kontynentalnej Afryki oddziela wyspę Kanał Mozambicki, który w najwęższym miejscu ma szerokość 392 km, nie ma ona większych związków z Czarnym Lądem. Ludzie, języki, flora, fauna, a nawet budowa geologiczna są zupełnie odmienne. Znacznie im bliżej do odległych o 6.000 mil morskich: Polinezji, Oceanii, wysp Azji Południowo-Wschodniej niż Afryki. Język malgaski używany na wyspie należy do grupy języków malajsko-polinezyjskich. Malgasze są potomkami przybyszów z wysp polinezyjskich i malajskich. Większość mieszkańców wyspy ma ciemny kolor skóry lecz brak u nich cech typowych dla rasy negroidalnej. Rysy ich twarzy zbliżone są do polinezyjskich a nawet europejskich. Również dzisiejsze powiązania gospodarcze są znacznie silniejsze z krajami azjatyckimi i europejskimi niż z sąsiadami z Afryki.</p>
<p>Wyspa ma też swój osobliwy świat zwierzęcy. Żyje tu ponad połowa ze wszystkich znanych gatunków lemurów. Często spotkać można kameleony, te wielkie zmieniające barwę jaszczurki dorastają nawet do 50 cm. Mają długi chwytny ogon i mocno wyłupiaste oczy.</p>
<p>Pragnąc zobaczyć dziewiczy fragment Madagaskaru wybraliśmy się na północny kraniec wyspy. Dotarcie do niewielkiej osady Ambilobe nie należało do najłatwiejszych zadań. Udało nam się tu dotrzeć samochodem  z Ambanja. Odległość ponad 100 km dzielącą obie miejscowości przebyliśmy w niespełna 4 godzin. Wcześniej podróżowaliśmy samochodem ze stołecznego Antananarivo do Mahajanga oraz samolotem z Mahajanga na wyspę Nosy Be i łodzią z wyspy w okolice Ambanja. Podróże nie sprawiały większego kłopotu wszystko przebiegało  zgodnie z wcześniejszymi założeniami.</p>
<p>Zdawaliśmy sobie sprawę, że komfort tych podróży, poza lotami samolotem jest niewielki. W kraju jest zaledwie kilka dróg o nawierzchni asfaltowej, duże odcinki trzeba pokonywać drogami  gruntowymi. Nie sprzyja nam też pora roku, marzec na północy Madagaskaru, to  koniec pory deszczowej. Intensywne deszcze  padały przez kilka ostatnich miesięcy.</p>
<p>Pragniemy dostać się z Ambilobe na wschodnie wybrzeże do Vohemar. To odległość zaledwie 160 km. Według mapy to jedna z głównych dróg w kraju, oznaczona jest symbolem 5a.  Jest późne popołudnie i nikt nie chce z nami rozmawiać o ewentualnej dzisiejszej podróży. Właściciele samochodów nawet tych z napędem na 4 koła wspominają o  wyjeździe nazajutrz. Nie mając innego wyjścia  godzimy się na niespodziewaną przerwę w podróży i nocleg w Ambilobe. Następnego dnia zmiana planów. Idziemy w góry, zwiedzić  rezerwat  Ankarana. To obszar chroniony, od 1990 roku wpisany jest na światową listę dziedzictwa UNESCO, a kilkanaście miesięcy przed naszą wizytą utworzono tu park narodowy. Znany jest z fantastycznych form skalnych oraz wyjątkowo intensywnych procesów krasowych. Zauroczyły nas wysokie, szpiczaste iglice, kamienne kolce o wysokości dochodzącej nawet do 50m, nazywane przez Malgaszy tsingami. Jest ich tu tyle, że czujemy się jakbyśmy weszli do gęstego kamiennego lasu, do tajemniczego skalnego labiryntu. Podziwiamy również wspaniałe, wielkie jaskinie w których gniazdują olbrzymie nietoperze. W innych jaskiniach, do których nie dotarliśmy, ponoć spotkać można krokodyle. Podziwiamy kilka wodospadów i fragment pierwotnej dżungli, z wysokimi drzewami oraz roślinnością mangrową. Po raz kolejny mamy możliwość obserwacji skaczących po gałęziach drzew lemurów. To najbardziej charakterystyczne i najczęściej spotykane na wyspie zwierzęta. Mają wielkie oczy, długi ogon oraz łapki zakończone jednym ostrym pazurem. Żyją w stadach, w których przywódczą rolę spełnia zawsze samica. Jest ich tu kilkadziesiąt gatunków, część z nich wykazuje się aktywnością w nocy, inne zaś w ciągu dnia. Niektóre są małe wielkości myszy, większe wielkością dorównują małpom.</p>
<p>Tak duże tereny zielone robią na mnie wrażenie, gdyż większość wyspy pozbawiona jest lasów. To efekt długoletniej działalności węglarzy i  wyrębu drzew. Przetwarza się je na podstawowy surowiec energetyczny, czyli węgiel drzewny, który od dawna stanowi główne źródło opału. Równie wielkim problemem jest wypalanie lasów. Czyni się to w celu pozyskania nowych pól uprawnych. Ten niekontrolowany wyręb i wypalanie lasów powoduje olbrzymią erozję gleb. Zerodowane gleby wyglądają przygnębiająco. W ziemi o barwie czerwonej tworzą się głębokie parowy, żleby. Przypominają mi wielkie krwawiące rany.   Gdy nadchodzi pora deszczowa opady wypłukują z nich kolejne drobne cząstki gleby. W ten sposób rany pogłębiają się.</p>
<p>Po tym dziewiczym terenie poruszamy się w towarzystwie aż dwóch przewodników. Po raz pierwszy mam do czynienia z takimi fachowcami, jeden z nich zna tylko miejscowe narzecze, a drugi jest  &#8230; niemową. Kolejne nasze zdziwienie nasze budzi fakt, że przez kilka godzin spędzonych na szlaku nie spotkaliśmy żadnych innych globtroterów.</p>
<p>Następnego dnia rano umówieni jesteśmy z kierowcą, że podjedzie do hotelu o 8 00 rano. Znając miejscowe zwyczaje zdziwieni jesteśmy, gdy zjawia się przed czasem. Wcześniej na wyspie nigdy nas to nie spotkało. Tu żyje się powoli, bez pośpiechu. Wszyscy mieszkańcy wyspy powtarzają „<i>mura, mura</i>”, czyli powoli, powoli. Tu nie ma się gdzie spieszyć, poza tym jeśli jesteś ważnym człowiekiem to i tak będą na ciebie czekać.</p>
<p>Zaskoczenie nasze potęguje fakt, że w szoferce obok kierowcy jest jeszcze trzech pomocników. Zdumiewa również wygląd samochodu. Jest to duży ciężarowy Mercedes przystosowany do jazdy terenowej, z metalową “budą”, w której po bokach zamontowano małe drewniane ławki. ”Buda” jest mała i niska.  Jest potwornie duszno i niewygodnie. W samochodzie niewyobrażalny tłok, na ławkach, które mogą pomieścić około 10 osób jest już nadkomplet. Każdy z pasażerów ma olbrzymie bagaże, wielkie worki, kosze, pudła. Bagaże ułożone są w środku samochodu pomiędzy ławkami, a część   załadowana jest także na bagażniku nad szoferką. W środku w niesamowitym ścisku siedzi już około 30 osób. Potworny tłok, harmider i smród. Zapachami jesteśmy mocno zdziwieni, gdyż do tej pory Malgasze kojarzyli się nam, jako ludzie czyści, przestrzegający higieny, dbający o  swój wygląd. Zagadka nieprzyjemnych zapachów wyjaśni się następnego dnia. Z obawami i przerażeniem patrzymy, jak nasza siedmioosobowa grupa z dużą ilościom bagaży ma się zmieścić do środka samochodu. Wydaje się to niewykonalne, ale nam udało się  prawie w 100 %, poza  jednym drobiazgiem. Jeden z kolegów  nie mieści się już w samochodzie, początkowo siedzi w otwartych drzwiach „budy”. Z jednej strony zazdroszczę mu, nie czuje wszystkich zapachów, na które w środku pojazdu jesteśmy narażeni, ale jazda w takich warunkach na dłuższą metę jest nie możliwa. Przenosi się szybko na dach szoferki. Podróż staje się dla niego mocno ryzykowana przy licznych podskokach samochodu nie ma się czego przytrzymać, ale ma za to wyjątkową możliwość robienia ciekawych zdjęć. Trochę gorzej, gdy zaczyna padać  deszcz, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Coraz bardziej urzeka nas koloryt wyspy. Ostro kontrastują ze sobą kolory, błękit nieba, czerwień ziemi i zieleń roślinności.</p>
<p>My z tyłu samochodu początkowo jedziemy w milczeniu. Każdy z nas zastanawia się czy wytrzymamy w tych warunkach te 160 kilometrów. Jak długo możemy jechać? Najwięksi pesymiści mówią o 8 godz. to daje przeciętną 20 km/godz., tyle co na rowerze. Zaciskam mocno zęby, co 5 &#8211; 10 min. patrzę na zegarek, ile zostało do końca podróży.</p>
<p>Po przejechaniu kilku kilometrów droga staje się coraz trudniejsza do pokonania. Koleiny początkowo kilkunastocentymetrowe, stają się głębsze niż koła samochodu. Kałuże i  rozlewiska są coraz większe, trudniejsze do pokonania. Na poboczach stoją samochody, które ugrzęzły w błocie. Młodzi mężczyźni z łopatami pomagają wykopywać pojazdy z błota.  Nasz Mercedes 91l z napędem na wszystkie koła dzielnie walczy, jednak kilka razy mocno go  zarzuca. Niewyobrażalne, ale tempo jazdy jeszcze spada. Tubylcy  wychodzą   z samochodu, dalej idą pieszo. Są do tego odpowiednio przygotowani, z nóg zdejmują japonki i dalej brną boso. Mnie zupełnie niespieszno do wodno-błotnych kąpieli, zrezygnowany siedzę w środku czekając aż kierowca kolejny raz upora się z coraz większą przeszkodą. Raduję się, bo w końcu jest tyle miejsca, że mogę wyprostować choć jedną nogę. Co za ulga. Coraz większy upał w rozgrzanej blaszanej “budzie” i mnie zmusza do opuszczenia samochodu. Dalej krok za krokiem brnę w czerwonym wszech otaczającym błocie. Przez kilka najbliższych  godzin na zmianę, niewielki odcinek idę piechotą, by kolejne  kilkaset metrów przejechać samochodem. A potem znów udać się  na kolejną pieszą wędrówkę. W końcu samochodem  tak zarzuca, że staje w poprzek drogi, a jego “buda” wpada w rosnące przy drodze zarośla. Po kilkudziesięciu minutach  uporczywej walki kierowcy udaje się ponownie wyjść z opresji. Pomagają mu w tym młodzi pomocnicy. Jedziemy dalej. Z przeciwnej strony mijają nas wolno poruszające się samochody. Najwięcej wśród nich jeepów, oczywiście z napędem na cztery koła. W oknach tych pojazdów widzimy samych „białasów”. Większe pojazdy formują konwoje po 3 &#8211; 4 samochody połączone łańcuchami. Wzajemnie sobie pomagają, inaczej trasa byłaby nie do przejechania.</p>
<p>Po 4 godzinach naprzemiennej jazdy i “spacerów” stwierdzam, że pokonaliśmy około<br />
8 &#8211; 10 km. Zastanawiamy się jak wrócić do Ambilobe, lecz odwrotu  już nie ma. Kiedy dotrzemy do celu, ile potrzeba na to czasu? Jak się okazuje, jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do tej   podróży. Brakuje nam wszystkiego: jedzenia, picia, właściwego ubioru, a przede wszystkim  nie jesteśmy do niej przygotowany psychicznie.</p>
<p>Rozglądam  się i patrzę na współtowarzyszy podróży. Oni z równą ciekawością i sympatią  obserwują naszą grupę. Nie widzieli jeszcze aby biali turyści  podróżowali  w takich warunkach. Wyraźnie nawiązuje się między nami nić sympatii. Widząc nasze nieprzygotowanie do  tej podróży starają się nam pomóc. Od młodej Malgaszki &#8211; Catherine dostaję pomarańczę i miły uśmiech.</p>
<p>Zaczyna do mnie docierać, że część naszych współtowarzyszy podróży jedzie do Vohemar w celach handlowych. Wiozą dużą ilość towarów na sprzedaż. Jeden z młodych tubylców ma ze sobą 2 ”garnki” zrobione z puszek po konserwach i 8 sitek tj. małych puszek  po konserwach z podziurawionym gwoździami dnem. To cały jego dobytek, który zamierza sprzedać na targu w Vohemar. Catherine wiezie na sprzedaż trzy duże kosze żywych krabów. Na kolejnych postojach wyjmuje je obmywa je wodą i ponownie pakuje do kosza. W ten sposób przedłuża im żywot, a sobie nadzieję na sprzedaż na targu żywych krabów. Otrzyma wtedy za nie wyższą cenę. Te kraby, które nie wytrzymały trudów podróży trafiają prosto do garnków i stanowią pożywienie dla pozostałych towarzyszy podróży. Z każdym postojem, z każdą kolejną godziną jazdy opłacalność takiego wyjazdu maleje. Krabów ubywa. Catherine w Ambilobe za trzy kosze krabów zapłaciła 20.000F, liczyła, że w Vohemar otrzyma za nie 30.000 F. Zarobek niewielki, a do tego dochodzą jeszcze koszty biletów w obie strony i opłaty za duży bagaż. Całe przedsięwzięcie zajmie jej około tygodnia, ale to najmniej istotne. Czas na Madagaskarze ma wyjątkowo małą wartość. Zastanawia mnie dlaczego tak wielu Malgaszy zajmuje się handlem. Uświadamiam sobie, że inne formy działalności wymagają większych inwestycji. Aby zostać krawcem trzeba mieć swoją maszynę do szycia, aby otworzyć warsztat rowerowy najpierw należy zainwestować w zakup kluczy rowerowych, a mało kogo na to stać.</p>
<p>Około 22 00, czyli po 14 godzinach jazdy docieramy do niewielkiej osady Dariana. Przejechaliśmy około 90 km. Spoglądam na pięknie rozgwieżdżone niebo. Takiej ilości gwiazd do tej pory nie widziałem nawet w planetarium. Nadszedł w końcu czas na upragniony  wieczorny posiłek. Cieszymy się z tego, bo głód już od kilku godzin daje o sobie znać.  Lecz po tym co zobaczyliśmy i poczuliśmy w kuchni większość z nas rezygnuje z kolacji. Po kilkunastu godzinach podróży mamy też nadzieję na wieczorną toaletę, ale nie ma nawet gdzie umyć rąk. Czekamy na dalszą nocną jazdę, lecz  okazuje się, że noc spędzimy w Dariana. Pytamy kierowcę o miejsce na nocleg. Jak się okazuje mamy dwie możliwości; możemy przesiedzieć noc na krześle przy stole bądź przespać się na podłodze. Po długich namysłach wybieramy ten drugi wariant. Nie mamy śpiworów, koców ani nawet karimaty, są one schowane w naszych niedostępnych bagażach ulokowanych na dachu samochodu. W nocy jest zimno i dają o sobie znać moskity. Nie jest ich dużo, są małe, ale wyjątkowo uciążliwe. Niestety nie dysponujemy też moskitierą. Czy poza swędzącymi bąblami będą jakieś konsekwencje tego nocnego spotkania ? Po kilku miesiącach okazało się, że tak. Pomimo regularnego brania środków antymalarycznych nie ustrzegłem się choroby. Na szczęście malaria była szybko zdiagnozowana, właściwie leczona więc jej przebieg był stosunkowo łagodny.</p>
<p>Nasi współtowarzysze podróży rozbiegają się na nocleg po okolicznych domostwach. Na następny dzień są wypoczęci i dobrze przygotowani do podróży. Są czyści, umyci, zmienili ubrania, w przeciwieństwie do nas. Kobiety, jak wszędzie na świecie, dbają o wygląd. Na głowach zawiązane nowe, czyste chustki, na palcach dłoni, rękach i szyjach biżuteria. Dookoła pustka, malutkie wiejskie domostwa, a tu taka elegancja. My nieumyci, w starych, brudnych ubraniach czujemy się mało komfortowo. Nasza obecność we wsi zostaje zauważona, zbiegają się dzieci. Pilne nas obserwują, co odważniejsze dotykają. Wszyscy radośnie i głośno witają nas okrzykami <i>sali vazaha, </i>czyli witaj, bądź pozdrowiony biały człowieku.</p>
<p>W drugim dniu podróży czekają nas kolejne nieprzewidziane przygody. Ze względu na wyjątkowo trudne warunki przejazdu, spalanie paliwa jest znacznie większe, ponad normatywne. Kierowcy nagle kończy się paliwo. Nigdzie w pobliżu nie ma stacji benzynowej. Koniec jazdy. Jest południe, słońce grzeje coraz mocniej, robi się gorąco, duszno, a do tego jeszcze wyjątkowa wilgotność. Wszyscy autochtoni wybiegają z samochodu szukając miejsca w cieniu. Sadowią się pod dużą rozłożystą palmą z postrzępionymi liśćmi przypominającymi liście bananowca. To słynna ravenala, symbol wyspy. Popularnie nazywana jest drzewem podróżników lub pielgrzymem madagaskarskim. Jak się później dowiaduję ravenala nie jest palmą, a krzewem. Jest na tyle charakterystyczną rośliną, że występuje w godle państwa, a także w logo linii lotniczych Air Madagaskar. To tu w jej cieniu współtowarzysze podróży odpoczywają, szykują posiłek, a my znów niepotrzebnie denerwujemy się. Do celu podróży niby już niedaleko, a ile czasu spędzimy tu zupełnie bezczynnie. Na co czekamy? Okazuje się, że na przejeżdżające pojazdy, może któryś z nich będzie miał nadmiar paliwa i zechce nam je odstąpić. Samochody jeżdżą tu z częstotliwością mniej więcej co 2 godziny jeden pojazd. W końcu udaje się nam, gdy trzeci z nich ma trochę paliwa na zbyciu. Brakuje tylko lejka, więc Malgasze robią go z &#8230; gazety. Znów się udaje. Po 6 godzinach bezczynności ruszamy dalej. Mijamy kolejne wioski.    Dostrzegamy, że Madagaskar to faktycznie jeden z najuboższych krajów świata, ale ludzie są to uśmiechnięci, radośni, potrafiący cieszyć się z prostego życia. W odróżnieniu od innych krajów afrykańskich pozostawał on bardzo długo poza zainteresowaniem europejskich kolonizatorów. Podbity został przez Francuzów dopiero w 1885 roku i był pod ich panowaniem do 1960 roku. Po odzyskaniu niepodległości przez pewien czas dostał się pod orbitę wpływów radzieckich. Mimo ubóstwa nie widać głodu, to zasługa klimatu, jest ciepło i wilgotno. Do tego urodzajne, powulkaniczne gleby zapewniają częste i dobre plony. Zbiorów można dokonywać 2 &#8211; 3 razy w roku. Symbolem urodzaju są dla mnie kwitnące płoty. Po raz kolejny zauważam, że wetknięta w ogrodzenie drewniana żerdź, po kilku tygodniach zakorzenia się i wypuszcza liście. Jest to możliwe chyba tylko na Madagaskarze.</p>
<p>Kolejne zaskoczenie, z naszego dużego samochodu musimy się przesiąść do dwa razy mniejszego busa. Dlaczego tak się dzieje nikt nie potrafi wytłumaczyć. To co wydaje się, w pierwszej chwili, zupełnie niemożliwe udaje się jednak zrealizować. Wszyscy w busie się mieszczą. To jest możliwe tylko w Afryce. Po pół godzinie jazdy kierowca zatrzymuje samochód i każe wszystkim wysiadać. Okazuje się, że zapomniał prawa jazdy i musi po nie wrócić do domu. Dopiero po chwili dociera do mnie, że pojechał ze wszystkimi naszymi bagażami, ale to na szczęście Madagaskar, a nie Europa. Tu nic nie ginie. Po godzinie oczekiwania pojawia się znów. Kolejna niespodzianka samochód jest wypełniony nowymi pasażerami. Tym razem już naprawdę wszyscy się nie zmieścimy. Trwają długie dyskusje, kto pojedzie dalej, a kto zostanie w buszu. Nam, jako cudzoziemcom, udaje się. Jesteśmy wybrańcami i ruszamy w dalszą drogę, aby po półgodzinnej  jeździe usłyszeć rozpaczliwy płacz kobiety. Okazuje się, że z poprzedniego postoju małżeństwo zapomniało zabrać swoją trzyletnią pociechę. Znowu wysiadamy, kierowca wraca z zrozpaczoną kobietą szukać dziecka. Wracają, nie wiem po jakim czasie, tracę już rachubę. Poszukiwania okazują się nieskuteczne. Kierowca pozostawia zdesperowaną kobietę na miejscowym posterunku policji. Rodzice wraz z policjantami dalej  poszukują zaginionego dziecka. Zastanawiam się, jak to możliwe, aby podróżujące wspólnie małżeństwo z jednym małym dzieckiem mogło o nim zapomnieć. No cóż, to uroki i magia  Afryki.</p>
<p>Dalszą nocną podróż urozmaicają nam wspaniałe śpiewy kobiet. Zauroczeni, oczarowani muzyką i pięknymi głosami chłoniemy specyfikę Madagaskaru. Przez dwie doby wspólnej podróży wszyscy jej uczestnicy zaprzyjaźnili się i teraz na zakończenie wspólnej eskapady serdecznie się ze sobą żegnamy, życząc sobie wiele szczęścia w dalszych etapach podróży. Po dwóch dobach podróży udaje się nam w końcu dotrzeć do celu. Jesteśmy w Vohemar.</p>
<p>Po tych doświadczeniach wiem, że kolejne etapy naszej wędrówki po Madagaskarze odbędę samolotem. Przede mną daleka droga do stołecznej Antananarivy, do polskich misjonarzy. Oblaci przybyli tu w latach 70. XX stulecia, założyli tu dom formacyjny. Ich siedziba znajduje się w dzielnicy Soavimbahoaka, położonej na jednym z 14 stołecznych wzgórz wulkanicznych. Polscy misjonarze pracujący w wielu rozrzuconych po wyspie parafiach przybliżają autochtonom wiarę katolicką oraz pomagają w rozwiązywaniu codziennych problemów. Często niosą im pomoc medyczną i dostarczają lekarstwa. Wśród tubylców cieszą się szacunkiem i sympatią. Praca duszpasterska jest trudna, gdyż katolicy stanowią niespełna ¼ populacji. Wśród Malgaszy nadal najbardziej popularny jest animizm.</p>
<p>Dziś wszelkiego rodzaju kontakty pomiędzy Polską, a Madagaskarem są minimalne. Nie ma tu polskiej placówki konsularnej. Kontakty handlowe praktycznie nie istnieją, polscy turyści i globtroterzy pojawiają się sporadycznie. Jedynymi przedstawicielami naszego kraju są misjonarze, którzy zawsze chętnie wspomagają będących w potrzebie rodaków. Dzięki nim udaje się nam odszukać Polaków, którzy wybrali wyspę jako swoje nowe miejsce do życia.</p>
<p>Jest ich bardzo niewielu. Poznajemy Leszka Borakiewicza i jego rodzinę. Przybył on na wyspę przed 5 laty. Jeszcze w Polsce ożenił się z Malgaszką Ania, która studiowała w naszym kraju. Tu urodziła się ich pierwsza córka, druga przyszła na świat już na Madagaskarze. Młodzi Borakiewiczowie chcieli ułożyć sobie życie nad Wisłą, niestety ze względu na rasizm zdecydowali się wyjechać z Polski. Leszek jest dziś cenionym na wyspie specjalistą w zakresie usług internetowych, zajmuje się wdrażaniem internetu. Dużą pomoc rodzina otrzymała od polskich misjonarzy ze stołecznej Antananariwy. Inny z naszych rodaków, mieszkający na zachodnim wybrzeżu w okolicy Mahajangi najbardziej upalnego miasta wyspy, położonego w delcie rzeki Betsiboka,  ma duże przedsiębiorstwa zajmujące się połowem ryb i owoców morza.</p>
<p>Warto wspomnieć, iż oddalony od Polski o tysiące kilometrów Madagaskar od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu pod koniec XVIII stulecia dotarł Maurycy Beniowski żołnierz, podróżnik, konfederata barski. Trudno jednoznacznie określić jego narodowość. Raz podaje się, że był Polakiem, innym razem Węgrem, a przyznaję się do niego także Słowacy. Przybył tu w charakterze najeźdźcy, a później przekształcił się w przyjaciela Malgaszy, zyskał ich uznanie, zdobył autorytet. Na Madagaskar przypłynął w 1773 roku jako wysłannik króla Ludwika XV, który miał dokonać próby kolonizacji wyspy. Nie wypełnił swojego zadania, zaprzyjaźnił się z Malgaszami z czasem podporządkował sobie miejscowe plemiona i 10 października 1776 roku został wybrany ich królem.  Za żonę pojął Malgaszkę.  Spłodził wiele pięknych dzieci. Ponoć do dziś wśród mieszkańców tego regionu znaleźć można ciemnoskórych Malgaszy o błękitnych oczach. Po latach, w 1785 roku ponownie wrócił na Madagaskar i tu rok później 23 maja 1786 roku zginał w czasie potyczki z wojskami francuskimi. Pamięć o Beniowski przetrwała do dziś, w stolicy jedna z ulic nosi jego imię.</p>
<p>W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była kolonizacją tej wielkiej wyspy. W lecie 1937 roku rząd wysyłał do północnej części Madagaskaru, w dolinę rzeki Maeverano, swoich przedstawicieli, aby rozeznali sytuację, dokonali penetracji terenu. Jako dwaj niezależni eksperci tej  egzotycznej misji podjęli się Arkady Fiedler oraz Mieczysław Lepecki. Napisali oni dwie zupełnie odmienne sprawozdania. Lepecki, jako kierownik komisji oraz znawca i ekspert do spraw kolonizacji, wcześniej był przedstawicielem rządu w krajach Ameryki Południowej, odniósł się akcji kolonizacji pozytywnie, widział możliwość przysłania tu kilkudziesięciu tysięcy polskich osadników, głównie rolników pochodzenia żydowskiego. Arkady Fiedler, który przebywał na wyspie znacznie dłużej, półtora roku, do propozycji tej odniósł się krytycznie. Życie zweryfikowało te plany i wybuch II wojny światowej  przerwał wszelkie dyskusje.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>W gościnie u polskich Oblatów na Madagaskarze</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/w-goscinie-u-polskich-oblatow-na-madagaskarze/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=w-goscinie-u-polskich-oblatow-na-madagaskarze</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/w-goscinie-u-polskich-oblatow-na-madagaskarze/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 17 Nov 1999 20:36:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[Z wizytą u Polaków]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1218</guid>
		<description><![CDATA[Madagaskar choć tak bardzo oddalony od Polski od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu, przed 225 laty dotarł Maurycy Beniowski, który podporządkował sobie miejscowe plemiona i został uznany przez nich królem. W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była pewnymi próbami kolonizacji tej wielkiej wyspy. Dziś kontakty Polski z Madagaskarem są minimalne, nie ma tu polskiej ambasady, [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="center">
<p>   Madagaskar choć tak bardzo oddalony od Polski od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu, przed 225 laty dotarł Maurycy Beniowski, który podporządkował sobie miejscowe plemiona i został uznany przez nich królem. W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była pewnymi próbami kolonizacji tej wielkiej wyspy. Dziś kontakty Polski z Madagaskarem są minimalne, nie ma tu polskiej ambasady, podobnie jak i malgaskiej w Polsce. Kontakty handlowe praktycznie nie istnieją, nie docierają tu także polscy turyści. Jedynymi przedstawicielami naszego kraju są polscy misjonarze głównie Oblaci. Przybyli oni do tego odległego kraju pod koniec lat 70-tych. Pracują w wielu rozrzuconych po całej wyspie parafiach próbując przybliżyć tubylcom wiarę katolicką oraz pomagają w rozwiązywaniu wielu codziennych problemów. Wśród autochtonów cieszą się wielkim szacunkiem i sympatią. Główne siedziby polskich misjonarzy znajdują się w Tamatave na wschodnim wybrzeżu oraz w stołecznym Antananarivo gdzie prowadzą dom formacyjny.</p>
<p>Na początku naszej podróży trafiliśmy właśnie do domu formacyjnego Oblatów, położonego w dzielnicy na jednym z czternastu stołecznych wzgórz &#8211; Soavimbahoaka. Mieliśmy to szczęście, że już na lotnisku czekali na nas dwaj polscy misjonarze. Ojciec Roman i Ojciec Klaudiusz. Wiadomo, że najtrudniejsze są zawsze pierwsze kroki w nowym nieznanym kraju, więc odebranie nas z lotniska przez księży było dla nas wielkim dobrodziejstwem. Nie musieliśmy szukać środka transportu, ani noclegu. Zapakowaliśmy swoje bagaże i jechaliśmy przez uśpione stołeczne Antananarivo do siedziby Oblatów. Pomimo wyjątkowo późnej pory rozpoczęły się długie Polaków rozmowy. Kogo zmorzył sen mógł udać się do swojego własnego jednoosobowego pokoju.</p>
<p>Dom formacyjny Oblatów to bardzo funkcjonalny budynek, murowany, trzykondygnacyjny<br />
z niewielkim ale pięknie utrzymanym ogrodem. Podczas naszego pobytu wspaniale kwitną krzewy hibiskusa, podziwiamy również wspaniałe, dorodne i smukłe araukarie. Rano przez otwarte okno, zamontowana jest w nim oczywiście moskitiera, słyszeliśmy wspaniały ptasi koncert.</p>
<p>W związku z częstymi wyjazdami w teren misjonarze mają do swojej dyspozycji kilka samochodów. Po stolicy można bez większych problemów, nie wspominając o straszliwych korkach na ulicach, poruszać się zwykłymi samochodami osobowymi bądź busami. Do jazdy terenowej, a na Madagaskarze zdecydowaną większość dróg stanowią trakty nieutwardzane gruntowe, potrzebny jest dobry terenowy samochód z napędem na wszystkie koła. Takim właśnie zgrabnym, niezbyt wielkim ciężarowym Mercedesem dysponują nasi Oblaci.</p>
<p>Miłym zaskoczeniem jest dla nas śniadanie, w miarę tutejszych możliwości zbliżone jest ono do naszego typowego polskiego. Serek topiony, pasztet, kiełbasa, sadzone jajka. Tylko napoje zamiast z filiżanek czy szklanek pijemy z dużych salaterek, to miejscowy malgaski zwyczaj. Przy późniejszych posiłkach największym dla nas zaskoczeniem jest napój, który dostajemy do wypicia. Ma on barwę lekko zieloną, na wierzchu pływa niewielki zielony liść. Dość dziwny smak, nikomu z nas z niczym się nie kojarzy. Okazuje się, że pijemy wodę, w której gotowany był ryż ma on regulować właściwą pracę jelit i gasić pragnienie.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Wieczorem poznajemy miejscowych diakonów przyspasabiających się do pracy duszpasterskiej w domu formacyjnym. Każdy z diakonów jest ciemnoskóry, ale jakże różne mają oni fizjonomie. Jest to typowe dla Malgaszy. Jeden z nich jest niski, krępy<br />
z dominującymi cechami typowymi dla Chińczyków, drugi wysoki, postawny<br />
z typowymi cechami negroidalnymi.</p>
<p>Po kolacji Ojciec Klaudiusz bierze nas na wieczorną wycieczkę samochodem po mieście. Uwidacznia nam wielkie kontrasty metropolii. Są tu ekskluzywne, kilku gwiazdkowe hotele, ale najwięcej widzimy biedy. Jak do każdej stolicy w krajach Trzeciego Świata przyciągają tu liczne rzesze wiejskiej i małomiasteczkowej biedoty, licząc na poprawienie swojego ciężkiego losu. Zazwyczaj spotyka ich kolejne rozczarowanie, nie znajdują tu pracy, ani własnego domu. Część z nich śpi na ulicy, prawie wszyscy z nich żebrzą. Widzimy też dzielnice rozpusty, ulice są tu pełne młodych dziewcząt pragnących zarobić kilka franków, aby utrzymać siebie i swoich najbliższych do następnego dnia.</p>
<p>Do misji Oblatów powracamy jeszcze raz, na dzień przed naszym odlotem do Europy. Trafiamy na specyficzny dzień, jest właśnie Wielki Piątek jeden jedyny dzień w roku bez mszy świętej. W każdym kościele katolickim w Antananarivo odprawiana jest droga krzyżowa, ma ona bardzo uroczystą oprawę. My po postnej kolacji zostajemy zaproszeni przez Ojca Klaudiusza na wspólną modlitwę, udajemy się do niewielkiej kaplicy mieszczącej się na parterze domu formacyjnego. Siadamy we wspólnym kręgu tak abyśmy poczuli wzajemną więź. Ojciec Klaudiusz przypomina tradycję wielkopiątkową i wiele mówi nam o miejscowych obrzędach o różnicy pomiędzy katolicyzmem w Polsce i na Madagaskarze, o konieczności dostosowania miejscowych obrzędów do mentalności i przyzwyczajeń autochtonów. Potem kolejno czytamy fragmenty Pisma Świętego dotyczącego męki pańskiej.</p>
<p>We wspólnej modlitwie uczestniczą też Leszek i Ania Borakiewiczowie ze swoimi dwoma uroczymi córkami. Od kilku już lat mieszkają oni na Madagaskarze. Wcześniej poznali się<br />
w Polsce, gdzie Ania &#8211; Malgaszka z Antananarivo studiowała. Pobrali się w Polsce, tu urodziło się ich pierwsze dziecko. Usiłowali ułożyć sobie życie w Polsce, jednak ze względu na pewne formy rasizmu zdecydowali się na jej opuszczenie. Przenieśli się do odległego Madagaskaru, gdzie od początku mogli liczyć na pomoc polskich księży i najbliższej rodziny Ani. Leszek jest specjalistą od komputerów i internetu. Prowadzi własną firmę, lecz ze względu na jego pochodzenie, firma ta jest oficjalnie zarejestrowana na żonę. Jest on cenionym fachowcem i ma nadzieję, że przy tym rodzaju działalności pracy będzie miał wiele przez najbliższe dziesięciolecia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/w-goscinie-u-polskich-oblatow-na-madagaskarze/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bezdroża Madagaskaru</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/bezdroza-madagaskaru/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=bezdroza-madagaskaru</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/bezdroza-madagaskaru/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 24 Aug 1999 20:39:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=663</guid>
		<description><![CDATA[Od wielu lat fascynował mnie Madagaskar, myślałem aby zobaczyć ten egzotyczny i odległy kraj. Pociągała mnie szczególnie dziewicza przyroda wyspy. Madagaskar jest jedynym miejscem na świecie, gdzie świat roślinny i zwierzęcy jest tak oryginalny, około 90 % z występujących tu 7300 gatunków roślin to endemity, czyli gatunki nie występujące w innych miejscach kuli ziemskiej. Specyficzna [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Od wielu lat fascynował mnie Madagaskar, myślałem aby zobaczyć ten egzotyczny i odległy kraj. Pociągała mnie szczególnie dziewicza przyroda wyspy. Madagaskar jest jedynym miejscem na świecie, gdzie świat roślinny i zwierzęcy jest tak oryginalny, około 90 % z występujących tu 7300 gatunków roślin to  endemity, czyli gatunki nie występujące  w innych miejscach kuli ziemskiej.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750001.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-698" alt="lemur symbol Madagaskaru" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750001-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a>Specyficzna jest też fauna wyspy. Najbardziej rozpowszechnione zwierzęta to lemury i kameleony, dziś można je spotkać w wielu różnych miejscach wyspy. Na Madagaskarze występuje połowa wszystkich  żyjących na świecie gatunków lemurów. Należą one do prymitywnych ssaków z rodziny  naczelnych. Najmniejsze z nich są wielkości myszy, największe zaś osiągają rozmiary małpy. Prowadzą zróżnicowany tryb życia, niektóre aktywne są nocą, inne zaś w dzień. Część gatunków lemurów żyje w stadach,  inne są samotnikami.</p>
<p>Pragnąc zobaczyć dziewiczy fragment Madagaskaru wraz z grupą znajomych wybraliśmy się na północny kraniec wyspy. Dotarcie do niewielkiej osady Ambilobe nie należało do najłatwiejszych zadań.</p>
<p>Udało się nam tu dotrzeć samochodem  z Ambanja,  odległość ponad 100 km dzielącą obie miejscowości przebyliśmy w ciągu niespełna 4 godzin. Wcześniej podróżowaliśmy samochodem ze stołecznego Antananarivo do Mahajanga oraz samolotem z Mahajanga na wyspę Nosy Be i łodzią z wyspy w okolice Ambanja. Podróże nie sprawiły nam większego kłopotu wszystko przebiegało  zgodnie z naszymi wcześniejszymi założeniami.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750026.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-683" alt="jedna z wiosek na północy Madagaskaru" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750026-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a></p>
<p>Wiemy już że komfort tych podróży, poza lotami samolotem jest niewielki. W kraju jest zaledwie kilka dróg o nawierzchni asfaltowej, duże odcinki trzeba pokonywać jadąc drogami  gruntowymi. Nie sprzyja nam też pora roku, marzec na północy Madagaskaru, to  koniec pory deszczowej. Intensywne deszcze  padały tu przez kilka ostatnich miesięcy.</p>
<p>Chcemy dostać się z Ambilobe na wschodnie wybrzeże do Vohemar, jest to odległość zaledwie 160 km. Jest godzina 16 00 i nikt nie chce z nami rozmawiać o popołudniowej podróży, właściciele samochodów nawet tych z napędem na 4 koła mówią o  ewentualnym jutrzejszym wyjeździe. Nie mając innego wyjścia  godzimy się na przerwę w podróży i nocleg w Ambilobe. Następnego dnia jedziemy jeszcze w góry, zwiedzamy  rezerwat  Ankarana podziwiając wspaniałe, wielkie jaskinie oraz kilka wodospadów , fragment pierwotnej dżungli, widzimy również skaczące po gałęziach drzew stada lemurów.</p>
<p>Do opieki nad naszą grupą dostajemy dwóch przewodników, jeden z nich zna tylko miejscowe narzecze, a drugi jest  &#8230; niemową.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750022.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-679" alt="najbardziej okazały budynek w miasteczku, siedziba władz" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750022-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a>Następnego dnia rano jesteśmy umówieni z kierowcą, że podjedzie po nas do hotelu o 8 00 rano. Znając już miejscowe zwyczaje jesteśmy mocno zdziwieni gdy zjawia się przed czasem. Zaskoczenie nasze potęguje jeszcze wygląd samochodu, jest to duży ciężarowy Mercedes przystosowany do jazdy terenowej, z metalowa “budą”, w której po bokach zamontowane są małe drewniane ławki. W samochodzie niewyobrażalny tłok , na ławkach, które mogą pomieścić około 10 osób jest już nadkomplet. Każdy z pasażerów ma olbrzymie bagaże, zazwyczaj  wielkie worki, kosze. Bagaże ułożone są w środku samochodu pomiędzy ławkami, a część z nich  załadowana jest także na bagażniku nad szoferką. W środku w niesamowitym ścisku siedzi już około 30 osób, potworny  tłok, harmider i smród. Zapachami jesteśmy mocno zdziwieni, gdyż do tej pory Malgasze  kojarzyli się nam jako ludzie czyści , przestrzegający  higienę, dbający o  swój wygląd. Zagadka nieprzyjemnych zapachów wyjaśni się nam następnego dnia. Z obawami i przerażeniem patrzymy jak mamy się zmieścić  w siódemką z dużymi bagażami do środka samochodu.</p>
<p>Co się wydaje niewykonalne,  udało się nam zrealizować prawie w 100 % poza  jednym drobiazgiem, jeden z naszych kolegów  nie mieści się już w samochodzie, siedzi w otwartych jego drzwiach. Z jednej strony mu zazdrościmy, nie czuje wszystkich tych zapachów, na które my jesteśmy narażeni, ale podróż na dłuższą metę w takich warunkach przy wyboistych drogach  jest nie możliwa. Przenosi się więc on szybko na dach szoferki, podróż staje się więc dla niego mocno ryzykowana przy licznych podskokach samochodu nie ma się czego przytrzymać, ale ma za to wyjątkową możliwość robienia ciekawych zdjęć. Trochę gorzej, gdy zaczyna padać  deszcz, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750011.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-668" alt="początkowy fragment naszej drogi" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750011-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a></p>
<p>My z tyłu samochodu jedziemy początkowo w milczeniu, każdy z nas zastanawia się czy wytrzymamy w tych warunkach te 160 kilometrów. Ile możemy jechać, najwięksi pesymiści mówią o 8 godz. to daje przeciętną 20 km/godz., tyle co na rowerze. Zaciskamy mocno zęby, co 5 &#8211; 10 min. patrzymy na zegarek, ile zostało jeszcze do końca podróży.</p>
<p>Po przejechaniu kilku kilometrów droga staje się coraz trudniejsza do pokonania. Koleiny początkowo kilkunastocentymetrowe, stają się głębsze niż koła samochodu. Kałuże i  rozlewiska są coraz  trudniejsze do pokonania. Na poboczach stoją pierwsze samochody, które ugrzęzły na drodze. Dookoła pełno młodych chłopców  z łopatami, którzy pomagają przy wykopywaniu samochodów. Nasz Mercedes 91l z napędem na wszystkie koła dzielnie walczy, jednak kilka razy mocno go  zarzuca. Tubylcy  wychodzą   z samochodu, dalej idą pieszo. Nam zaś zupełnie niespieszno do wodno &#8211; błotnych kąpieli, zrezygnowani siedzimy w środku czekając aż kierowca kolejny raz upora się z coraz większą przeszkodą. W końcu upał w rozgrzanej blaszanej “budzie” i nas zmusza do opuszczenia samochodu. Dalej brniemy w czerwonym błocku ostro kontrastującym z otaczającą nas zielenią. Przez kilka najbliższych  godzin tak na zmianę 1 &#8211; 2 km idziemy piechotą, by kolejne  kilkaset metrów przejechać samochodem i znów udać się dalej na pieszą wędrówkę. W końcu samochód nasz tak zarzuca, że staje on w poprzek drogi, a jego “buda” wpada w przydrożne krzaki. Po kilkudziesięciu minutach  uporczywej walki kierowcy udaje się ponownie wyjść z opresji. Jedziemy dalej. Z przeciwnej strony mijają nas inne wolno poruszające się samochody. Najczęściej formują się konwoje po 3 &#8211; 4 samochody połączone łańcuchami, wzajemnie sobie pomagają, inaczej droga byłaby nie do przejechania.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750009.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-666" alt="przejazd tą drogą był uciążliwy" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750009-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a>Po 4 godzinach tej naprzemiennej jazdy i “spacerów” stwierdzamy, że pokonaliśmy około 8 &#8211; 10 km. Zastanawiamy się jak tu wrócić do Ambilobe, lecz odwrotu  już nie ma. Kiedy dotrzemy do celu, ile potrzeba na to czasu? Jak się okazuje jesteśmy zupełnie nie przygotowani do tej   podróży, brakuje nam wszystkiego: jedzenia, pitnej wody, właściwego ubioru, a przede wszystkim  nie jesteśmy do niej przygotowani psychicznie.</p>
<p>Rozglądamy  się z ciekawością i patrzymy na naszych współtowarzyszy podróży. Oni z równą ciekawością i sympatią  obserwują nas. Nie widzieli jeszcze aby biali turyści  podróżowali , kiedykolwiek w takich warunkach. Wyraźnie nawiązuje się między nami nić sympatii. Widząc nasze nie przygotowanie do  tej podróży starają się nam pomóc, m.in. od młodej Malgaszki &#8211; Catherine dostaję pomarańczę.</p>
<p>Zaczyna do nas docierać, że spora część naszych współtowarzyszy podróży jedzie do Vohemar w celach handlowych, wiozą dużą ilość towarów na sprzedaż. Jeden z młodych tubylców ma ze sobą 2 garnki zrobione z puszek po konserwach i 8 sitek tj. małych puszek  po konserwach z podziurawionym gwoździami dnem &#8211; to cały jego dobytek. Catherine wiezie na targ dwa duże kosze żywych krabów. Na kolejnych postojach wyjmuje  kraby, obmywa je wodą i ponownie pakuje do kosza. Te które nie wytrzymały trudów podróży trafiają prosto do garnków i stanowią pożywienie dla pozostałych malgaskich współtowarzyszy podróży.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750019.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-676" alt="przydriożna kuchnia" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750019-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a>Około 22 00, czyli po 14 godzinach jazdy docieramy do niewielkiej osady Dariana, przejechaliśmy około 90 km, zatrzymujemy się tu na posiłek. Po tym co zobaczyliśmy w kuchni,  pomimo głodu większość z nas rezygnuje z posiłku. Czekamy na dalszą nocną jazdę, a  okazuje się, że spędzimy w Dariana noc. Pytamy kierowcę o miejsce na nocleg. Mamy dwie możliwości; możemy przesiedzieć noc na krześle przy stole bądź przespać się na podłodze. Po długich namysłach wybieramy ten drugi wariant, nie mamy śpiworów, są one schowane głęboko w naszych niedostępnych bagażach.</p>
<p>Nasi współtowarzysze podróży rozbiegają się na nocleg po okolicznych domostwach. Na następny dzień są dobrze przygotowani do podróży, czyści, umyci, zmienili ubrania, zupełnie odmiennie od nas.</p>
<p>W drugim dniu podróży czekają  nas kolejne nieprzewidziane przygody. Ze względu na wyjątkowo trudne warunki przejazdu, kierowcy naszemu kończy się nagle paliwo. Nigdzie w pobliżu nie ma stacji benzynowej. Wszyscy autochtoni szybko wybiegają z samochodu szukając miejsca w cieniu, odpoczywają, szykują posiłek, znów tylko my się denerwujemy. Do celu podróży niby już niedaleko, a ile czasu spędzimy tu zupełnie bezczynnie. Na co czekamy? Okazuje się, że na przejeżdżające pojazdy, może któryś z nich będzie miał nadmiar paliwa. Samochody jeżdżą tu z częstotliwością mniej więcej co 2 godziny jeden pojazd. Udaje się nam, gdyż trzeci z nich ma trochę paliwa na zbyciu. Brakuje tylko lejka, więc Malgasze robią go z &#8230; gazety. Po 6 godzinach bezczynności jedziemy dalej.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750008.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-665" alt="samochód nasz stanął w poprzek drogi" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750008-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a></p>
<p>Później z naszego dużego samochodu zostajemy przeniesieni do dwa razy mniejszego, okazuje się, że też możemy się wszyscy zmieścić. Po pół godzinie jazdy kierowca zatrzymuje samochód i każe nam wysiadać, okazuje się, że zapomniał prawa jazdy i musi po nie wrócić do domu. Po godzinie oczekiwania pojawia się znów, ale samochód jest wypełniony nowymi pasażerami. Tym razem już naprawdę wszyscy się nie zmieścimy. Trwają długie dyskusje, kto pojedzie dalej. Nam się udaje, jesteśmy wybrańcami i ruszamy w dalszą drogę, aby po kolejnej półgodzinie  jazdy usłyszeć rozpaczliwy płacz kobiety. Okazuje się, że z poprzedniego postoju zapomniała zabrać swoją trzyletnią pociechę, choć podróżują wspólnie z mężem i tylko z jednym dzieckiem. Znów wysiadamy, kierowca wraca z zrozpaczoną   kobietą szukać dziecka. Poszukiwania okazują się bezskuteczne.</p>
<p>Dalszą nocną podróż urozmaicają nam wspaniałe śpiewy kobiet. Przez dwie doby wspólnej podróży wszyscy jej uczestnicy zaprzyjaźnili się i teraz na zakończenie wspólnej eskapady serdecznie się ze sobą żegnamy, życząc sobie wiele szczęścia w dalszych odcinkach podróży. Po tych doświadczeniach wiemy, że kolejne etapy naszej podróży odbędziemy samolotem.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/31750027.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-684" alt="Malgaska miss" src="/wp-content/uploads/2013/07/31750027-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<h1>Jarosław Fischbach</h1>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/bezdroza-madagaskaru/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Madagaskar &#8211; wyspa kwitnących płotów</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/madagaskar-wyspa-kwitnacych-plotow/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=madagaskar-wyspa-kwitnacych-plotow</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/madagaskar-wyspa-kwitnacych-plotow/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 May 1999 21:07:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1231</guid>
		<description><![CDATA[Madagaskar choć tak bardzo oddalony od Polski od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu, przed 225 laty dotarł Maurycy Beniowski, który podporządkował sobie miejscowe plemiona i został uznany przez nich królem. W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była pewnymi próbami kolonizacji tej wielkiej wyspy. Dziś kontakty Polski z Madagaskarem są minimalne, nie ma tu polskiej ambasady, [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Madagaskar choć tak bardzo oddalony od Polski od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu, przed 225 laty dotarł Maurycy Beniowski, który podporządkował sobie miejscowe plemiona i został uznany przez nich królem. W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była pewnymi próbami kolonizacji tej wielkiej wyspy. Dziś kontakty Polski z Madagaskarem są minimalne, nie ma tu polskiej ambasady, podobnie jak i malgaskiej w Polsce. Kontakty handlowe praktycznie nie istnieją, nie docierają tu także polscy turyści. Jedynymi przedstawicielami naszego kraju są polscy misjonarze głównie Oblaci. Przybyli oni do tego odległego kraju pod koniec lat 70-tych. Pracują w wielu rozrzuconych po całej wyspie parafiach próbując przybliżyć tubylcom wiarę katolicką oraz pomagają w rozwiązywaniu wielu codziennych problemów. Wśród autochtonów cieszą się wielkim szacunkiem i sympatią. Główne siedziby polskich misjonarzy znajdują się w Tamatave na wschodnim wybrzeżu oraz w stołecznym Antananarivo gdzie prowadzą dom formacyjny.</p>
<p>Jak wszędzie na świecie spotkać tu można też Polaków, którzy wybrali Madagaskar jako swoją drugą Ojczyznę. Polonia malgaska jest wyjątkowo skromna, ale zajmuje ważną pozycję w życiu gospodarczym kraju. Jeden z naszych rodaków ma duże przedsiębiorstwo połowowe w okolicach Mahajangi na zachodnim wybrzeżu. W czasie naszej wizyty na Madagaskarze udaje się nam poznać Leszka Borakiewicza i jego rodzinę. Leszek i jego żona Malgaska &#8211; Ania z dwiema córkami mieszkają na Madagaskarze od 5 lat.  Ania z Leszkiem ślub wzięli w Polsce gdzie ona studiowała, tu też urodziła się ich pierwsza pociecha. Jednak ze względu na panujące w niektórych środowiskach pewne formy rasizmu, wspólnie podjęli decyzję o przeniesieniu się na Madagaskar. Dziś Leszek prowadzi tu firmę zajmującą się komputeryzacją i wdrażaniem internetu. Jest cenionym fachowcem. Podkreśla cały czas wdzięczność polskim misjonarzom, którzy bardzo pomagali mu w początkowym okresie pobytu w nowej ojczyźnie. Na pomoc tę może liczyć cały czas. Cała rodzina jest częstym gościem u Oblatów. Udaje się nam wspólnie przeżyć wielkopiątkową modlitwę prowadzoną w języku polskim przez Ojca Klaudiusza.</p>
<p>Madagaskar jest specyficznym krajem, należy do jednych z najuboższych na świecie, ale na szczęście ludzi cierpiących głód jest stosunkowo niewielu. Najczęściej można ich spotkać w stołecznym Antananarivo. Na prowincji, na wsi nie widzieliśmy praktycznie głodujących ludzi. Wysokie plony są zasługą wspaniałego klimatu, jest tu ciepło i przez większą część roku wilgotno, do tego Madagaskar ma bardzo urodzajne gleby. Między sobą śmiejemy się, że jest to kraj kwitnących płotów, wystarczy wsadzić w ziemię kawałek kija, aby po kilku tygodniach wypuścił liście i zakorzenił się. Ludność żyjąca na wybrzeżu, tej czwartej co do wielkości wyspy świata czerpie też wielkie korzyści z połowów morskich. W każdej z najmniejszych nawet restauracji zjeść można doskonałe i tanie dania przyrządzone z owoców morza.</p>
<p>Wyspę położoną na Oceanie Indyjskim oddziela od Afryki zaledwie Kanał Mozambicki, który w węższym miejscu ma szerokość zaledwie 392 km. Jednak Madagaskar ma większe powiązania z wyspami Oceanii niż z pobliską Afryką.</p>
<p>Wyspę zamieszkuje kilkanaście dużych grup etnicznych, większość z nich pochodzi z odległych wysp Oceanu Indyjskiego. Rdzennymi mieszkańcami wyspy są Malgasze &#8211; potomkowie przybyszów z wysp polinezyjskich i malajskich. Większość mieszkańców wyspy ma ciemny kolor skóry lecz brak u nich typowych cech dla rasy negroidalnej. Rysy ich twarzy są zbliżone do polinezyjskich, a nawet europejskich. Wypatrujemy Malgaszy o ciemnej skórze i niebieskich oczach, o których słyszeliśmy przed wyjazdem jako o potomkach Beniowskiego, ale nie udaje się nam ich spotkać. Na wyspie Sainte Marie natrafiamy, za to na starą Malgaszkę, która przez wiele lat żyła z jednym z naszych rodaków. Wspólnie spędzili na wyspie wiele lat, pewnie można byłoby go spotkać tu dziś, gdyż był zafascynowany tym miejscem, lecz przez miejscowe władze został deportowany.</p>
<p>Bardzo interesująca jest też fauna i flora wyspy, ze względu na swoją izolację, 70 % występujących tu gatunków to endemity, czyli formy niespotykane nigdzie więcej na świecie. Madagaskar kojarzy się zazwyczaj z dwoma najbardziej tu rozpowszechnionymi zwierzętami : lemurami i kameleonami. Lemury, których występuje ponad 20 gatunków są zwierzętami wszystkożernymi, zamieszkującymi lasy liściaste. Doskonale poruszają się one po drzewach, żyją w niewielkich grupach rodzinnych liczących kilkanaście osobników. Połowa gatunków kameleonów żyjących na świecie występuje tylko na Madagaskarze, są to zwierzęta bardzo płochliwe, ale udaje się nam je kilkakrotnie zobaczyć. Nie ma tu węży jadowitych, ale za to w wodach największego jeziora Alaotra spotkać można krokodyle.</p>
<p>Ravenala czyli “drzewo podróżników”, miejscowy endemit, uznawana jest za roślinny symbol kraju, jej rysunek znajduje się m.in. w godle Air Madagascar. Wyspa kojarzona jest też z baobabami, na kontynencie afrykańskim występuje tylko jeden jego gatunek, zaś tu jest ich sześć. Najwyższe drzewa osiągają wysokość ponad 25 m., najmniejsze zaś rosnące na terenach pustynnych osiągają wielkość zaledwie drzewka bonsai. Baobaby żyją do tysiąca lat, często najstarsze ich okazy wyznaczają szczególne miejsca np. w Mahajange dużym porcie na zachodnim wybrzeżu, od punktu w którym rośnie 700 &#8211; letni baobab zaczynają się główne arterie miasta, jest to też główne miejsce spotkań jego mieszkańców.</p>
<p>Należy podkreślić, że lasy na Madagaskarze są mocno przetrzebione. Są one wycinane, produkuje się z nich węgiel drzewny, którym opalane są prawie wszystkie paleniska domowe zarówno na wsiach jak i w miastach. W miejscach gdzie wycięto lasy teren zostaje zdenudowany, uwidacznia się goła gleba, która ze względu na dużą zawartość związków żelaza ma barwę intensywnie czerwoną. W miejscach wyrębu powstają czerwone rany ostro kontrastujące z otaczającą zielenią</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/madagaskar-wyspa-kwitnacych-plotow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tanzania &#8211; safari, Kilimabdżaro i Zanzibar</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 14 Nov 1998 15:15:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1183</guid>
		<description><![CDATA[Tanzania to kraj ciągle dla nas egzotyczny, niewielu Polaków go odwiedza. Należy przypuszczać, że ta sytuacja w najbliższych latach ulegnie zmianie. Jest to zakątek wyjątkowo atrakcyjny dla miłośników dziewiczej przyrody i atrakcyjnych przygód, a z drugiej strony nie brakuje tu również wspaniałych piaszczystych plaż położonych nad ciepłym i czystym Oceanem Indyjskim. Tanzania przez turystów postrzegana [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Tanzania to kraj ciągle dla nas egzotyczny, niewielu Polaków go odwiedza. Należy przypuszczać, że ta sytuacja w najbliższych latach ulegnie zmianie. Jest to zakątek wyjątkowo atrakcyjny dla miłośników dziewiczej przyrody i atrakcyjnych przygód, a z drugiej strony nie brakuje tu również wspaniałych piaszczystych plaż położonych nad ciepłym i czystym Oceanem Indyjskim. Tanzania przez turystów postrzegana jest głównie poprzez swoje olbrzymie parki narodowe pełne typowej dla tej strefy zwierzyny, najwyższą górę kontynentu &#8211; Kilimandżaro, a także wyspę Zanzibar.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>S  A F A R I     &#8211;     P A R K I    N A R O D O W E</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Tanzania posiada kilkanaście parków narodowych. Najbardziej znany z nich to olbrzymi Park Narodowy Serengeti leżący na pograniczu Tanzanii i Kenii. Jest to typowy wulkaniczny płaskowyż leżący na wysokości około 1500- 2000 m n.p.m. Na tej rozległej , porośniętej stepem równinie spotkać można stada wszystkich dzikich zwierząt żyjących w Afryce Wschodniej.</p>
<p>W związku z zaniechaniem polowań, stada te są niewyobrażalnie wielkie. Zwierzęta przemieszczają się bez najmniejszych przeszkód, nie ma tu farm, niewielkie osady afrykańskie należą do rzadkości, rozległe pastwiska porośnięte są drzewami sawanny. Trawy, zioła, a także akacje stanowią pożywienie dla milionów żyjących tu zwierząt roślinożernych: słoni, antylop gnu, zebr, gazeli, bawołów, żyraf. Nie brakuje tu również drapieżników : lwów, hien, gepardów, szakali , jak również drapieżnych i padlinożernych ptaków. Wody pełne są krokodyli, hipopotamów. Wzdłuż rzek spotkać można jedyne w tej części kontynentu lasy galeriowe.</p>
<p>W pobliżu Serengeti znajduje się jeden z najbardziej znanych kraterów świata Ngorongoro. Dno krateru leżącego na wysokości około 2500 m n.p.m. ma powierzchnię 260 km <sup>2</sup>, otoczone jest wysoką na 600 m krawędzią. Stanowi więc olbrzymi naturalny amfiteatr porośnięty sawanną. Jest siedliskiem podobnie jak Serengeti niezliczonej ilości gatunków fauny, zgrupowanej jednak na dużo mniejszej powierzchni, a więc łatwiejszej do obserwacji. Wiele biur i agencji turystycznych zajmuje się organizacją bezkrwawych safari wiodących przez różne parki narodowe w Tanzanii. Najlepszym punktem rozpoczęcia tych eskapad jest Arusha bądź Moshi. Turyści do dyspozycji dostają terenowe landrovery wraz z kierowcą, który pełni także funkcję przewodnika oraz kucharzem. Noclegi w zależności od zasobów finansowych i upodobań mogą być zagwarantowane w namiotach, bungalowach lub hotelach.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>K I L I M A D Ż A R O</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Drugą, niemniejszą atrakcją jest Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki &#8211; 5895 m n.p.m. Jest to najwyższa, wolnostojąca góra na świecie. Masyw położony jest prawie na równiku, w strefie gorącego tropikalnego klimatu, a szczyt jego pokryty jest grubą czapą lodową. U jego podnóża żyją zaś wszystkie charakterystyczne dla Afryki stada zwierząt. Góra ta stanowi wyzwanie dla wielu turystów, szlaki turystyczne wiodące ku szczytowi nie są zbyt trudne. Wejście na szczyt wymaga dobrej kondycji oraz znajomości zasad turystyki wysokogórskiej, nie ma tu dużych trudności wspinaczkowych. Choć na szczyt wiedzie kilkanaście różnych tras, to turyści wybierają zazwyczaj najłatwiejszą z nich tzw. Colca -Cola Route, przy której zlokalizowane są schroniska. Wędrówka na szczyt zajmuje około 3-5 dni, w zależności od długości czasu przeznaczonego na aklimatyzację. Zejście z wierzchołka zajmuje kolejne dwa dni. Wędrówki rozpoczyna się we wsi Marango na wysokości 1830 m n.p.m. na szczyt potrzeba się wspinać ponad 4000 m wyżej. Codzienna porcja podejść wynosi więc około 1000 m. Odpoczynek turyści mogą znaleźć w trzech wysokogórskich schroniskach: Mandara Hut &#8211; 2700 m n.p.m., Horombo Hut 3700 m n.p.m. i Kibo &#8211; 4750 m n.p.m. Z tego ostatniego schroniska, po krótkim kilkugodzinnym odpoczynku o północy rozpoczyna się start do ostatniego etapu wspinaczki, aby o świcie osiągnąć krawędź wulkanu.</p>
<p>Każda grupa wybierająca się w stronę szczytu obligatoryjnie dostaje do dyspozycji przewodnika turystycznego, kucharza i tragarzy, którzy wnoszą plecaki o wadze do 20 kg. Poza bagażami turystów wnieść muszą na górę wszystkie wiktuały potrzebne do sporządzania posiłków, a na wyższych wysokościach także wodę pitną oraz drewno na opał.</p>
<p>Z A N Z I B A R</p>
<p align="center">Zanzibar jedna z większych wysp u wybrzeży Afryki, położona na Oceanie Indyjskim znana jest głównie z pięknych piaszczystych plaż, upraw wonnych korzeni oraz handlu niewolnikami. Dostać się na wyspę można drogą morską z portu zlokalizowanego w dawnej stolicy Tanzanii Dar &#8211; es &#8211; Salaam wodolotem lub statkiem, bądź drogą powietrzną -samolotem. Rejs szybkim wodolotem jest tani i trwa zaledwie 1,5 godz.</p>
<p>   Największe miasto wyspy o tej samej nazwie Zanzibar robi duże wrażenie, jest miastem o specyficznym klimacie. Wyczuwa się tu na każdym kroku skrzyżowanie wielu kultur : afrykańskiej, europejskiej, hinduskiej i arabskie</p>
<p>Często obok siebie zlokalizowane są chrześcijańskie kościoły różnych wyznań, świątynia hinduistyczna i meczety.  Katedra wzniesiona została na miejscu starego targu niewolnikami. W ubiegłych stuleciach głównym towarem eksportowym wyspy byli czarni niewolnicy, rocznie sprzedawano ich około 50 tysięcy. Trafiali oni w różne miejsca, najczęściej w rejon Zatoki Perskiej i Morza Czerwonego, a także na plantacje w Ameryce Południowej oraz do Europy. Handel ten kwitł aż do początku XX stulecia.</p>
<p>Turyści odwiedzający miasto oczarowani są labiryntem wąskich, krętych uliczek, przy których stoją domy z pięknymi, masywnymi, drewnianymi drzwiami. Wszystkie bez wyjątku są ozdobione rzeźbami i mosiężnymi ćwiekami. Dzisiaj są jedynie ozdobami, ale przed laty stanowiły zabezpieczenia przed stadami bojowych słoni , wędrujących ulicami Zanzibaru. Patrząc na motywy rzeźb można zorientować się kto mieszka w danym domu. Muzułmanie mają wrota ozdobione motywami przyrodniczymi i geometrycznymi , wzory na drzwiach Hindusów są skromniejsze, mniej wyszukane.</p>
<p>Wyspa jest największym producentem wszelkiego rodzaju przypraw. Można je nabyć praktycznie w każdym sklepie, od ulicznych handlarzy, ale najprzyjemniej jest dokonać zakupów bezpośrednio na plantacjach. Wiele biur turystycznych organizuje specjalistyczne wycieczki, tzw. “Spice tour” w celu zwiedzenia plantacji.</p>
<p>Po zwiedzeniu wyspy dobrze jest udać się na kilkudniowy wypoczynek, najlepiej na wschodnie wybrzeże, gdzie zlokalizowane są najpiękniejsze plaże. Są one piaszczyste , szerokie , bezpośrednio przy linii brzegowej rosną okazałe palmy. Hoteli i ośrodków jest tu na szczęście jeszcze niewiele, można więc wypocząć w ciszy , kojącej atmosferze, bez tłumu ludzi , za stosunkowo małe pieniądze. W celu uatrakcyjnienia tego pobytu tubylcy organizują wycieczki w głąb oceanu, w celu zobaczenia raf koralowych, popływania wśród delfinów bądź w głąb wyspy , do rezerwatu małp.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Piękne kobiety z plemienia Tatoga</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/piekne-kobiety-z-plemienia-tatoga/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=piekne-kobiety-z-plemienia-tatoga</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/piekne-kobiety-z-plemienia-tatoga/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 25 May 1998 15:01:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1179</guid>
		<description><![CDATA[Osady zamieszkiwane przez ludność plemienia Tatoga są niewielkie. Każda z takich osad zajmowana jest przez jedną dużą rodzinę. Wśród Tatoga rozpowszechnione jest wielożeństwo. Osada do której dotarliśmy to siedziba mężczyzny &#8211; szefa wioski, jego 9 żon, bardzo dużej ilości dzieci i innych najbliższych członków rodziny. Gdy wszyscy są w osadzie daje to liczbę kilkudziesięciu osób. [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Osady zamieszkiwane przez ludność plemienia Tatoga są niewielkie. Każda z takich osad zajmowana jest przez jedną dużą rodzinę. Wśród Tatoga rozpowszechnione jest wielożeństwo. Osada do której dotarliśmy to siedziba mężczyzny &#8211; szefa wioski, jego 9 żon, bardzo dużej ilości dzieci i innych najbliższych członków rodziny. Gdy wszyscy są w osadzie daje to liczbę kilkudziesięciu osób. W trakcie naszej wizyty wioska jest mocno przetrzebiona jest w niej tylko kilkanaście osób. Mieszkańcy jej utrzymują się głównie z hodowli : bydła, kóz, owiec, osłów, w minimalnym stopniu zajmują się również uprawą roli. Okres, w którym jesteśmy podejmowani przez plemię Tatoga to koniec lutego, a w Tanzanii oznacza to końcówkę pory bezdeszczowej, suszy. Pastwiska wokół wsi są już w znacznym stopniu wypasione, wysuszone. Wypasają się na nich tylko bardzo nieliczne stada. Gospodarz osady wraz z większością dorosłych synów, a także z 7 żonami udał się na dalej położone pastwiska. Na miejscu są pozostałe dwie żony, z większością dorastających córek, młodszymi synami oraz seniorzy rodu.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/32250019.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-1002" alt="Jarosław Fischbach w drodze do plemienia Tatoga" src="/wp-content/uploads/2013/07/32250019-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a></p>
<p>Dzięki temu, że nasz przewodnik Momoya pochodzi też z plemienia Tatoga, jesteśmy bardzo sympatycznie witani i podejmowani przez tubylców. Od razu widać wzajemną ciekawość wobec siebie, jesteśmy przedstawicielami dwóch zupełnie różnych światów. Gości nie można podejmować przed domem na podwórku, w związku z tym szybko zostajemy zaproszeni do jednego z budynków.</p>
<p>Konstrukcja jego jest wyjątkowo prosta, główny szkielet powstał z twardych gałęzi drzew, które wzmocnione są wysuszoną na słońcu gliną. Brak w nim jakichkolwiek okien, jedyny otwór stanowią drzwi wejściowe. Wchodzimy bezpośrednio do największej izby, w której koncentruje się całe domowe życie, jako honorowi goście posadzeni zostajemy na drewnianych ławkach, które stanowią jedyny mebel w tym pomieszczeniu. Podejmują nas obie żony szefa osady, za chwilę z innych pomieszczeń i budynków nadciągają ciekawe egzotycznych przybyszów dzieci.</p>
<p>W izbie znajduje się wiele użytecznych sprzętów, na ścianach wiszą duże 5 &#8211; 6 litrowe tykwy z piwem robionym z wody, miodu i miejscowych owoców, obok garnki i cały szereg pomocy kuchennych wykonanych także z tykwy.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/322500431.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1022" alt="w &quot;sypialni&quot; u Tatoga" src="/wp-content/uploads/2013/07/322500431-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a> Budynek ten zajmowany jest na stałe przez dwie żony wraz z gromadką swoich dzieci. Każda z nich ma do dyspozycji po dwa pomieszczenia: jedną bardzo niewielką izbę z paleniskiem, w którym ogień utrzymywany jest przez całą dobę, jest to kuchnia z całym zapleczem gospodarczym. Dalej za nią znajduje się sypialnia z ogromnym łożem skleconym z gałęzi i dykty. Śpi na nim matka wraz z całą gromadą swoich dzieci. Synowie przebywają wraz z matką do 12 &#8211; 15 roku życia, później przenoszą się do wspólnej, specjalnie dla nich przygotowanej chaty. Przed opuszczeniem przez nich domu odbywa się wielka uroczystość podczas której zostają oni obrzezani. Święto to w którym poza najbliższą rodziną uczestniczą także ich rówieśnicy z najbliższych osad, trwa zawsze około 2 tygodni i organizowane na początku pory deszczowej. Zostajemy serdecznie zaproszeni, aby w tej wielkiej uroczystości wziąć udział. Drobnostka musielibyśmy poczekać około 4 tygodni do rozpoczęcia imprezy. Wszyscy żałujemy, że nie jesteśmy tu trochę później. Pytanie tylko czy w czasie pory deszczowej udałoby się nam tutaj dotrzeć. Znając już wyboiste, gruntowe drogi którymi jechaliśmy szczerze w to wątpię.</p>
<p>Po dokładnym obejrzeniu i sfilmowaniu domu, zaczynamy podziwiać nasze gospodynie. Ubrane są bardzo skromnie ale gustownie, strój ich bardzo pasuje do otoczenia. Przyodziane są w barwne, kolorowe kawałki materiału, na przegubach dłoni i nad stopami maja długie zwoje miedzianych bransolet &#8211; ozdób a na szyi zwoje barwnych korali. <a href="/wp-content/uploads/2013/07/322500441.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-1023" alt="młoda mieszkanka wioski Tatoga" src="/wp-content/uploads/2013/07/322500441-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a>Głowy ogolone na łyso, w małżowinach usznych bardzo duże ozdobne dziury, ciała ich są bardzo jędrne, gładkie, bez zmarszczek. Trudno określić ich wiek. Dyskretnie pytamy o to naszego przewodnika. Jest mocno zdziwiony, lecz nie naszą ciekawością, tylko tym, że tu nikt nie zna dokładnie swojego wieku. Dowiadujemy się tylko, że są to jedne ze starszych żon wodza. Widząc nasze duże zainteresowanie, młodsze panienki urządzają dla nas swoistą rewię mody. Szczególnie do gustu przypada nam młoda kobieta w wieku ok. 20 lat, całą twarz wokół oczu ma wytatuowaną w kształcie dużych okręgów.</p>
<p>Na szyi olbrzymi wielokrotnie zwinięty naszyjnik z metalu, obok niego duża ilość korali. Głowa podobnie jak u pozostałych mieszkanek wsi zupełnie wygolona. Na rękach powyżej łokci kolorowe i wykonane z różnych materiałów bransolety. Kolorytu postaci dodaje także duży kawał dobrze wyprawionej skóry przyozdobionej koralami i efektownie spiętej dużą metalową broszą &#8211; agrafką.<a href="/wp-content/uploads/2013/07/322500411.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1020" alt="piękna kobieta z plemienia Tatoga" src="/wp-content/uploads/2013/07/322500411-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Jarosław Fischbach</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/piekne-kobiety-z-plemienia-tatoga/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Na dachu Afryki</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=na-dachu-afryki</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Jan 1998 15:41:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1191</guid>
		<description><![CDATA[Kilimandżaro legendarny &#8222;dach Afryki&#8221;. Kojarzy się zazwyczaj z przygodą, marzeniami o dalekich, egzotycznych podróżach. Najwyższy jego punkt czyli Uhuru Peak sięga prawie nieba, niewiele mu brakuje do wysokości 6000 m n.p.m. Jest to najwyższa wolno stojąca góra na świecie. Masyw położony prawie na równiku, (leży na 3o 05&#8242; szerokości geograficznej południowej) w strefie gorącego tropikalnego [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="center">
<p><i>   Kilimandżaro legendarny &#8222;dach Afryki&#8221;. Kojarzy się zazwyczaj z przygodą, marzeniami o dalekich, egzotycznych podróżach. Najwyższy jego punkt czyli Uhuru Peak sięga prawie nieba, niewiele mu brakuje do wysokości 6000 m n.p.m. Jest to najwyższa wolno stojąca góra na świecie. Masyw położony prawie na równiku, (leży na 3<sup>o</sup> 05&#8242; szerokości geograficznej południowej) w strefie gorącego tropikalnego klimatu pokryty jest w partiach szczytowych grubą czapą lodową. U jego podnóża zaś żyją stada zwierząt charakterystyczne dla strefy równikowej: żyrafy, słonie, lwy, antylopy. </i></p>
<p><i>  Kilimandżaro, w języku suahili znaczy &#8222;Błyszcząca Góra&#8221; , &#8222;Biała Góra&#8221;. Pierwsza wzmianka o tym szczycie pochodzi z roku 1848, kiedy to górę odkrył niemiecki misjonarz Johannes Rebmann. Pierwsze wejście na szczyt było dziełem Niemców Hansa Meyera i jego przewodnika Ludwiga Purtschellera, w roku 1989.</i></p>
<p><i>   Dróg prowadzących na &#8222;dach Afryki&#8221; jest 9, są one zróżnicowane pod względem trudności. Najłatwiejszy szlak wiodący przez trzy schroniska górskie nazywany jest &#8222;Coca &#8211; Cola Route&#8221;, zaś najtrudniejsza &#8222;namiotowa trasa&#8221; ochrzczona została jako &#8222;Whiski Route&#8221;.</i> <i>Nasza droga rozpoczyna się w wiosce Marango położonej na wysokości 1830 m n.p.m. na granicy pól uprawnych i dżungli tropikalnej. Dookoła wsi rozciągają się liczne pola uprawne. Urodzajna gleba wulkaniczna, a także duża wilgotność powietrza i wysokie opady sprzyjają rozwojowi rolnictwa. Uprawia się tu głównie kawę, banany i sizal. Miejscowa ludność znajduje także możliwość dodatkowego zatrudnienia przy organizacji wejść na szczyt Kilimandżaro.</i></p>
<p><i>   Każda z grup wchodzących na teren Parku Narodowego Kilimandżaro musi korzystać z usług miejscowych przewodników, tragarzy i kucharzy. Dla grupy pięcioosobowej mamy przydzielonych do obsługi 13 tubylców :10 tragarzy, kucharza, przewodnika i jego asystenta.</i> <i>Tragarz może zabrać bagaż ważący 20 kg. Każdy z plecaków jest dokładnie ważony, gdy jest on lżejszy niż przewidywany limit należy go dopełnić. Poza naszymi plecakami tragarze wnoszą również potrzebne do sporządzania posiłków wiktuały : ryż, makaron, owoce, warzywa, mięso, jajka, cukier, herbatę, kawę itp.</i> <i>Dźwigają także drewno na opał, a na wyższych wysokościach również wodę pitną.</i></p>
<p><i>   Wiek tragarzy jest mocno zróżnicowany od kilkunastoletnich chłopców po 50-latków. Podobnie ich ekwipunek turystyczny, są tragarze idący w górę w japonkach, powiązanych sznurkami, w rozpadających się adidasach, ale nie brakuje też szczęśliwców, którzy jako bakszysz otrzymali od turystów prawdziwe buty wysokogórskie. Wejście do Parku Narodowego utworzonego w 1973 roku znajduje się na wysokości 1830 m n.p.m. Wchodząc na jego teren przechodzi się przez Marango Gate, obok której stoi pomnik pierwszego zdobywcy szczytu Meyera. Jest tu zlokalizowane także stanowisko związków zawodowych miejscowych tragarzy. To właśnie tu następuje ważenie każdego bagażu. Sposoby wnoszenia bagaży przez tragarzy są bardzo zróżnicowane Najczęściej wnoszą oni plecaki bądź cały pakunek ładują do drewnianych nosiłek, ale czasami zdarza się, że turysta powierzy im do wniesienia torbę podróżną bądź walizkę. Część pakunków wnoszona jest także w foliowych torebkach. Widzieliśmy też tragarzy niosących związane sznurkiem platonki z setkami jajek. Wiele bagaży wnoszonych jest na głowach tragarzy.</i></p>
<p><i>Pierwszy dzień naszej wędrówki wiedzie przez piękny wysokopienny, wilgotny las tropikalny. Jest gorąco, duszno i parno. Wielka różnorodność gatunków drzew, podziwiamy figowce, drzewa kamforowe, eukaliptusy, wysokie 3 &#8211; 4 metrowe drzewiaste paprocie. Wokół bogate podszycie, zwisające z drzew potężne liany. Obok nas biegną krzykliwe stada małp. Do naszych nosów docierają różnorodne gamy zapachów.</i> <i>Codzienna marszruta na najbliższe dni, to 1 km w górę. Pierwszy odcinek jest wyjątkowo łatwy</i> <i>i przyjemny. Jego przejście zajmuje nam zaledwie 3 godz., w trakcie których osiągamy najniżej położone schronisko Mandara Hut, leżące na wysokości 2700 m n.p.m. Składa się ono</i> <i>z głównego drewnianego budynku, w którym na dole ulokowano schroniskową jadalnię, a nad nią znajduje się duża 20-to osobowa sala noclegowa. Dookoła sporo mniejszych drewnianych domków z 4-6 miejscami noclegowymi. Jest też osobny pawilon sanitarny. Energia elektryczna w schronisku pochodzi z zainstalowanych tu baterii słonecznych.</i></p>
<p><i>   W czasie gdy my wypoczywamy, po niewielkich trudach pierwszego dnia wędrówki nasi kucharze intensywnie pracują przy przygotowaniu solidnej trzydaniowej kolacji.</i> <i>W schronisku międzynarodowe towarzystwo, spotkać tu można turystów dosłownie ze wszystkich kontynentów. Najliczniej reprezentowani są Niemcy, ale nie brakuje również Amerykanów, Japończyków, Australijczyków.</i> <i>Wieczorem mniej więcej o tej samej godzinie wszyscy usiłują spotkać się w jadalni, przy kolacji. Miejsc przy stołach jest znacznie mniej niż chętnych. Walkę o miejsca przy stole dla swoich klientów rozpoczynają kucharze poszczególnych grup.</i></p>
<p><i>  Następnego dnia, od samego rana podziwiamy jeden z najniżej położonych w masywie Kilimandżaro kraterów &#8211; Maundi. Jest on jednym z ponad 200 pasożytniczych kraterów znajdujących się w masywie Kilimandżaro. Jest on niewielki, jego średnica wynosi około 150 m, zarośnięty jest wysokimi trawami i krzewami. Rozpościera się stąd wspaniały widok na wysoką, mocno poszarpaną grań Mawenzi. Dookoła łąki porośnięte różnobarwnymi kwiatami. Wkraczamy w nowe piętro roślinne tzw. sawannę alpejską. Dominują tu różne gatunki krzewów, głównie z rodziny cyprysowatych oraz kwitnące na biało wysokie protee.</i></p>
<p><i>   Po dwóch godzinach marszu widoczność staje się dużo gorsza, niebo pokrywa się chmurami, które &#8222;schodzą&#8221; coraz niżej.</i> <i>Jest to normalny typ pogody w masywie Kilimandżaro, rozległe wspaniałe panoramy można tu podziwiać tylko wcześnie rano bądź tuż przed zachodem słońca. Przez pozostałą część dnia widoczność jest mocno ograniczona. Tak duży i rozległy masyw górski oddalony zaledwie o 250 km od Oceanu Indyjskiego powoduje zatrzymanie się na jego stokach wilgotnych mas powietrza. Ścieżka którą idziemy coraz częściej przecina koryta niewielkich potoków spływających spod szczytu &#8222;dachu Afryki&#8221;. Tam gdzie pojawia się więcej wody spotykamy od razu wysokie drzewiaste rośliny &#8211; senacje. Kilkumetrowe kaktusopodobne rośliny mają smukły pień z którego w górnej części wyrastają krótkie ostro sterczące do góry liście. Osiągamy wysokość około 3700 m n.p.m. i zbliżamy się do kolejnego schroniska Horombo Hut.</i></p>
<p><i>  Schronisko jest dwukrotnie większe niż Mandara Hut, gdyż nocują w nim zarówno grupy idące do góry, jak i schodzące z wierzchołka, a także turyści którzy zaplanowali sobie dzień aklimatyzacji przed szczytowym atakiem. Spotykamy tu uśmiechnięte twarze szczęśliwców którym udało się wejść na sam wierzchołek, ale także smętnych turystów, którym decydujące podejście nie wyszło. Część ludzi wypoczętych, inni zaś skrajnie wyczerpani.</i></p>
<p><i>  Czuję coraz większy respekt przed Wielką Górą, wspólnie zastanawiamy się do której z grup będziemy się sami zaliczać za trzy dni. Następny dzień poświęcamy na aklimatyzację i na &#8222;lekko&#8221; bez plecaków podchodzimy pod grań Mawenzi na wysokości ok. 4700 m n.p.m. Najwyższy punkt </i> <i>w grani Mawenzi na wysokość 5149 m n.p.m. Jest on nieosiągalny dla zwykłych turystów, aby wejść na strome ściany, poddawane intensywnej erozji potrzebny jest specjalistyczny sprzęt wspinaczkowy.</i></p>
<p><i>  Jak się później okaże ten dzień poświęcony na aklimatyzację będzie dla nas zbawienny. Wieczorem siedząc przed schroniskiem podziwiamy panoramę widocznego po raz pierwszy wierzchołka Kilimandżaro. Na tej wysokości odczuwamy już bardzo dużą dobową amplitudę temperatur. W ciągu dnia miło jest się wygrzać w promieniach słońca. Zaś po zachodzie słońca temperatura szybko spada poniżej 0<sup>o</sup>C. W południe ciepło jest gdy wędruje się w podkoszulce</i> <i>z krótkim rękawem, zaś w nocy przydają się ciepłe swetry i puchowe śpiwory.</i></p>
<p><i>  Kolejny dzień to mozolne, powolne podchodzenie do najwyżej położonego na wysokości </i> <i>ok. 4750 m n.p.m. schroniska Kibo. Pomimo stosunkowo łatwego, niezbyt stromego podejścia tempo marszu jest dość powolne. Podświadomie wszyscy oszczędzamy siły. Na wysokości </i> <i>ok. 4000 m n.p.m. żegnamy ostatnie lobele i wchodzimy w nowe piętro roślinne &#8211; łąki wysokogórskie. Tu znajduje się także ostatnie miejsce gdzie można zaopatrzyć się w wodę. Przy niewielkim źródełku zlokalizowano tabliczkę z napisem &#8222;Last warter point&#8221;. Łąki zajmują niezbyt rozległe tereny, dość szybko je mijamy i od wysokości 4400 m n.p.m. na której znajduje się przełęcz zwana Siodłem rozpoczyna się obszar pustyni wysokogórskiej, pozbawionej praktycznie wszelkiej roślinności. Są tu olbrzymie pola lawowe z licznymi, potężnymi kilkunastometrowymi głazami wyrzuconymi z głębi krateru. Krajobraz iście księżycowe. W takiej scenerii zbliżamy się do schroniska Kibo. Są tu olbrzymie pola lawowe z licznymi, potężnymi kilkunastometrowymi głazami wyrzuconymi z głębi krateru. Krajobraz iście księżycowy. W takiej scenerii zbliżamy się do schroniska Kibo.</i></p>
<p><i>  Parterowe kamienne schronisko dysponuje pięcioma 12-osobowymi pokojami z piętrowymi łóżkami. Nie ma tu bieżącej wody.</i> <i>O myciu nie ma już mowy. Szykujemy się do nocnego wyjścia w stronę szczytu. Dokonujemy dokładnej selekcji zabieranego sprzętu oraz ubrania. Nie chcemy zabrać zbytecznych rzeczy,</i> <i>a jednocześnie nie możemy pozwolić sobie na zapomnienie o czymś co może być niezbędne.</i> <i>W małym podręcznym plecaku mam aparat fotograficzny, kamerę video, zapasowe filmy </i> <i>i kasety, okulary przeciwsłoneczne, trochę słodyczy i owoców.</i></p>
<p><i>  Około 18 <sup>00</sup> jemy ostatni ciepły posiłek i kładziemy się na krótki odpoczynek. Na tej wysokości</i> <i>i przy tych emocjach nie ma mowy o spaniu, zapadamy w lekką, co trochę przerywaną drzemkę. Wstajemy tuż przed północą. Ubieramy się grubo &#8222;na cebulę&#8221;, kilka warstw ubrań. Czekające nas temperatury będą bardzo zróżnicowane. W nocy ma być bardzo zimno, kilkanaście stopni poniżej zera i bardzo silny wiatr, zaś przy zejściu około południa, gdy słońce będzie w zenicie należy się spodziewać bardzo wysokich temperatur.</i></p>
<p><i>Przed nami cała noc, w trakcie której powinniśmy pokonać ponad 1100 m różnicy wysokości. Początkowo jest bezwietrznie, dość ciepło i bardzo jasno, księżyc jest w pełni. Podchodzimy bardzo wolno, jest dość stromo. Idziemy gęsiego, widząc przed sobą tylko nogi osoby idącej przed nami. Kolumnę naszą prowadzi przewodnik, a zamyka ją jego asystent. Z każdą chwilą tracimy wątłe już siły, wysokość zdobywamy bardzo wolno. Czujemy, że powietrze jest coraz bardziej rozrzedzone, zaczyna brakować tchu, pojawiają się bóle głowy, mdłości, nogi jak z waty i coraz większe wątpliwości czy ta eskapada nie jest ponad nasze siły. Podchodzimy po ruchomym piargu, popiołach wulkanicznych i pokrywach lawowych. Buty zapadają się głęboko w to ruchome podłoże. Te głęboko wcięte, erozyjnie doliny noszą nazwę barrancos. Idzie się po nich coraz trudniej Aż tu nagle słyszymy prośbę od jednego ze współtowarzyszy &#8222;&#8230; podnoście wyżej nogi bo strasznie kurzycie&#8230;&#8221;</i></p>
<p><i>Nie mamy nawet siły na głośny śmiech, ale każdy uśmiecha się głęboko w duszy. Bez przerwy spoglądamy na sąsiednią grań Mawenzi i ciągle zdajemy sobie sprawę, że nie osiągnęliśmy jeszcze jej wysokości &#8211; 5150 m n.p.m. Wiemy, że dokładnie na tej wysokości będziemy mieli chwilę wytchnienia i odpoczynku w grocie Meyera. Gdy do niej docieramy nasi przewodnicy częstują nas łykiem gorącej herbaty.</i></p>
<p><i>Świt już tuż, tuż, a przed nami ostatnie podejście, najbardziej stromy i eksponowany odcinek drogi Przed świtem robi się upiornie zimno, wzmaga się lodowaty, porywisty wiatr. Nasila się kryzys. Punkt Gillmansa, czyli krawędź krateru osiągamy prawie równo ze wschodem słońca. Usiłujemy się ukryć w załomach skalnych, i znaleźć miejsce na chwilowy odpoczynek. Nie jest to jednak takie proste, gdyż wielu z naszych poprzedników przeżyło tu jeszcze większy kryzys, dosięgały ich tu torsje. Podziwiamy za to jeden z piękniejszych wschodów słońca jaki udało nam się przeżyć. Olbrzymia czerwona kula wynurza się z za masywu Mawenzi. Z punktu Gillmansa podziwiamy rozległą krawędź krateru zewnętrznego, którego średnica wynosi ponad 2 km. W jego południowej części znajduje się kulminacja Uhuru Peak, czyli szczyt wolności &#8211; 5895 m n.p.m.</i></p>
<p><i>   Zdobywamy się jeszcze na jeden wysiłek i powoli wyruszamy w jego stronę. Po drodze mijamy rozległe pola lodowe podziwiając jak bardzo zróżnicowany kolorystycznie może być lód od przeźroczystego poprzez biel, seledyn do zieleni. Powierzchnia 11 znajdujących się tu lodowców w ostatnich latach uległa systematycznemu zmniejszeniu, jest to efekt ocieplania się klimatu. Powierzchnie lodowców wykazują też duże wahania w ciągu roku, w porach intensywnych opadów zwiększają się, by w okresach suszy kurczyć się. Po drodze mijamy też duże pola penitentów &#8211; lodowych iglic o wysokości do kilkudziesięciu centymetrów. Poza Kilimandżaro penitenty występują jeszcze tylko na zboczach Acanacaquy. W końcu o 7<sup>30</sup> udaje się nam stanąć w najwyższym miejscu całej Afryki, u naszych stóp cały ten rozległy kontynent. Jest jeszcze wczesny poranek, toteż widoczność jest bardzo dobra, podziwiamy rozległe panoramy. Na wierzchołku miłe spotkanie z rodakami, którzy weszli na szczyt inną drogą. Kilimandżaro należy w tej chwili do Polaków. Przeżywamy chwilę euforii, oszukujemy organizm i chwilowo zapomina on w uniesieniu o chorobie wysokogórskiej . Dokonujemy wpisu do księgi pamiątkowej umieszczonej w solidnej drewnianej skrzyni. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Proszę naszych znakomitych przewodników, aby pozowali do zdjęcia z egzemplarzem “Poznaj Świat” na okładce, którego widnieje &#8230;.. Kilimandżaro. Powoli wraca świadomość, złe samopoczucie, wszelkie objawy choroby wysokogórskiej. Najlepszym lekarstwem, a praktycznie jedynym jest jak najszybsze zejście na niższe wysokości. Schodząc do schroniska Kibo, widząc dobrze drogę, którą pokonaliśmy w nocy zdajemy sobie dopiero sprawę z trudów tej eskapady.</i></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kilimandżaro cz. IV &#8211; Podnoście wyżej nogi bo strasznie kurzycie, czyli nocne wejście na szczyt</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Dec 1997 15:24:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1187</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Wstajemy kilka minut przed północą. Ubieranie się trwa krótko, bo leżeliśmy już odziani w kilka warstw ubrań. Nasi przewodnicy podają nam gorącą herbatę i po kilka herbatników. O północy stoimy przed schroniskiem, gotowi do wymarszu. Czeka nas tym razem podejście ponad 1100 m w górę, trasa jest ciężka z ostrymi podejściami. Ścieżka zakosami wznosi [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Wstajemy kilka minut przed północą. Ubieranie się trwa krótko, bo leżeliśmy już odziani  w kilka warstw ubrań. Nasi przewodnicy podają nam gorącą herbatę i po kilka herbatników. O północy stoimy przed schroniskiem, gotowi do wymarszu. Czeka nas tym razem podejście ponad 1100 m w górę, trasa jest ciężka z ostrymi podejściami. Ścieżka zakosami wznosi się ostro ku górze. Zaskakuje nas temperatura powietrza jest stosunkowo ciepło, tylko kilka stopni poniżej 0<sup>o</sup>C. Pięknie rozgwieżdżone niebo i księżyc w pełni oświetlają doskonale nasza trasę. Przygotowane wcześniej latarki okazują się niepotrzebne. Jest prawie bezwietrznie. Przewodnicy ustawiają nas w szeregu, na czele idzie Arusha główny przewodnik, za nim kobiety, a grupę &#8222;zamyka&#8221; &#8211; Alfred &#8211; asystent przewodnika. Idziemy wolno, tak aby tracić jak najmniej sił, wydaje się nam, że wysokość zdobywamy dość szybko. Dopiero rzut oka na widoczny cały czas Mawenzi uświadamia nam na jakiej wysokości jesteśmy. Cały czas poniżej 5100 m n.p.m. wpływa to na nas deprymująco, jeszcze tak wysoko, tak dużo podejść aby osiągnąć wymarzony punkt Gillmansa, czyli krawędź krateru.</p>
<p>Księżyc świeci nam prosto w twarz, idąc do góry widzimy cień swojego poprzednika, jest on naszym drogowskazem. Staramy się utrzymać właściwy rytm, tempo marszu, regulować swoje oddechy. Wchodzimy w stosunkowo wysoki żleb wypełniony żwirem i piaskiem. Sił ubywa, idzie się coraz trudniej, zaczyna brakować tchu. To pierwsze symptomy choroby wysokogórskiej. Robi się coraz chłodniej, czujemy silne podmuchy zimnego wiatru. Nagle z tyłu rozległa się prośba jednego ze współtowarzyszy wyprawy, &#8222;podnoście wyżej nogi, bo strasznie kurzycie&#8221;. Dobrze nam robi krótki odpoczynek. W załomach skalnych osłonięci od wiatru wypijamy po kilka łyków gorącej herbaty. W dole widać światła leżącego u podnóża Kilimandżaro &#8211; Moshi oraz pożar dżungli w okolicach schroniska Mandara, w nocy wygląda to niesamowicie.  W końcu widzimy, że osiągnęliśmy już wysokość Mawenzi, czyli trochę ponad 5 100 m n.p.m. Jest 3 <sup>00</sup> w nocy, do świtu pozostało około 3 godzin i tyle powinno nam wystarczyć na osiągnięcie punktu Gillmansa.</p>
<p>Sił jednak coraz mniej, w końcu przydają się bezużyteczne do tej pory kijki narciarskie. Robi się coraz zimniej, zaczynają drętwieć z zimna palce u nóg. Podejście staje się jeszcze bardziej strome, księżyc ginie za krawędzią krateru, robi się ciemniej i coraz bardziej wietrzenie. Czuję, że zaczynam tracić siły. Czy dam radę ? Do szczytu już niedaleko, nie mogę wycofać się pierwszy, muszę pokonać pierwsze oznaki kryzysu. Momentami tracę świadomość, widzę tylko buty kolegi idącego przede mną. Jedynym problemem w tej chwili jest świadomość by nie stracić tych butów z pola widzenia. Tak mijają kolejne dwie godziny. Większość z nas przeżywa takie chwile załamania, niepewność i słabość. Otuchy dodaje nam najsilniejszy w grupie, to bardzo pomaga w tych trudnych chwilach. Jeszcze ostatnie bardzo strome podejście i tuż przed świtem jesteśmy na krawędzi krateru, osiągnęliśmy punkt Gilmansa leżący na wysokości 5685 m n.p.m. Chronimy się przed silnym wiatrem za jednym z załomów skalnych, za moment będę mógł podziwiać jeden z piękniejszych wschodów słońca, olbrzymia czerwona kula wynurzy się z za masywu Mawenzi wspaniale go oświetlając.</p>
<p>Wielu z naszych poprzedników osiągnęło punkt Gillmansa, w podobnej lub jeszcze gorszej formie stąd wiele miejsc jest pokrytych grubą warstwą wymiocin. Zbieramy trochę sił by sobie wzajemnie pogratulować. Jest tak zimno, że nie ma sensu dalej tu tkwić, z ulgą myślę o zejściu w dół. Z drugiej strony świadomość, że do najwyższego punktu Kilimandżaro Uhuru Peak leżącego na wysokości 5895 m n.p.m. pozostało jeszcze półtorej godziny marszu nie daje mi spokoju. Za namową pozostałej części naszej ekipy wszyscy ruszamy dalej ku głównemu wierzchołkowi. Rozległe dno krateru, krawędzią którego idziemy do góry, pokryte jest ciemnymi, ciężkimi skałami wulkanicznymi i grubym kilku, kilkunastometrowym lodowcem. Co za wspaniały widok, jakże różne są jego barwy od przeźroczystego lodu poprzez biel aż do zieleni. Trawersując zbocze idziemy przez kilka minut osłonięci od wiatru. Chciałbym zrobić dużo zdjęć, ale brakuje siły. Przechodzimy przez słynne pole penitentów. Są tylko dwa miejsca na świecie, gdzie one występują, drugi znajduje się na stokach Aconcaguy, miałem okazję już je podziwiać.</p>
<p>Zaczynam się zataczać, tracić oddech, na ugiętych nogach, słaniając się wchodzę na szczyt. Co za szczęście, całej naszej grupie 5 os. udało się zrealizować plan wyprawy, chociaż mogło być jeszcze lepiej &#8211; wyjazd planowaliśmy w 8 osób z różnych względów zabrakło trójki. Na szczycie polskie spotkanie, o tej samej porze szóstka naszych znajomych z Poznania osiągnęła również &#8222;dach Afryki&#8221;, wchodząc na niego inną drogą. Robimy zdjęcia, rozwieszamy polski proporczyk, wpisujemy się do pamiątkowej księgi. W euforii odzyskuję na moment siły. Serdecznie nam gratulują nasi przewodnicy, my jesteśmy też im bardzo wdzięczni za pomoc i serdeczną, troskliwą opiekę. Uświadamiam sobie, że Arusha cały czas niósł moją kamerę, wypada mi z niej skorzystać. Dzięki temu ostatkiem sił robię kilka ujęć. Jeszcze tylko zdjęcia kolejnych pól lodowych, penitentów<br />
i w głowie kołacze się myśl aby jak najszybciej zejść w dół.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przez chmury na &#8222;dach Afryki&#8221; &#8211; cz.III</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=przez-chmury-na-dach-afryki</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 07 Dec 1997 19:20:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1198</guid>
		<description><![CDATA[Zaraz po wyjściu ze schroniska Mandara Hut czekają nas pierwsze w tym dniu atrakcje. Droga do pierwszego oglądanego przez nas krateru w masywie Kilimandżaro &#8211; Maundi zajmuje zaledwie kwadrans. Krater jest niewielki, jego średnica ma około 150 m, jest on zupełnie zarośnięty trawami i krzewami. Rozpościera się stąd jedna z piękniejszych panoram na ginący w [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><b>     </b>Zaraz po wyjściu ze schroniska Mandara Hut czekają nas pierwsze w tym dniu atrakcje. Droga do pierwszego oglądanego przez nas krateru w masywie Kilimandżaro &#8211; Maundi zajmuje zaledwie kwadrans. Krater jest niewielki, jego średnica ma około 150 m, jest on zupełnie zarośnięty trawami i krzewami. Rozpościera się stąd jedna z piękniejszych panoram na ginący w chmurach wysoki, poszarpany szczyt Mawenzi. Dookoła łąki alpejskie porośnięte różnobarwnymi kwiatami. Widok który chce się zapamiętać na długie lata, bardzo kojący, uspakajający. Robimy liczne zdjęcia, kręcimy film chcemy przedłużyć chwilę pobytu w tym miejscu. Ruszamy jednak dalej, mijając po drodze duże połacie wypalonego lasu. Później podchodząc w nocy na szczyt Wielkiej Góry widzieć będziemy pożary lasów w masywie Kilimandżaro.</p>
<p>Podchodzimy do góry wąską gruntową ścieżką pnącą się niezbyt stromo do góry. Zgodnie z instrukcjami przewodnika idziemy wolno. Na wysokości około 3000 m n.p.m. wychodzimy z dżungli afrykańskiej i wchodzimy w nowe piętro roślinne tzw. sawannę alpejską. Dominują tu różne gatunki krzewów głównie z rodziny cyprysów oraz pięknie kwitnące proteę. Pod nami morze chmur i mgieł, które tworzy się przy górnej granicy lasu równikowego. Chmury &#8222;unoszą się&#8221; do góry, widoczność staje się bardziej ograniczona, robi się chłodniej. Do tej pory nie widzieliśmy koryt rzek i potoków górskich, teraz zaczynamy je przecinać. Pierwsze z nich są wyschnięte, pozbawione wody, wszak luty to koniec pory suchej. Wyżej położone potoki będą już niosły niewielkiej ilości wody. Roślinność staje się bardziej zróżnicowana poza rododendronami zaczynają pojawiać się wysokie senecje oraz kaktusopodobne lobele. Wśród chmur ukazuje się ponownie Mawenzi. Bezskutecznie wypatrujemy celu naszej eskapady krateru Kilimandżaro, cały czas jest on skryty w chmurach.</p>
<p>Jesteśmy na wysokości 3.720 m n.p.m. w środkowym schronisku Horombo Hut. Jest ono podobne do położonego niżej Mandara Hut, składa się z kilkunastu drewnianych domków dla turystów i osobnych zabudowań dla tragarzy, przewodników, kucharzy. Jest ono dwukrotnie większe niż Mandara gdyż nocują w nim grupy jadące do góry, schodzące ze szczytu, a także turyści którzy zdecydowali się na dzień aklimatyzacji na tej wysokości. Dzisiejsze podejście zajęło nam około 5 godzin, w trakcie których uporaliśmy się z kolejnym 1000 m wysokości, do szczytu zostało już, albo aż trochę ponad 2 km w górę.</p>
<p>Przed zachodem słońca giną chmury i naszym oczom ukazuje się w końcu szczyt Kilimandżaro. Widzimy go dopiero teraz po raz pierwszy. Z tej strony i o tej porze roku wygląda zupełnie inaczej niż na tradycyjnych zdjęciach. Pierwsze co zaskakuje to wydaje się, że powierzchnia lodowca jest znacznie mniejsza. Znów szybko zapada zmrok, wszyscy wokół szykują się do snu. Sąsiadom z za ściany przeszkadzają nasze rozmowy to też niewiele po 20  idziemy spać. Rytm dnia wyznacza nam słońce, chętnie się do niego dostosowujemy.</p>
<p>Decydujemy się na jednodniową aklimatyzację, następnego dnia wybieramy się na wycieczkę do podnóża Mawenzi. Pozostali turyści idą w stronę szczytu lub schodzą w dół. Czy ta zaplanowana przez nas aklimatyzacja będzie przydatna w decydujących chwilach wejścia na szczyt. Tego na razie jeszcze nie wiemy, ale ciągle czujemy duży respekt przed Górą. W początkowym odcinku drogi towarzyszą nam cały czas wspaniałe wysokie, smukłe lobele. Rano podobnie jak wieczorem niebo jest bezchmurne to też możemy podziwiać dwa wierzchołki zarówno Kilimandżaro i Mawenzi.</p>
<p>W połowie drogi mijamy charakterystyczny punkt tzw. Zebra Ponit, skałę w duże czarno &#8211; białe pionowe pasy. Kilkaset metrów dalej rozgałęziają się drogi wiodące do schroniska Kibo i pod Mawenzi. Przed nami istny teatr przyrody, sceneria zmienia się co chwilę. Widzimy całą rozległą, ostrą, poszarpaną i zaśnieżoną grań Mawenzi, za chwilę cały szczyt ginie w chmurach, by po niewielkim upływie czasu znów ukazać, tym razem tylko swoją część. Po 2,5 godz. spokojnego marszu docieramy pod ścianę Mawenzi, jesteśmy na wysokości ok. 4700 m n.p.m. czyli zaliczyliśmy swoją dzienną porcję tj. 1000 m wejścia w górę. Dalsze wejście na szczyt osiągalne jest tylko dla wspinaczy posiadających specjalistyczny sprzęt. Robimy długi odpoczynek w pobliżu małego, drewnianego schronu, chętnie pijemy herbatę z termosu, podziwiamy wspaniałe panoramy i ukradkiem zerkamy w stronę Kilimandżaro, który zginął już całkowicie w chmurach. Czy za dwie doby będziemy mogli podziwiać panoramę z jego wierzchołka ?  Po południu odpoczywamy w Horombo, obserwujemy pracę kucharzy, robimy zdjęcia, filmujemy oraz gramy w karty. Pełny relaks.</p>
<p>Kolejny dzień to podejście do najwyżej położonego schroniska Kibo. Można do niego dojść dwoma ścieżkami górną i dolną. Wybieramy ścieżkę dolną, gdyż nie chcemy częściowo dublować wczorajszej trasy. Na wysokości ok. 4000 m n.p.m. żegnamy ostatnie lobele, do których przywykliśmy. Wchodzimy w piętro łąk alpejskich. Jest ciepło, świeci słońce, humory dopisują, forma chyba też nienajgorsza, byleby tylko nie zapeszyć. Po 3 godzinach wędrówki osiągamy przełęcz na wysokości 4400 m n.p.m. zrywa się ostry wiatr, gwałtownie się ochładza, kończy się roślinność. Wchodzimy w strefę pustynną, pozbawioną zupełnie roślinności, co najwyżej gdzieniegdzie niewielkie suchorośla. Jesteśmy na rozległym płaskowyżu, cały czas widzimy cel naszej wyprawy, krawędź krateru. Chmury na tej wysokości nie przesłaniają już samego szczytu. Mijamy liczne grupy tragarzy i turystów, którzy schodzą już w dół. Ciekawe ilu z nich udało się wejść na szczyt. Około 14 <sup>00</sup> docieramy do najwyżej położonego schroniska Kibo, znajduje się ono na wysokości 4750 m n.p.m. Schronisko składa się z dwóch parterowych, murowanych budynków. Mniejszy z nich przeznaczony jest dla tragarzy i kucharzy, a większy dla turystów. Do ich dyspozycji jest pięć dużych 12- osobowych sal z łóżkami piętrowymi.</p>
<p>W schronisku nie ma bieżącej wody, potrzebne do posiłków jej zapasy wnoszone są przez tragarzy z dołu. O myciu nie ma już mowy. W schronisku towarzystwo międzynarodowe. Wyczuwa się pewien niepokój przed decydującym podejściem. Wszyscy dokładnie segregują rzeczy, które mają zamiar zabrać na górę. Szkoda byłoby o czymś zapomnieć, zabrać za dużo to niepotrzebne narażenie się na zbyteczny wysiłek. Szykuję także swój plecak, pakuję do niego aparat fotograficzny, kamerę video, zapasowe filmy, okulary przeciwsłoneczne, krem, trochę słodyczy i owoców &#8211; to cały potrzebny ekwipunek. Po 18 <sup>00</sup>  ostatni ciepły posiłek, mięso, makaron, kapusta z bakłażanem i ananasy na deser. Jemy mało, boimy się abyśmy nie mieli kłopotów z niestrawnością. W schronisku jest zimno do posiłku zasiadamy ubrani w grube kurtki, ciepłe czapki, rękawiczki. Jeszcze ostatni rzut oka na ginący w chmurach szczyt Mawenzi i około 19 <sup>00</sup> kładziemy się na krótki odpoczynek.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
