<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>PolskimSzlakiem.pl &#187; Ameryka Południowa</title>
	<atom:link href="/category/moje-podroze/miejsca/ameryka-poludniowa/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://polskimszlakiem.pl</link>
	<description>PolskimSzlakiem.pl</description>
	<lastBuildDate>Fri, 25 Sep 2015 13:15:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>Chile kusi turystów</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=chile-kusi-turystow</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:34:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=260</guid>
		<description><![CDATA[Chile &#8211; jeden z najbardziej odległych od Polski krajów, pozostaje cały czas dla nas egzotyczny i enigmatyczny. Niewielu Polaków, w ostatnim czasie tam dotarło. Zazwyczaj cały czas Chile kojarzy się nam w Polsce z dyktaturą Pinocheta, z poezją Pabla Nerudy, a nielicznym z filmem i wydaną ostatnio u nas książką “Dom dusz”. Chile jest jednym [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690006.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-784" alt="urozmaicona rzeżba powierzchni na pustyni Atacama" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690006-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a>Chile &#8211; jeden z najbardziej odległych od Polski krajów, pozostaje cały czas dla nas egzotyczny i enigmatyczny. Niewielu Polaków, w ostatnim czasie tam dotarło. Zazwyczaj cały czas Chile kojarzy się nam w Polsce z dyktaturą Pinocheta, z poezją Pabla Nerudy, a nielicznym z filmem i wydaną ostatnio u nas książką “Dom dusz”. Chile jest jednym z najciekawszych turystycznie krajów Ameryki Południowej. Jest to państwo najszybciej rozwijające się gospodarczo na całym kontynencie, jego tempo wzrostu ekonomicznego wynosi aż około 6 % rocznie. Posiada nieźle rozwiniętą bazę turystyczną, gęstą i bardzo dobrze utrzymaną sieć dróg kołowych oraz co bardzo ważne jest krajem wyjątkowo bezpiecznym i przyjaznym dla obcokrajowców.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  Niesamowity kształt kraju wciśniętego między ośnieżone szczyty Andów a wybrzeże Pacyfiku powoduje bardzo dużą różnorodność klimatu, roślinności, stref przyrodniczych. Długość wybrzeża chilijskiego wynosi aż 4300 km, a szerokość kraju to zaledwie 200 km. Wybrzeże morskie na znacznym odcinku ma klimat pustynny, suchy to wpływ zimnego prądu morskiego. Czym dalej od wybrzeża i wyżej tym klimat staje się bardziej wilgotny. Na północy Chile, w pobliżu granicy z Argentyną i Boliwią znajduje się pustynia Atacama. Jest to najbardziej sucha pustynia na świecie. Średnio w roku spada tu zaledwie 10 mm deszczu tj. 10- krotnie mniej niż na Saharze. Są tu również miejsca gdzie deszcz nie padał od dziesięcioleci. Jest to najbardziej jałowy fragment naszego globu. Atacama położona jest na znacznej wysokości ok. 2400 </span><span style="font-family: Times New Roman CE;"><span style="font-size: medium;">÷</span></span><span style="font-size: medium;"> 2600 m. npm to też różnice temperatur w ciągu doby są olbrzymie i wynoszą około 50</span><sup><span style="font-size: xx-small;"> o</span></sup><span style="font-size: medium;"> C.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690013.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-791" alt="jeden z wulkanów na Pustyni Atacama" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690013-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a> Pustynia otoczona jest licznymi wysokimi szczytami Andów, ich kulminacje przekraczają 6000 m. npm. Wiele najwyższych szczytów pokrytych jest warstwą lodu i śniegu. Jest to strefa wyjątkowo dużej aktywności sejsmicznej. Trzęsienia ziemi zdarzają się tu kilkaset razy w ciągu roku, to znaczy, że średnio występują one częściej niż raz na dobę. Nie brakuje tu także czynnych wulkanów oraz licznych gajzerów. Dużą atrakcję dla turystów stanowią też jedne z największych na świecie solnisk słynny Salar de Atacama. Jest to olbrzymie płytkie jezioro z bardzo słoną wodą otoczone potężnymi pokładami soli kamiennej.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690018.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-622" alt="wulkany przglądają się w wodach Jeziora Chungara" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690018-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a>Nieco dalej na północ, na granicy z Boliwią znajduje się jedno z najwyżej położonych na świecie jezior Chungara. Leży ono na terenie Parku Narodowego Lauca na wysokości 4500 m. npm. Brzegi jeziora otoczone są od strony północnej i wschodniej wysokimi stożkami wulkanów : Pomerape &#8211; 6240 m. npm, Quisiquisini &#8211; 5480 m. npm i najwyższym Parinacota &#8211; 6330 m. npm. Szczyty ich są ośnieżone i wspaniale odbijają się w wodach jeziora. Na śródgórskich halach pasą się stada wikuni. Są to dzikie krewne lam i alpak. Najwspanialszym widokiem jest jednak stado wzlatujących różowych flamingów. Turyści przed wyruszeniem na wysokogórskie szlaki mogą zatrzymać się w niewielkim schronisku prowadzącym przez strażnika parku narodowego. Specjalnością schroniska jest herbata przygotowywana z ziół górskich, pomaga ona w aklimatyzacji na tej wysokości.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/05/res_del_Paine.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-118" alt="JF pod Torres del Paine" src="/wp-content/uploads/2013/05/res_del_Paine-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>Równie ciekawe jak północ Chile, są jego południowe krańce &#8211; Patagonia, jest to najdalej na południe wysunięty fragment kontynentu południowoamerykańskiego. Są tu wspaniałe fiordy z spływającymi do nich lodowcami górskimi. Dużą atrakcję może stanowić też poznanie miast chilijskich, niektóre z nich to znane na świecie kurorty nadmorskie jak chociażby Vina del Mar znane jako Cudad Jardin, czyli miasto ogród Valparaiso czy trochę mniej popularna Arica, w której podziwiać można kościół San Marco de Arica zaprojektowany w 1875 roku przez Aleksandra Gustawa Eiffla.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> <a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5570.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-561" alt="Jarosław Fischbach i Raul Nałęcz-Małachowski" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5570-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a> W Chile mieszka niewielka, ale bardzo dobrze zorganizowana Polonia. Polacy osiedlili się głównie w stolicy kraju w Santiago de Chile. Mają tu swoje organizacje polonijne, wybudowali polski kościół, w bocznym ołtarzu znajduje się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a w głównym ołtarzu obok flagi chilijskiej wisi flaga polska. Co dwa tygodnie odbywają się nabożeństwa w języku polskim. Wśród Polonii chilijskiej spotkać można licznych łodzian. Najsławniejszym z nich jest znany reżyser i malarz Raul Nałęcz-Małachowski, który w ostatnim czasie wielokrotnie odwiedził Polskę. Jego najskrytszym marzeniem jest powrót do rodzinnej Łodzi.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Jarosław Fischbach</span></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ATACAMA – królowa pustyń</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=atacama-krolowa-pustyn-2</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:31:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=252</guid>
		<description><![CDATA[Po 22 godzinach jazdy komfortowym autobusem z Santiago de Chile naszym oczom ukazuje się niewielka zielona plama na buroszarym tle, to znak że zbliżamy się do Calama. Jest to główny ośrodek miejski w strefie pustynnej, z niego najłatwiej dotrzeć do serca Atacamy. Pomimo wielogodzinnej podróży jesteśmy wypoczęci i mocno podekscytowani czekającymi nas atrakcjami. Przejazd luksusowym [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY">Po 22 godzinach jazdy komfortowym autobusem z Santiago de Chile naszym oczom ukazuje się niewielka zielona plama na buroszarym tle, to znak że zbliżamy się do Calama. Jest to główny ośrodek miejski w strefie pustynnej, z niego najłatwiej dotrzeć do serca Atacamy.</p>
<p align="JUSTIFY">Pomimo wielogodzinnej podróży jesteśmy wypoczęci i mocno podekscytowani czekającymi nas atrakcjami. Przejazd luksusowym autobusem był niewiarygodnie wygodny. Jechaliśmy nowoczesnym wysokopokładowym autobusem jednej z regularnych linii. Autobus wyposażony był w klimatyzację, video, barek, czynną toaletę, co kilka godzin serwowano nam smaczne posiłki z napojami. Do snu dostaliśmy poduszki i koce. Obsługa autobusu co trochę przecierała zakurzone okna, gdy słońce zbyt mocno przygrzewało zaciągała zasłonki. W czasie jazdy organizowane były gry losowe z nagrodami &#8211; do wygrania były bezpłatne przejazdy fundowane przez prywatną linię autobusową, z której usług korzystaliśmy. Komfort zwiększały też doskonałe drogi chilijskie, które pozwalały na szybką jazdę. Za oknami krajobraz bardzo monotonny, pustynny, pozbawiony roślinności. Było to dla nas o tyle dziwne, że duży odcinek drogi prowadził wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Pustynny krajobraz to efekt oddziaływania zimnego prądu oceanicznego płynącego wzdłuż brzegu Oceanu.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p>Wielkim zaskoczeniem jest wygląd Calamy, wydawało mi się, że będzie to niewielkie senne miasteczko, rzeczywiście obrzeża miasta spełniły me oczekiwania, za to centrum ma charakter wielkomiejski. Pomimo późnej pory ulice tętnią życiem, dużo ludzi, mnóstwo wielokolorowych reklam, otwarte sklepy, biura turystyczne, kawiarnie, restauracje. Większość z nich ma bardzo elegancki wystrój. Budynki są jednak niskie, dominuje zabudowa jedno i dwukondygnacyjna typowa dla obszaru aktywnego sejsmicznie. Najczęściej , wstrząsy nie są zbyt silne ale notuje się ich około 400 – 500 w roku, czyli występują one średnio częściej niż raz w ciągu doby.</p>
<p align="JUSTIFY">Oczywiście większość z nich jest tak słaba, że nie są one odczuwalne przez ludzi.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">W trakcie wieczornego spaceru szukamy połączeń autobusowych lub oferty biura turystycznego która umożliwi nam poznanie Atacamy. Żadna z propozycji nam nie odpowiada. Biura zazwyczaj proponują dwudniowe wyjazdy, w pierwszym dniu wyrusza się z Calamy około godz. 15 <sup>00</sup> , aby wieczorem dotrzeć do San Pedro de Atacama, gdzie spędza się noc. Następnego dnia przed świtem wyrusza się aby zobaczyć gejzery, solniska , Dolinę Księżycową i ruiny Pukary – starej osady indiańskiej.</p>
<p align="JUSTIFY">Wieczorem w hotelu poznajemy sympatycznego Santiago, który pochodzi z San Pedro de Atacama. Proponuje, że będzie naszym przewodnikiem po pustyni i zabezpieczy nam transport &#8230;. tj. dwie taksówki!!! Przystajemy chętnie na tę niekonwencjonalną ofertę. Zadowoleni udajemy się na zasłużony wypoczynek. Noc nie należy jednak do spokojnych. Dane jest nam przeżyć trzęsienie ziemi – słabe bo ok. 2 – 3 <sup>o</sup> w skali Richtera, ale obudziło nas drganie łóżek i dzwonienie szklanek. Wstrząsy trwały niezbyt długo około 1 minuty.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Wczesnym rankiem o umówionej godzinie podjeżdżają pod hotel dwie czarne taksówki: Chevrolet i Renault. Przed nami około 100 km drogi do słynnej oazy San Pedro de Atacama. Tym razem dobra asfaltowa nawierzchnia szybko się kończy i wjeżdżamy na bardzo wyboistą szutrową drogę, po której można jechać bardzo wolno lub zdecydowanie szybko. Nasi kierowcy, aby nie czuć nierówności drogi decydują się na drugi wariant jazdy, na liczniku cały czas około 80 – 100 km/godz.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Wzdłuż drogi widzimy liczne niezbyt wysokie krzyże udekorowane sztucznymi kwiatami, przypominają o tych którzy nie zachowali należytej ostrożności. Pomimo wczesnych godzin rannych powietrze jest już bardzo nagrzane i suche. Powoduje to złudzenie optyczne, w ciepłym drgającym powietrzu widzimy nieistniejące faktycznie jeziora. To znana ze wszystkich pustyń świata fatamorgana.</p>
<p align="JUSTIFY">Po lewej stronie drogi ukazuje się nam olbrzymia wyrwa w ziemi, a obok niej imponującej wielkości hałdy. Tym razem to nie miraż, mijamy największą na świecie odkrywkową kopalnię miedzi w Chuquicamata. Występowanie miedzi na tym terenie odkryli już hiszpańscy konkwistadorzy. W czasie jednego z pierwszych podbojów Diego de Almagro kazał w 1536 roku wykonać dla swojego konia miedziane podkowy.</p>
<p align="LEFT">Dziś kopalnia ta dostarcza ponad połowę miedzi wydobywanej w Chile i przynosi olbrzymie zyski, tu wypracowuje się przynajmniej jedną czwartą wpływów z eksportu. Eksploatacja na skalę przemysłową trwa już od kilkudziesięciu lat, olbrzymi lej w ziemi ciągle pogłębia się i powiększa. Odkrywka jest głęboka na około 400 m, ma ponad 3 km długości , a szerokość jej dochodzi do 1 km. Warto nadmienić, że przy rozbudowie kopalni zatrudnionych było wielu naszych rodaków. Należy pamiętać, że ojcem górnictwa chilijskiego nazywany jest nasz wielki rodak Ignacy Domeyko, który wiele lat spędził w Chile, piastując m.in. funkcję rektora Uniwersytetu w Santiego de Chile. Pozostanie on na zawsze w pamięci Chilijczyków. Pasmo górskie położone na obrzeżu Atacamy nazwano Cordillera Domeyko. Jedno z miast nazwano jego imieniem Puerto Domeyko podobnie jak szczyt Cerro Domeyco, oraz minerał domejkit.</p>
<p align="JUSTIFY">Kopalnia znajduje się na wysokości ok. 2.500 m npm. Otaczają ją zaś znacznie wyższe szczyty Andów dochodzące do wysokości ok. 5000 – 6000 m npm. Na szczytach wielu z nich widoczne są białe śnieżne plamy. Nie brakuje tu stożków wulkanicznych, wiele z nich jest czynnych. Nad jednym z nich widzimy dużą chmurę utworzoną z gazów wydobywających się z jego krateru. Obok najbardziej znany wulkan Licancabur, na szczycie którego znajdowało się prastare indiańskie sanktuarium, do którego mieli dostęp jedynie najwyżsi rangą przywódcy plemienia i to tylko dwa razy w roku w okresie równonocy.</p>
<p align="JUSTIFY">Atacama jest jedną z najstarszych pustyń świata istniała już w trzeciorzędzie. Położona jest na pograniczu trzech państw: Argentyny, Chile i Boliwii. Ciągnie się wąskim ale bardzo długim pasmem ok. 3000 km. Jest to najbardziej suchy i jednocześnie jałowy obszar na kuli ziemskiej. Można tu znaleźć miejsca gdzie od dziesięcioleci nie spadła kropla deszczu. Średnie roczne opady wynoszą zaledwie 10 mm tj. dziesięciokrotnie mniej niż na Saharze. Atacama charakteryzuje się również bardzo dużą dobową różnicą temperatur, w dzień w słońcu słupek rtęci znacznie przewyższa 50 <sup>o</sup> C, aby w nocy spaść do poziomu ok. 0 <sup>o</sup> C.</p>
<p align="JUSTIFY">Wkrótce dojeżdżamy do serca Atacamy. Zjeżdżamy w bok od głównej drogi aby zobaczyć słynną Dolinę Księżycową. Podziwiamy bajecznie różnorodne formy, typowe zarówno dla pustyń kamienistych i piaszczystych. Są tu liczne kilkumetrowe skalne ostańce ukształtowane przez działalność wiatru, a także piaszczyste wydmy. Kolory brąz i szary w nieprawdopodobnie wielu odcieniach ostro kontrastują z błękitem nieba. Stwarza to wyjątkowo barwną scenerię. Jesteśmy zauroczeni krajobrazem tej jakże „kolorowej pustyni”, pozbawionej wszelkiej roślinności. Słońce na niebie wędruje coraz wyżej, cienie nasze stają się dłuższe, wzmaga się upał, nie ma się gdzie skryć. To najwyższy czas aby uciec z serca pustyni. Dobrze, że istnieje taka możliwość bo w pobliżu jest największa oaza na pustyni – San Pedro de Atacama. Zaczynamy ostry zjazd w dół do oazy położonej około 300 m niżej. Po drodze mijamy koryta suchych rzek. Zapełniają się one wodą tylko na krótki czas, gdy topnieją śniegi wysoko w Andach. W dole widoczna rzeka niosąca niewielką ilość wody, obok niej pola uprawne, kępy zielonych drzew. Miasteczko jest doskonale widoczne z daleka, gdyż tworzy dużą zieloną wyspę zagubioną wśród szaro – burej pustyni. Dziś liczy ono około 1000 stałych mieszkańców. Przy wjeździe do San Pedro tablice ostrzegające przed groźbą zachorowań na cholerę. Budynki mieszkalne bardzo podobne do siebie, zbudowane są z miejscowego surowca gleby połączonej z sieczką i kamieniami. Grube mury mają dać ochłodę w ciągu dnia i trochę ciepła w zimną pustynną noc.</p>
<p align="JUSTIFY">Każde obejście otoczone jest niezbyt wysokim, metrowym murem. Im bliżej rynku tym zabudowa staje się bardziej gęsta, maleją działki przydomowe, poszczególne budynki przylegają do siebie. W co drugim domu zlokalizowano biuro turystyczne. Jest też dużo obiektów noclegowych, ze względu na ich standard nie można ich nazwać hotelami. Co trochę natykamy się także na restauracje i knajpki. Nie brakuje również wypożyczalni rowerów terenowych, tylko amatorów na ich wynajęcie jest niezbyt wielu choć ceny są wyjątkowo przystępne. Są też punkty, w których można wynająć konie i udać się w siodle na zwiedzanie pustyni.</p>
<p align="JUSTIFY">Coraz więcej turystów ściąga do San Pedro, zbliża się południe, a o tej porze dnia nie da się podziwiać uroków Atacamy.</p>
<p align="JUSTIFY">Wracają ci co przed świtem wyruszyli zobaczyć wspaniały Salar de Atacama, jedno z największych solnisk na świecie. Znajduje się tam płytkie jezioro z bardzo słoną wodą oraz wielkie połacie wielometrowych pokładów soli kamiennej. Nad brzegiem jeziora podziwiać można piękne stada flamingów. Inni globtroterzy wracają pełni wrażeń po obejrzeniu o świcie gejzerów na płaskowyżu Tatio położonym na wysokości 4300 m n.p.m. Dochodzimy do centrum osady, na głównym placu stoi biały murowany kościół pod wezwaniem Św. Pawła. Kościół podobnie jak i przyległa do niego dzwonnica wzniesione są z miejscowych surowców. Dach zbudowano z drewna kaktusów cardón, a zamiast gwoździ użyto skórzanych rzemieni.</p>
<p align="JUSTIFY">Przed kościołem rozłożyli swoje stragany sprzedawcy regionalnych pamiątek, mają do zaoferowania głównie wyroby z wełny lam i alpak: czapeczki, skarpetki, swetry, narzuty i koce. Nie brakuje także kamiennych figurek, wyrobów ze skór, a także miejscowej biżuterii.</p>
<p align="JUSTIFY">W pobliżu znajduje się jeden z najstarszych budynków w osadzie, dom wybudowany przed 450 laty dla słynnego konkwistadora Pedro de Valdivii</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Po krótkim odpoczynku, chroniąc się przed bezlitosnym słońcem, zwiedzamy funkcjonujące tu od ponad 40 lat regionalne muzeum założone przez belgijskiego księdza – archeologa Gustavo de Paige. Znajduje się ono w jedynym nowoczesnym budynku osady. Prezentowane tu zbiory należą do jednych z najstarszych na świecie. Jeżeli prawdziwe są informacje, że tutejsze mumie liczą sobie ok. 10.000 lat, to są one starsze o 4000 lat od mumii egipskich. Ze względu na wyjątkowo sprzyjający suchy klimat mumie te zachowały się w doskonałym stanie.</p>
<p align="JUSTIFY">Ślady dawnych kultur podziwiać można w pobliskiej Pukarze, gdzie na stromym zboczu górskim znajdują się ruiny XII –to wiecznej warowni indiańskiej położonej. Odrestaurowywane są obecnie stare akwedukty, które doprowadzały wodę z gór do miasta. Po drugiej stronie rzeki San Pedro znajdowało się inkaskie miasto Catarpe.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Pobyt na pustyni kończymy wizytą w naturalnym basenie z termalnymi wodami. Jest to obiekt dobrze zagospodarowany, jest m.in. zjeżdżalnia, a także kawiarnia i restauracja. Wielu globtroterów po trudach całodziennej eskapady odzyskuje tu nadwątlone siły. Nam pozostaje jeszcze powrót taksówkami do odległej Calamy.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="LEFT">Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Osierocona  Polonia  brazylijska</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=osierocona-polonia-brazylijska</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:30:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Z wizytą u Polaków]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=248</guid>
		<description><![CDATA[W Środę Popielcową 13 lutego zmarł ks. Benedykt Grzymkowski ( TChr). Przez 47 lat był opiekunem Polonii w Brazylii. Niniejszy artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez uczestników wyprawy „Nuevo Mundo” w trakcie wizyty w Kurytybie w dniach 1 – 5 marca 2012 roku. OSIEROCONA POLONIA BRAZYLIJSKA Ks. Benedykt Grzymkowski to dla mnie legendarna postać. [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>W Środę Popielcową 13 lutego zmarł ks. Benedykt Grzymkowski ( TChr). Przez 47 lat był opiekunem Polonii w Brazylii.<br />
Niniejszy artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez uczestników wyprawy „Nuevo Mundo” w trakcie wizyty w Kurytybie w dniach 1 – 5 marca 2012 roku.<br />
OSIEROCONA   POLONIA    BRAZYLIJSKA</p>
<p>Ks. Benedykt Grzymkowski to dla mnie legendarna postać. Od kilkudziesięciu lat interesuję się Ameryką Południową i dziejami Polaków na tym kontynencie. Z dzieciństwa i lat młodości pamiętam nazwiska kilku rodaków, którzy zawsze kojarzyć  będą się z Ameryką Południową. Są to słynni podróżnicy – pisarze: Arkady Fiedler, Wiktor Ostrowski, Tony Halik, a także Ignacy Domeyko „ojciec górnictwa chilijskiego” oraz ksiądz Benedykt Grzymkowski. O czterech pierwszych postaciach  można było dowiedzieć się z książek, prasy, telewizji, radia. Były to osobowości ogólnie znane. Zaś o ks. Grzymkowskim wieści w latach: 60., 70. i 80. ubiegłego stulecia były wyjątkowo skąpe, przynajmniej dla przeciętnego obywatela. Dziś nie potrafię odtworzyć skąd brała się moja wiedza o księdzu opiekującym się Polonusami w Brazylii. Gdy myślałem o naszych rodakach w tym odległym kraju zawsze na myśl przychodziła mi osoba ks. Grzymkowskiego.<br />
Benedykt Grzymkowski przyszedł na świat 20. kwietnia 1936 roku w Chełmży. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu. Święcenia kapłańskie odebrał w archikatedrze poznańskiej 23 maja 1959 roku. Kilka lat później uzyskał tytuł magistra romanistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jako Chrystusowiec związał swoje losy duszpasterskie z Polonią. Ks. Ignacy Posadzy założyciel męskiego zgromadzenia zakonnego – Towarzystwa Chrystusowego dla Wychodźców, potrafił zainteresować młodego księdza losami Polaków w Brazylii. Przypłynął on do tego kraju 23 maja 1966 roku, czyli dokładnie w 7. rocznicę święceń. Był to dla niego znak boży. Czuł, że Brazylia to jego przeznaczenie.<br />
Z opowieści ks. Grzymkowskiego, których mogłem wysłuchać w marcu 2012 roku, w Kurytybie, dowiedziałem się, że pierwsze 9 lat posługi duszpasterskiej spędził w Rio de Janeiro.  Od stycznia 1967 roku podjął pracę w kapelanii polskiej  tej wielkiej metropolii, dawnej stolicy Brazylii. Dzięki staraniom księdza, przy kościele Matki Boskiej Bolesnej,  powstała pierwsza w Rio de Janeiro polska parafia. Został jej proboszczem. Duchowny opowiadał o odmienności pracy duszpasterskiej w Ameryce Południowej. Była to zupełnie inna posługa niż w Europie. Tu poza zwykłą posługą duchową zajął się również opieką nad życiem rodzinnym i społecznym Polonii. Społeczeństwo polonijne było bardzo zróżnicowane zarówno pod względem: zawodowym, intelektualnym, wykształcenia i zamożności. W Rio de Janeiro,  wśród Polonii, która przybyła tu w większości po zakończeniu II wojny światowej, byli zarówno: robotnicy, żołnierze, ziemianie,  inteligenci oraz arystokraci.<br />
Dzięki umiejętnościom zjednywania ludzi ks. Benedyktowi udało się scalić tutejszą Polonię. Wszyscy wspólnie dbali o zachowanie ducha polskości, o kultywowanie tradycji. Przekazywali te wartości kolejnym pokoleniom Polonusów.  Po niedzielnych mszach odprawianych w języku polskim, wierni nie rozchodzili się do domów, ale wspólnie z duszpasterzem udawali się do pobliskiej kawiarni na kawę lub wino i prowadzili długie rozmowy i dysputy. Wszyscy stanowili wielką rodzinę, dużo o sobie wiedzieli, wzajemnie sobie pomagali.<br />
Ks. Grzymkowskiemu udało się utworzyć polski chór. Rodacy uroczyście świętowali wszystkie święta religijne i narodowe. Spotykali się zawsze 3 Maja, 15 Sierpnia, 11 Listopada. W uroczystościach tych nigdy nie uczestniczyli przedstawiciele PRL. Natomiast ks. Benedykt był dumny, że problemami Polonii potrafił zainteresować viceprezydenta Brazylii, który przybył na mszę świętą do polskiego kościoła.  Dzięki ks. Grzymkowskiemu powstały kursy i szkoły, w których dzieci oraz młodzież uczyły się języka swoich ojców, a starsze pokolenia pogłębiały wiedzę z zakresu kultury i historii Polski. Ksiądz Benedykt czynił starania, aby rodacy mieli możliwość oglądać filmy polskie, wypożyczał je i organizował  ich pokazy.<br />
Działania te były utrudnione, nie można było liczyć na wsparcie polskich konsulatów i ambasady. Wręcz przeciwnie, niektóre działania misjonarzy były torpedowane i dyskryminowane przez przedstawicieli reżimu. W większości Polonia brazylijska omijała placówki konsularne PRL.<br />
We wspomnieniach ks. Grzymkowskiego  okres jego pracy w Rio de Janeiro był owocny, przyniósł wiele dobra  Polakom. Jego posługa duszpasterska była bardzo pozytywnie przyjmowana przez Polonię, mógł się w niej realizować, spełniać, dawała mu dużo satysfakcji. Jak określił w rozmowie, była to praca ciężka, ale bardzo wdzięczna.<br />
Po 9 latach pracy w Rio de Janiero, w 1975 roku, powołany został na nowe stanowisko – prowincjała Towarzystwa Chrystusowego w Brazylii. Ten awans wiązał się z przeprowadzką do Kurytyby – centrum Polonii brazylijskiej. Działało tu wiele organizacji polonijnych:  Centralny Związek Polaków,  Uniao Juventus , Stowarzyszenia Polsko-Brazylijskie: im. Marszałka Józefa Piłsudskiego oraz im. Tadeusza Kościuszki. Charakter pracy wśród Polonii był zupełnie inny niż w Rio de Janiero. Spotkał tu innych Polonusów, byli to głównie ludzie prości, potomkowie pierwszych emigrantów, rolników. Ksiądz mocno podkreślał, że tu w Paranie żyje już  ich ósme pokolenie. Polonia nie była tu tak zjednoczona jak w Rio de Janeiro. Były organizacje wierne dawnym polskim tradycjom oraz takie, które współpracowały z reżimowymi przedstawicielami konsulatu PRL. Obchodził one organizowane przez placówki konsularne święta komunistyczne np. 22. Lipca.  Ks. Benedykt nigdy nie bał się nowych wyzwań. Zawsze starał się jednoczyć ludzi, a nie ich dzielić.<br />
Obowiązków ks. Grzymkowskiemu przybyło, gdy w 1976 roku został rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Brazylii. Funkcję tę pełnił przez 33 lata, aż do 2009 roku. Odpowiadał za polskich duszpasterzy w całej Brazylii, a pracowało ich tam około 400. Organizował spotkania polskich misjonarzy, jednoczył ich. Wspólnie, mozolnie dzień po dniu budowali mocną pozycję  polskich księży i sióstr zakonnych w kościele brazylijskim. Zdobywali jego uznanie i szacunek.<br />
Twarz ks. Benedykta stawała się jeszcze bardziej radosna i uśmiechnięta, gdy zaczynał wspominać pierwszą wizytę Jana Pawła II w Brazylii. Ówczesny Rektor Polskiej Misji Katolickiej w Brazylii  był jednym z głównych organizatorów pobytu papieża w Kurytybie. Początkowo miasto nie znalazło się na trasie wizyty Ojca Świętego, ale zarówno papieżowi jaki i miejscowej Polonii bardzo zależało na spotkaniu w Kurytybie. Plan odwiedzin Brazylii, dzięki staraniom ks. Grzymkowskiego, uległ korekcie. Jan Paweł II przyjechał do stolicy Parany i spędził tu dwa dni. Pierwszy dzień przeznaczony był dla Polonii. Początkowo Episkopat Brazylii planował spotkanie Jana Pawła II z rodakami w polskim kościele p.w. świętego Stanisława, mogłoby na nie przyjść zaledwie 2 tysiące osób. Niestrudzony Ksiądz Benedykt dokonał kolejnej korekty w planach pielgrzymki. Ojciec Święty spotkał się z rodakami na stadionie, wszystkie miejsca były wypełnione. Papieska msza zgromadziła 70 tysięcy wiernych.   W drugim dniu pobytu w Kurytybie papież spotkał się z przedstawicielami innych mniejszości narodowych, było ich aż 16. Wśród nich największe wrażenie na Ojcu Świętym zrobili Ukraińcy. Papież zapamiętał ich stroje, tańce i bliską jego sercu muzykę.<br />
Według ks. Grzymkowskiego wizyta Jana Pawła II  spowodowała przełom i odrodzenie Polonii. Znów nasi rodacy zaczęli być dumni ze swojego pochodzenia. Ponownie zainteresowali się swoimi przodkami, językiem polskim, historią, kulturą.<br />
Lata 80. to przełom w najnowszych dziejach Polonii w Brazylii. Najpierw w 1980 roku  wizyta Jana Pawła II, później w 1984 roku przyjechał do Parany Prymas Polski Kardynał Józef Glemp, który ujął czekających na niego Polaków swoją bezpośredniością, aż w końcu, w 1989 roku nastąpiła długo oczekiwana zmiana systemu politycznego w Polsce. Od tego czasu zmieniła się sytuacja Polonii. Poza księżmi, w nurt  autentycznej współpracy  włączyli się  nowi dyplomaci wśród nich Konsul Marek Makowski.  Zyskali oni zaufanie Polonusów, ich kontakty stały się częstsze.   Ks. Grzymkowski podobnie jak Polonia zadowolony był z takiej zmiany, wielkie nadzieje pokładał w powrocie starego – nowego konsula, który budzi tu nadzieje na lepszą współpracę.<br />
Zdaniem polskiego misjonarza trzeba wysiłku, aby Polacy byli jednością, aby nic, ani nikt ich nie dzielił, by nie tworzyć  podziałów na Polonusów, z którymi można współpracować i na tych którzy „pobłądzili” i należy ich unikać. Było to tym bardziej przykre, że sygnały takie nadchodziły głównie z kraju. Ksiądz chciał, aby Polonia była niezależna, aby mogła dokonywać sama wyborów, nawet gdy nie zawsze będą rozsądne. Nigdy nie godził się na podział na lepszych i gorszych Polaków. To go zawsze bolało. Żałował, że polscy politycy tak rzadko pamiętają o Polakach rozrzuconych po świecie, że odwiedzają ich okazjonalnie. Jedynym prezydentem RP, który odwiedził Kurytybę był Lech Wałęsa, w 1975 roku.  Urzędnicy niższego szczebla przyjeżdżali i obiecywali „góry złota”, a po powrocie do kraju zapominali o brazylijskiej Polonii.<br />
W trakcie naszej rozmowy narzekania w ustach ks. Benedykta to był wyjątek, zresztą trochę sprowokowany przeze mnie. Ksiądz był człowiekiem wiekowym, schorowanym, trochę zmęczonym, ale  wyjątkowo pogodnym, dobrodusznym, zawsze chętnym do niesienia pomocy potrzebującym, uczynnym, oddanym ludziom i bardzo poważnie traktującymi swoje obowiązki. Usiłowałem księdza zapytać o jego osobiste osiągnięcia, sukcesy. Ale ten skromny człowiek stwierdził, że starał się cały czas dobrze służyć Bogu i bliźnim. Jeżeli oni byli z tej posługi zadowoleni, to życie miało sens. Niechętnie wspominał o przyznanym mu 7 maja 1996 roku krzyżu komandorskim Orderu Polonia Restituta, który wręczono mu w Ambasadzie RP w Brasilii. O swoich publikacjach i pomocy w wydawaniu polonijnej prasy i czasopism, jak chociażby „Polonicusa” mówił równie niewiele. Stwierdził, że to wszystko jest zasługa obecnego rektora Polskiej Misji Katolickiej ks. Zdzisława Malczewskiego. To on jest tytanem pracy, który potrafi tak dużo zdziałać pomimo braku wsparcia finansowego z kraju. Wypowiadając te słowa ks. Benedykt prosił, abyśmy wyłączyli mikrofony i nie nagrywali tego fragmentu wywiadu.<br />
Obaj księża udzielali się w Polskiej Misji Katolickiej, ks. Benedykt był kanclerzem, a ks. Zdzisław rektorem. Obaj sprawowali posługę duszpasterską w parafii p.w. świętego Jana Chrzciciela w Kurytybie. Byli różni, dwie inne osobowości, które się uzupełniały, ale cel mieli jeden i wspólnie do niego dążyli.<br />
Jestem szczęśliwy, że po wielu latach oczekiwań dane mi było poznać obu księży, że dzięki spotkaniu z nimi mogłem lepiej zrozumieć i poznać wiele problemów związanych z Polakami w Paranie. Mogłem przekonać się jakim poważaniem cieszą się u wiernych w swojej parafii, jak cenieni są przez Polonię. Z naszego spotkania w Kurytybie utkwiły mi w pamięci zwłaszcza dwa obrazy. Pierwszy, jak obaj księża stali w wejściu do kościoła witając wszystkich przychodzących na mszę. Każdemu ściskali prawicę i starali się zamienić choć kilka słów. Druga scena, to wywiad udzielany nam przez księdza Grzymkowskiego. Ten starszy, drobny, niski i przygarbiony mężczyzna, o arystokratycznej twarzy i uśmiechniętych, radosnych oczach siedział w pobliżu obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Obraz ten był dla niego wielkim skarbem i pamiątką podarowaną przez Jana Pawła II Polonii z Brazylii. Wisiał na plebani w widocznym miejscu, ale wcześniej peregrynował do wszystkich polskich parafii, do miast i wiosek w Paranie, w których mieszkali Polacy, a do których nie udało się dotrzeć Ojcu Świętemu.</p>
<p>Opracował: Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ARGENTYNA</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=argentyna</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:29:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=246</guid>
		<description><![CDATA[Polonia Pierwsza migracja XIX wieczna za chlebem, głównie migrowali najbiedniejsi chłopi z Galicji i zaboru rosyjskiego.Osiedlali się oni w północnej Argentynie, w prowincji Missiones. Przydzielane emigrantom kilkudziesięciohektarowe działki w dżungli wymagały karczowania. Była to katorżnicza praca. Na wykarczowanych polach zakładali duże plantacje, zazwyczaj yerba mate i herbaty. Potomkiem pierwszych polskich emigrantów jest Miguel Skowron, jeden [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><span style="text-decoration: underline;">Polonia</span></p>
<p>Pierwsza migracja XIX wieczna za chlebem, głównie migrowali najbiedniejsi chłopi z Galicji i zaboru rosyjskiego.Osiedlali się oni w północnej Argentynie, w prowincji Missiones. Przydzielane emigrantom kilkudziesięciohektarowe działki w dżungli wymagały karczowania. Była to katorżnicza praca. Na wykarczowanych polach zakładali duże plantacje, zazwyczaj yerba mate i herbaty.</p>
<p>Potomkiem pierwszych polskich emigrantów jest Miguel Skowron, jeden z najbogatszych plantatorów w Missiones, kandydat w wyborach na gubernatora prowincji. Jest jednym z największych producentów yerba mate i herbaty w Argentynie. Kilka lat temu nawet w łódzkich sklepach ( m.in. w Centralu) można było kupić yerba mate i herbatę Skowrona.</p>
<p>Kolejna duża fala emigracji przybyła do Argentyny po zakończeniu II wojny światowej, byli to głównie żołnierze z armii generała Andersa, którzy ze względów politycznych nie wrócili do nowej, komunistycznej Polski i wybrali życie na emigracji.</p>
<p>Tak postąpił m.in. Zbyszek Gębarski, który z żoną – Włoszką przybył do Argentyny w 1947 roku. Początkowo osiedlił się w Buenos Aires, a później w Mendozie- dużym mieście położonym u podnóża Andów. Przez wiele lat na budynku sklepu , który prowadził wisiał duży herb Polski – orzeł w koronie i napis Polonia. Zbyszek był przez długi czas szefem Związku Polaków w Mendozie. Zaangażował się w życie polonijne , m.in. Z Jego inicjatywy powstało w Andach polskie schronisko im. druha Marka Gaińskiego, w którym Polacy mają zawsze zapewniony bezpłatny nocleg. Zbyszek Gębarski pomagał też budować polski Dom Pielgrzyma w Rzymie. Za swoją działalność odznaczony był krzyżem zasługi przyznanym przez polski rząd na wychodźstwie w Londynie.</p>
<p>Główne skupisko Polonii znajduje się dziś w stolicy kraju, w Buenos Aires, gdzie Związek Polaków ma swoją okazałą siedzibę z polską restauracją, księgarnią, biblioteką. Prowadzone są tam liczne zajęcia mające na celu przybliżenie polskiej kultury i historii, a dla młodego pokolenia stwarzają możliwości kontaktu z językiem ojczystym ich przodków. Polacy do dziś wydają swoją gazetę Voz de Polonia – Głos Polski.</p>
<p>Na terenia wielkiego Buenos Aires , w dzielnicy Burzaco znajduje się Polski Ośrodek Młodzieżowy, z własnym hotelem, kawiarnią, biblioteką i basenem. Odbywa się tu wiele imprez i spotkań polonijnych m.in.: zloty polskich drużyn harcerskich z całej Argentyny, ale także msze w języku polskim.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Buenos Aires</span></p>
<p>Buenos Aires jest wielkim i bardzo dostojnym miastem, na nas zrobiło na nas tak wielkie wrażenie, że nazwaliśmy je Paryżem Ameryki Łacińskiej.</p>
<p>Stara pokolonialna architektura (Katedra, Casa Rosada czyli Pałac Prezydencki) często sąsiaduje z najbardziej nowoczesnymi wielokondygnacyjnymi budynkami.</p>
<p>Nam Buenos Aires kojarzy sie przede wszystkim z tangiem, tańcem którego korzenie pochodzą z robotniczych dzielnic San Telmo i La Boca. Do dziś w tych rejonach stolicy jest mnóstwo klubów nocnych, w których co wieczór króluje tango. Ściągają w te miejsca turyści z całego świata. Wieczory z tangiem to nie tylko pokazy taneczne ale i wokalne, instrumentalne. Wspaniałe argentyńskie wino i assado (mięso wołowe z rusztu) podawane na kolację przez wytwornych kelnerów dopełniają niecodzienną atmosferę nocy w Buenos Aires. Każdy wieczór klubowy kończy wspólna zabawa wszystkich gości, oczywiście w rytmie tanga.</p>
<p>W ciągu dnia prawie na każdej ulicy La Boca i San Telmo zobaczyć można tango wykonaniu par tańczących na rozłożonych na chodnikach dywanach.</p>
<p>Drugą wielką miłością Buenos Aires jest futbol. Nie sposób ominąć najsłynniejszych stadionów la Boca Juniors i River Place . Poza główną płytą , na której rozgrywane są mecze każdy ze stadionów posiada kilka trenigowych boisk, na których non stop trenują młodzi piłkarze.</p>
<p>Będąc w stolicy Argentyny nie można nie zobaczyć wspaniałego i jednego z najbardziej znanych cmentarzy na świecie – słynnej Recolety. Robi ona wrażenie miasta w mieście. Teren cmentarza jest stosunkowo niewielki, wciśnięty w gęstą, miejską zabudowę, sąsiaduje z parkiem miejskim. Wspaniałe nagrobki, budowle najczęściej z marmuru ozdobione licznymi płaskorzeźbami, rzezbami.</p>
<p>Jest to miejsce powchówku znamienitych obywateli stolicy. Odwiedzających cmentarz jest zawsze bardzo dużo , zarówno miejscowych jak i turystów. Miejscem pielgrzymowania jest grobowiec Evity Peron, przy którym zawsze znjadują się tłumy, a nagrobek przyozdobiony jest kwiatami.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Wodospady Iquazu</span></p>
<p>Jedną z większych atrakcji pogranicza trzech państw : Argentyny, Brazylii i Paragwaju są słynne wodospady na rzece Iquazu. Jest to miejsce powszechnie znane choćby z filmu “Misja”. Olbrzymi teren Parku Narodowego Iquazu obejmuje fragment dziewiczej podzwrotnikowej dżungli oraz zespół kilkudziesięciu wodospadów. Najpotężniejszy z nich zwany zwany Diabelską Gardzielą ma wysokość ok. 70 m. Bez wątpienia są to najpiękniejszechoć nie największe na świecie wodospady. Codziennie odwiedzają je tłumy turystów z całego świata. Jeżeli chce się podziwiać ten cud przyrody w spokoju zwiedzanie trzeba zaplanować na wczesne godziny ranne lub późnym popołudniem. Turystyka w tym regionie jest bardzo skomercjalizowana. Po stronie brazylijskiej wybudowano luksusowy kompleks hotelowy, z okien apartamentów można podziwiać , nie wychodząc na zewnątrz, liczne wodne kaskady. Sposobów na poznanie wodospadów jest mnóstwo, najbardziej uczęszczany jest kilkukilometrowy szlak pieszy. Kilka lat temu wybudowano specjalną kolejkę turystyczną , która podwozi najbardziej leniwych turystów pod największe kaskady. Turyści z bardziej zasobnym portfelem mogą skorzystać z lotów nad wodospadami, w podróż można udać się niewielkim, samolotem, helikopterem bądź balonem.</p>
<p>Organizowane są także specjalne spływy łodziami bądź pontonami, w trakcie takiego rejsu spokojnymi wodami rzeki Iquazu podziwiać można żyjące w nich krokodyle, żółwie. Organizowane są także turystyczne rajdy w dżungli – samochodami ciężarowymi z napędem na wszystkie koła.</p>
<p>Miełem mozliwość podziwiania wodospadów w różnym porach roku, wyglądają one zupełnie inaczej w porze deszczowej, gdy wody w rzece jest bardzo dużo, w porze suchej – mała ilość niesionej przez rzekę wody powoduje, że kaskady są mniejsze. Zawsze jednak w słoneczny dzień nad wodospadami można zobaczyć na niebie ogromną kolorową tęczę.</p>
<p>Zwiedzając wodospady nie brakowało akcentów polonijnych. Jednym z przewodników po parku narodowym jest młodyPolak, któremu tak spodobało się to miejsce, że mieszka tu kilka lat i zarabia na życie oprowadzniem grup turystycznych.</p>
<p>Nocowaliśmy w hoteliku prowadzonym przez panią Evelinę Navarette – polską hrabiankę. Kameralny hotel zapewnia turystom miłą, gościnną atmosferę z niepowtarzalnymi śniadaniami. Były to istne uczty dla podniebienia gości z całego świata. Wspaniałe egzotyczne owoce, świeże soki, domowe ciasta, doskonała brazylijska kawa.</p>
<p>Odwiedziliśmy także największą na świecie hydroelektrownię ITAIPU, wybudowaną na rzece Paranie. Dostarcza ona ok. 80% zapotrzebowania na energię elektryczną w Pargawaju i ok. 25% w Brzylii.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Pustynie i góry w pólnocno-zachodniej Argentynie.</span></p>
<p>Północno-zachodni skrawek Argentyny- prowincje Sala i JuJuy to zupełne odludzie i pustkowie. Niewiele jest tu większych ośrodków miejskich, za to króluje tu dziwicza przyroda i wysokie góry. Klimat jest suchy, są to więc obszary pustynne.</p>
<p>Podziwiamy wspaniałe różnokolorowe, bajecznie wygladające góry w okolicach Cafayate. Kształty skał są bardzo oryginalne, to efekt działalności erozji mechanicznej – unoszone przez wiatr drobne ziarenka piasku rzeźbią skały.</p>
<p>Jedziemy starym, rozklekotanym i zatłoczonym do granic możliwości autobusem do niewielkiej osady San Antonio de los Cobres położonej na wysokości 4000 m <span style="color: #000080;"><span style="text-decoration: underline;"><a href="http://n.p.m/">n.p.m</a></span></span>. Docieramy na miejsce około 1 w nocy. Nie ma czasu , ani ochoty na poszukiwania hotelu. Korzystamy z noclegu w “obiekcie “ przed którym zatrzymał się autobus. Standard mocno turystyczny , dom jest jeszcze w fazie budowy. Przeżywamy więc kolejną przygodę. Nazajutrz chcemy dotrzeć do podnóża pustyni Atacama , aby zobaczyć słynne salary. Jedyna możliwość to wynajęcie samochodu terenowego. Jego właściciel chce aby daleka podróż była dla nas wygodna dlatego na tył picapa ładuje skórzaną kanapę i fotel (meble wyniesione z domu). Jest super. Kilkadziesiąt kilometrów jedziemy z dużą szybkością żwirową drogą , wszyscy jesteśmy maksymalnie zakurzeni. Jednak widoki rekompensują trudy jazdy. W drodze powrotnej zwiedzamy małe, wiejskie cmentarzyki zagubione na odludziu, podziwiamy słynne, olbrzymie wiadukty kolejowe. Dziś kursują nimi tylko pociągi turytyczne , słynny “pociag do nieba” jeździ tylko raz w tygodniu. My mieliśmy pecha , w trakcie naszej eskapady wypadły wybory prezydenckie i kursy pociągu zostały zawieszone.</p>
<p>Po wyczerpującym, pełnym wrażeń dniu zamarzyła się nam dobra kolacja , ale w San Antonio nie ma żadnej knajpy (poza barem śniadaniowym). Skazani jesteśmy na posiłek przygotowany przez właścicielkę naszego “hoteliku”. Nie liczymy na zbyt wiele. Spotyka nas miła niespodzianka – królewski posiłek : kurczak w ziołach natarty cytryną, zupa jazrynowa, pieczone ziemniaki, przystawki, gruszka na deser i aromatyczna herbata. Posiłek zjedliśmy przy starym stole, pięknie nakrytym, na starej (chyba z czasów kolonialnych) zastawie. Zaskoczeniem kolejnym jest cena tego posiłku &#8230;&#8230;&#8230; 1 USD od osoby.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>W   ARGENTYNIE</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=w-argentynie</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:28:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=242</guid>
		<description><![CDATA[W dalekiej Argentynie, w odległych Andach można znaleźć kawałek Polski. W centralnych Andach nieopodal Mendozy od ponad 25 lat funkcjonuje polskie schronisko wysokogórskie im. dh Marka Gaińskiego, położone jest ono na wysokości ok. 2.100 m n.p.m. Schronisko to stanowi własność Związków Polaków w Mendozie. Z obiektu tego mogą bezpłatnie korzystać wszyscy Polacy zarówno ci zamieszkujący [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">W dalekiej Argentynie, w odległych Andach można znaleźć kawałek Polski.<br />
W centralnych Andach nieopodal Mendozy od ponad 25 lat funkcjonuje polskie schronisko wysokogórskie im. dh Marka Gaińskiego, położone jest ono na wysokości ok. 2.100 m n.p.m. Schronisko to stanowi własność Związków Polaków w Mendozie. Z obiektu tego mogą bezpłatnie korzystać wszyscy Polacy zarówno ci zamieszkujący w Argentynie oraz ci przybywający z odległej Ojczyzny.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Schronisko to wybudowano dla uczczenia pamięci </span><span style="font-size: medium;"><span style="text-decoration: underline;"><b>KAWAŁEK POLSKI </b></span></span><span style="font-size: medium;">młodego polskiego harcerza mieszkającego w Argentynie Marka Gaińskiego, który w styczniu 1969 roku zginął nieopodal tego miejsca przysypany kamienną lawiną. Marek Gaiński był jedym z uczestników wyprawy wysokogórskiej odbywającej się pod hasłem “Tatry II”. Była to eskapada organizowana przez młodych polskich andynistów &#8211; harcerzy z Mendozy i Buenos Aires. Wyprawa ta została zorganizowana dla uczczenia 25 rocznicy bitwy pod Monte Cassino. Uczestnicy jej zdobywają kilka dziewiczych szczytów i nadają im jakże bliskie sercu każdego Polaka nazwy: Tatry I, Tatry II, Generał Iwanowski, Generał Bór-Komorowski, a najwyższy ze szczytów którego kulminacja sięga 5.220 m npm nosi od tego czasu nazwę Monte Cassino. Prawodawstwo argentyńskie zezwala, aby wszyscy zdobywcy dziewiczych szczytów leżących powyżej wysokości 5000 m npm mogli im nadać zaproponowane przez siebie i następnie zatwierdzone przez władze nazwy. Wielokrotnie skorzystali z tego Polacy. Młodzi uczestnicy ekspedycji zostawiają na szczycie polski proporczyk, ziemię przywiezioną z Polski i spod Monte Cassino. Cele wyprawy zostały osiągnięte, lecz do pełni zadowolenia zabrakło szczęśliwego zakończenia całej eskapady. To właśnie podczas zejścia z gór w pobliżu przełęczy Manantiales zaskakuje grupę kamienna lawina. Towarzysze wyprawy stawiają w tym miejscu duży żelbetonowy krzyż. Od tego czasu miejsce to nazywane jest Tumba del Polaco, czyli Grób Polaka. Członkom Związku Polaków z Mendozy udaje się otrzymać bezpłatnie działkę o powierzchni około 10 tys. m </span><sup><span style="font-size: xx-small;">2 </span></sup><span style="font-size: medium;">na której ma stanąć przyszłe schronisko. Jest to miejsce wyjątkowo urokliwe, z piękną panoramą na wysokie andyjskie szczyty.<br />
W pobliżu znajduje się duży obszar leśny co jest zupełnie niespotykane w tej strefie klimatycznej. Był on tu zasadzony przed ponad 50 laty przez rodzinę włoskich imigrantów, właścicieli terenu. Główną przeszkodą w szybkim wzniesieniu tego obiektu jest brak właściwych funduszy. Pierwsze pieniądze na budowę schroniska pochodzą od rodaków zamieszkujących prowincję Mendoza. W celu pozyskania dalszych pieniędzy Związek Polaków wydaje okolicznościowe cegiełki, są one kupowane przez Polonię z całej Argentyny, liczne harcerskie organizacje polonijne działające w różnych krajach. W 1972 roku udaje się uruchomić pierwszą kondygnację w schronisku. Przy jego budowie starano nawiązać do typowej architektury z Podkarpacia. Przy głównym wejściu zlokalizowano niewielki daszek wsparty na kolumnach. Wokół schroniska posadzono kilka typowych dla polskich drzew<br />
i krzewów są tu modrzewie, dęby, lipa, brzoza, a nawet krzaki malin. Są też jednak elementy typowo argentyńskie, miejsce na duży rożen, na którym przygotowuje się wspaniałe asudo tj. krwistą wołowinę pieczoną na ruszcie. W środku schroniska same polonica: wizerunek Ojca Świętego, popiersie marszałka Piłsudskiego, wiele wyrobów ludowych. Z okien schroniska widać “polskie szczyty” Krakus i Polonia Millenaria. Bezpośrednio odpowiedzialnym za funkcjonowanie schroniska uczyniono Zbigniewa Gębarskiego.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Schronisko trafiło w najbardziej odpowiednie ręce człowieka, który miał bardzo ciepły<br />
i życzliwy stosunek do ludzi oraz doskonale rozumiał wszystkich wyruszających na andyjskie ścieżki górskie. Przez długie lata wraz ze swoją żoną Luiginą opiekował się schroniskiem, dbał o jego rozbudowę i właściwą atmosferę.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Zbyszek był żołnierzem II Korpusu Wojska Polskiego, brał udział w kampanii włoskiej, walczył m.in. pod Monte Cassino. Po zakończeniu szlaku bojowego w Bolonii jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych nie mógł wrócić bezpiecznie do Polski. Wiedział, że jego koledzy, którzy zdecydowali się na ten krok są w nowej jakże innej niż ta, o którą walczyli Ojczyźnie, represjonowani. Zdecydował się więc pozostać we Włoszech, była to dla niego decyzja bardzo trudna i bolesna. Podtrzymuje go na duchu małżeństwo z młodą 17 -letnią Włoszką z okolic Padwy &#8211; Luiginą Salmin. Jednak los wystawia go na kolejną próbę. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza we Włoszech, ustawiczny brak pracy zmusza młodych małżonków do dalszej emigracji. Wybierają jeden z najbogatszych w tym czasie krajów na świecie Argentynę, do której przybywają w końcu lat 40-tych, z zamiarem przeczekania kilku lat, aż poprawi się sytuacja ekonomiczna we Włoszech. Początkowo osiedlili się w stołecznym Buenos Aires, Zbyszek jako muzyk grał w kilku zespołach, założył także swój własny. Jednak losy rzucają ich dalej w głąb kraju, do podnóża pięknych Andów, do Mendozy. Tu pozostali już na stałe, zakładając wspaniały swój dom, udzielając się bardzo we wszystkich pracach związanych<br />
z życiem tutejszej Polonii.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Dom ich stoi zawsze otworem dla wszystkich przybywających tu Polaków, panuje<br />
w nim staropolska gościnność i serdeczność. Jeden z pokoi przeznaczony jest specjalnie dla gości z odległej, ale jakże bliskiej sercu Ojczyzny.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Do domu państwa Gębarskich trafiliśmy, w sposób dość niesamowity. Po przyjeździe do Mendozy po prostu zatelefonowaliśmy do nieznanych nam wtedy gospodarzy przedstawiając się, że jesteśmy z Polski i mamy szczerą chęć zobaczyć kawałek Andów. Po 15 minutach oczekiwania przyjechał po nas na dworzec Zbyszek swoim samochodem, aby zabrać nas do siebie do domu. Wylądowaliśmy oczywiście w pokoju gościnnym, zaczęły się długie Polaków rozmowy. Zbyszek szybko wyciągnął akordeon i wspaniałe miejscowe wino, atmosfera pomimo znacznej różnicy wieku i zupełnej wcześniejszej nieznajomości bardzo szybko zrobiła się iście rodzinna, przyjacielska. W domu państwa Gębarskich odebraliśmy wielką, wspaniałą lekcję historii i wielkiego patriotyzmu. Na każdym kroku znajdowaliśmy najprzeróżniejsze ślady polskości, mnóstwo książek i albumów z Polski, nut, płyt i kaset<br />
z polską muzyką. Na ścianach wisiały dyplomy przyznawane przez Rząd Emigracyjny<br />
i prezydenta Rzeczpospolitej na Wychodźstwie, przez Polskie Siły Zbrojne przez Związek Polaków w Argentynie. Jest też dyplom za pomoc w budowie Domu Pielgrzyma Polskiego w Rzymie. Nie brakuje dyplomów i podziękowań od komitetów organizacyjnych wypraw andynistycznych. Wspaniałą lekturą okazuje się pękaty pamiętnik, do którego wpisują się<br />
i zostawiają swoje zdjęcia wszyscy goście, którzy odwiedzali dom państwa Gębarskich. Kogo w tym pamiętniku nie ma, tu wpis Wandy Rutkiewicz, tam Kazimierza Górskiego, Kazimierza Deyny, Zbigniewa Ryna &#8230; Chętnie kreśliliśmy też w pamiętniku parę słów od siebie i obowiązkowo zostawiliśmy zdjęcia.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Zbyszek wraz z Luiginą od lat byli właścicielami niewielkiego sklepu spożywczego, nad wejściem do niego zawieszona jest ogromna tablica z napisem POLONIA oraz godłem narodowym &#8211; orłem w koronie. Zbyszek jest dumny ze swego pochodzenia i cały czas podkreśla, że jest Polakiem. Udało mu się tak zaszczepić w Luinginie miłość do Polski, że czuje się ona bardziej Polką niż Włoszką, chociaż nigdy nie była w dawnej ojczyźnie swego męża. Luingina bardzo aktywnie działa w Związku Polaków. Państwo Gęborscy mają jedynego syna Ricarda, nie zna on już języka polskiego, lecz jego córka mała Ola, dla której dziadek miał więcej czasu wolnego ładnie mówi po polsku i chętnie śpiewa polskie piosenki.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Mamy szczęście, że w czasie naszego pobytu w Mendozie organizowane jest właśnie święto, w trakcie którego prezentowana jest kultura i tradycje różnych narodowości zamieszkujących w regionie. Polska reprezentowane jest przez małą Olę Gębarską, a także bardzo śniadego młodziana ubranego w strój krakowski. Okazuje się, że jest to wnuk jednego z nieżyjących już kolegów Zbyszka, żona jego, Włoszka dba o to aby zgodnie z zaleceniami swojego męża wychować wnuczka w duchu polskim. Dzięki takim ludziom można mieć nadzieję, że polska tradycja u podnóża sięgających nieba Andów pozostanie długo żywa.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Śladów polskości jest tu znacznie więcej, wszak jedna z pierwszych wypraw na najwyższy szczyt kontynentu Aconcaguę była organizowana właśnie przez Polaków. Na przełomie 1933 i 1934 roku polscy wspinacze weszli na szczyt nową drogą, od tego czasu nosi ona nazwę “Droga Polaków”, zaś zdobyte przez nich lodowce nazywają się “Lodowcami Polaków” bądź od nazwisk uczestników ekspedycji są to Lodowiec Ostrowskiego i Lodowiec Karpińskiego. Jeden z 6000-tysięcznych wierzchołków nosi nazwę Szczytu Polskiego &#8211; El Pico Polako. Nie został on jednak zdobyty przez Polaków, wejście na ten dziewiczy szczyt uniemożliwił im spadający kamień, który zranił jednego z uczestników wyprawy. Nazwę tej górze nadali argentyńscy andyniści, którzy zdobyli ją w 1958 roku. Jeszcze jeden ze szczytów o wysokości ok. 5.100 m npm nosi bliską naszemu sercu nazwę Polonia Millenaria &#8211; Milenium Polski, został on zdobyty po raz pierwszy przez młodych polskich harcerzy z Argentyny<br />
w roku 1966.</span></p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Jarosław Fischbach</span></p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="font-size: medium;">Załączniki:</span></p>
<p><span style="font-size: medium;">1) Cegiełka na budowę schroniska im. dh Marka Gaińskiego</span></p>
<p><span style="font-size: medium;">2) Zdjęcia schroniska dh Marka Gaińskiego</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>POLSKI   PLANTATOR  W  MISIONES</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/polski-plantator-w-misiones-2/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=polski-plantator-w-misiones-2</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/polski-plantator-w-misiones-2/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:26:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=236</guid>
		<description><![CDATA[Jedziemy do Misiones, czyli argentyńskiej prowincji położonej na północy przy granicy z Brazylią i Paragwajem. Jest to miejsce do którego już pod koniec XIX wieku docierali pierwsi polscy emigranci. Przed nimi przyjeżdżali do tego odległego kraju pojedynczy uchodźcy, zesłańcy polityczni, byli to zazwyczaj powstańcy i żołnierze, którzy osiedlali się jednak w największych ośrodkach miejskich. 27 [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY">Jedziemy do Misiones, czyli argentyńskiej prowincji położonej na północy przy granicy z Brazylią i Paragwajem. Jest to miejsce do którego już pod koniec XIX wieku docierali pierwsi polscy emigranci. Przed nimi przyjeżdżali do tego odległego kraju pojedynczy uchodźcy, zesłańcy polityczni, byli to zazwyczaj powstańcy i żołnierze, którzy osiedlali się jednak w największych ośrodkach miejskich. 27 sierpnia 1897 roku do Misiones dotarła pionierska grupa 15 polskich rodzin, licząca 54 osoby. Prawie trzy miesiące wcześniej, 9 czerwca przypłynęli oni do Buenos Aires z Hamburga niemieckim statkiem „Antonina”. Ich przyjazd do Argentyny był dziełem przypadku<span style="color: #ff0000;">.</span> Przy zaokrętowaniu na statek okazało się, że część podróżnych, która zakwalifikowała się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej nie miała niezbędnych dokumentów. Zaproponowano więc im rejs do Argentyny, która potrzebowała także nowych rąk do pracy. Po dotarciu do stolicy Argentyny zakwaterowani zostali w Hotelu Emigracyjnym. Później dotarli do pobliskiej La Platy i zostali powtórnie zaokrętowani tym razem na statek, który płynąc pod prąd Parany dowiózł ich do Posadas. Skąd przywiezionymi przez siebie czterokołowymi wozami dotarli do odległego o 60 kilometrów Apostoles. Migracja z przełomów wieków była typowo zarobkowa, o podłożu ekonomicznym. Z dawnych ziem polskich emigrowali głównie małorolni lub bezrolni chłopi z Galicji i Małopolski. Byli to prości ludzie, nierzadko analfabeci. Część z nich była katolikami, byli to Polacy, a nie brakowało też greko-katolików, czyli Ukraińców.</p>
<p align="JUSTIFY">Zamarzyło mi się spotkanie z Miguelem Skowronem, z jednym z bardziej znanych Polaków w Misiones. Jest on postacią bardzo znaną w całej prowincji, gdyż w niedawnych wyborach regionalnych kandydował do funkcji gubernatora. Wybory te minimalnie przegrał, ale stał się postacią bardzo popularną i szanowaną. W większości miast wiszą jeszcze jego plakaty wyborcze. Dotarcie do niewielkiej miejscowości Campo Viera, gdzie mieszka Miguel Skowron nie jest zbyt proste. Najpierw jedziemy do Obera, jednego z większych miast w Misiones . Droga trochę się nam dłuży, są odcinki o bardzo dobrej asfaltowej nawierzchni, ale trafiamy też na nawierzchnię szutrową. Tego typu nawierzchnia dróg nie należy do rzadkości w Argentynie. Są to jednak ciągi komunikacyjne po których bez większych obaw o dziury i nierówności można bezpiecznie jechać z dużą prędkością. Z okien autobusu obserwujemy prace przy wytyczaniu nowego odcinka drogi prowadzącej przez wyjątkowo bujną tu selwę. W Obera mamy zaraz kolejny autobus do Campo Viera, nie ma więc czasu na choćby pobieżne zobaczenie miejscowości. Tylko dosłownie rzut oka na dwa polskie popiersia, jakie stoją przy avenida Libertad, widzimy tu pomniki Chopina i Mikołaja Kopernika. Z autobusu wysiadamy w zupełnym pustkowiu, ale kierowca zapewnia nas, że z tego miejsca będziemy mieć najbliżej do domu Skowronów. Ostatni dwukilometrowy odcinek drogi pokonujemy piechotą. Znów jak na obrazach znanego w Misiones polonijnego malarza Zygmunta Kowalskiego dominują trzy barwy: czerwień, zieleń i błękit. Spacer z ciężkimi plecakami dobrze nam robi. Po obu stronach drogi znów drewniane domy, wybudowane zostały przez Skowrona dla robotników rolnych. Tak długo jak będą u niego pracować mogą w tych chatach mieszkać. Widać tu biedę, ale twarze ludzi są pogodne, uśmiechnięte i przyjazne. Budzimy znów duże zainteresowanie i ciekawość. Dzieci wędrują za nami drogą, z czasem trochę się ośmielają i zagadują prosząc o cukierki bądź długopisy. W zamian za skromne podarki zyskujemy zaufanie i sympatię autochtonów. Możemy też bez problemu zrobić im ciekawe zdjęcia. I tak dzieci doprowadzają nas pod samą bramę rezydencji, która widoczna jest już dużo wcześniej. W porównaniu z tym co widzieliśmy przed chwilą widok jest imponujący. Dominuje duży nowocześnie wyglądający budynek mieszkalny z olbrzymią anteną satelitarną na dachu, jest on otoczony bujną soczystą zielenią, kawałek dalej basen kąpielowy oraz taras, na którym organizowane są plenerowe przyjęcia. Obok zabudowań mieszkalnych stoją budynki biurowe i produkcyjno – magazynowe.</p>
<p align="JUSTIFY">Jesteśmy niespodziewanymi gośćmi, ale nie mieliśmy jak powiadomić o naszej wizycie. Szczęście nam dopisuje, gospodarz jest w domu, ma trochę wolnego czasu i jest bardzo zainteresowany gośćmi z dalekiej Polski.</p>
<p align="JUSTIFY">Szybko prowadzi nas z biura do domu, gdzie w pierwszej kolejności poznajemy jego teściową, która autentycznie cieszy się z przyjazdu Polaków. Serdecznie nas uściskała i ucałowała. W domu Skowronów nie może być inaczej. Dostajemy do degustacji kilka gatunków herbaty i wspólnie wypijamy yerba mate. Mocno wiekowa już teściowa Miguela cieszy się, że może komuś opowiedzieć historię swojego życia, a znajduje w nas dobrych i ciekawych słuchaczy. My z wielkim zainteresowaniem wysłuchujemy, jak ciężko żyło się całej wielodzietnej rodzinie na wsi pod Lwowem, skąd pochodzi. Szansą na poprawę życia rodzina upatrywała w możliwości migracji, która w latach 20. ubiegłego stulecia była na tych terenach popularna. Główne kierunki migracji to Ameryka Północna, Brazylia i Argentyna. Ten ostatni kraj wydawał się najbardziej atrakcyjny, gdyż oferował nowym osadnikom duże działki do zagospodarowania. Wielu sąsiadów wcześniej już wybrało ten kierunek wyjazdu, więc i oni podążyli ich śladami. Wyjeżdżając z Polski miała zaledwie 10 lat, na emigrację udała się cała rodzina, z wyjątkiem najmłodszej siostry, która miała wtedy 4 lata. Wyjazd jej uniemożliwiła choroba oczu, po jej wyleczeniu miała dołączyć do rodziny. Niestety do dziś losy jej są nieznane, rodzice szukali jej przez Czerwony Krzyż, nie dało to żadnych rezultatów. Starsza pani prosi nas, abyśmy po powrocie do kraju zainteresowali się losami jej siostry. Tylko jak to zrobić, dziś Lwów to przecież zupełnie inny kraj mimo szczerych chęci nie będziemy w stanie pomóc.</p>
<p align="JUSTIFY">Po długim, wielotygodniowym rejsie przez Atlantyk, skierowano ich do odległej prowincji Misiones i tu zgodnie z oczekiwaniami dostali tak, jak wszyscy inni nowoprzybyli osadnicy , jak im się wydawało bardzo dużą działkę, o powierzchni 25 ha. Była to pierwsza grupa polskich osadników, jak w 1920 roku przybyła w okolice Obera. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że jest to działka porośnięta gęstym tropikalnym lasem. Trzeba ją było niesamowitym nakładem pracy karczować i wypalać. Do tego dochodziły dodatkowe kłopoty i niespodzianki: liczne węże, żmije, jadowite pająki, w okolicznych rzekach nie brakowało kajmanów, a w selwie jaguarów. Wyjątkowo uciążliwe okazały się też małe , ale żarłoczne mrówki, które potrafiły nieraz zniszczyć całe zbiory. Całej rodzinie podobnie jak pozostałym emigrantom trudno było przystosować się do zupełnie innego gorącego i wilgotnego klimatu. Wszystko to prowadziło do częstych i ciężkich chorób .Od czasu do czasu zdarzały się też na tym pustkowiu napady i rabunki. Seniorka rodu opowiada, że gdy do siedliska zbliżali się nieznajomi goście mieli oni zwyczaj klaskania w dłonie, aby zaświadczyć o swoich pokojowych zamiarach i udowodnić, że w rękach nie mają broni. Pierwsze lata w Nowym Świecie były wyjątkowo ciężkie. Pewną pociechę stanowili sąsiedzi, nie byli tu zupełnie obcy wraz z nimi przyjechało tu wielu innych Polaków, Ukraińców, Białorusinów, nie brakowało tu osadników z Niemiec, a zdarzali się również Japończycy. Te nowe nacje zasiedliły tereny położone między rzekami Parana i Urugwaj.</p>
<p align="JUSTIFY">Rodzina nie była zadowolona z przydzielonej im działki. Wcześniej przybyli osadnicy dostali tereny położone bezpośrednio nad rzeką, a ich gospodarstwo leżało w pewnym od niej oddaleniu. Jak się później okazało był to spory atut takiej lokalizacji. Na terenach tych nie można było prowadzić upraw znanych im z Polski, musieli nastawić się na wprowadzenie zupełnie im obcych, nieznanych upraw. Zaczęli od uprawy manioku, ale później przestawili się na herbatę i yerba mate. W tym przypadku położenie gospodarstwa w oddaleniu od doliny rzecznej było wyjątkowo korzystne, gdyż działki zlokalizowane bezpośrednio nad wodą charakteryzują się dużym wychłodzeniem przy spadkach temperatury, co niekorzystnie wpływa na plony tych używek. Zwłaszcza ostrokrzew paragwajski ma wysokie wymagania termiczne i glebowe. Aby plony były okazałe musi być wysoka wilgotność i opady powyżej 1500 mm rocznie, a temperatura powietrza nie może spaść poniżej 15 o C, najlepiej aby utrzymywała się w granicach 15 -25 o C.</p>
<p align="JUSTIFY">Co kilka zdań starsza pani podkreśla, jak bardzo jest dumna ze swojej bardzo licznej rodziny, dochowała się pięciu córek, 23 wnucząt i 3 prawnuków. Zasłuchani w te niesamowite opowieści nie zdajemy sobie sprawy, że zrobiło się już późno i najwyższa pora na kolację i poznanie pozostałej części rodziny. Zasiadamy w salonie przy dużym stole. Mamy okazję poznać żonę Miguela i dwójkę ich młodszych dzieci. Konwersacje prowadzimy w dwóch językach, gdyż najmłodsze pokolenie Skowronów nie zna już języka polskiego. Dzieci mieszkają jeszcze z rodzicami i chodzą do miejscowych szkół. Średni syn jest już studentem, wybrał kierunek, który w przyszłości może mu pomóc w zarządzaniu rodzinną firmą. Studiuje ekonomię w stołecznym Buenos Aires. Najstarszy syn Skowronów zginął w trakcie wyścigów kartingowych. Żona Miguela opowiada o swojej najbliższej rodzinie, ma cztery siostry, które mieszkają po sąsiedzku, trzy z nich wybrały za mężów Polaków, a czwarta Włocha. Rodziny często spotykają się razem, we wszystkich domach kultywowane są nadal polskie tradycje. Seniorka rodu zadbała o to, aby córki znały polskie przepisy kulinarne i aby je często stosowały. Duże rodzinne spotkania organizowane są w czasie największych świąt: Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Po kolacji wspólnie oglądamy rodzinne albumy ze zdjęciami, wiele z nich zostało wykonanych w odległej ale jakże bliskiej jego sercu Polsce. Miguel Skowron często odwiedza kraj swoich przodków, robi to zazwyczaj w sprawach handlowych. Właśnie niedawno wrócił z Poznania, brał udział w targach rolniczych, gdzie nawiązał kolejne ciekawe kontakty. Zaglądamy też do biblioteki Skowronów , większość książek i albumów jest w języku polskim. Jest okazja do posłuchania kaset i płyt z polskimi nagraniami. Z zainteresowaniem przysłuchujemy się opowieściom gospodarza o jego największej pasji, czyli o samolotach. Do niedawna latał jeszcze starym, wysłużonym 4-osobowym samolotem-awionetką, a teraz ma do dyspozycji najnowszy model Pipera. Może się wyżywać w trakcie licznych lotów sportowych, ale czasami samolot służy mu też do celów służbowych, często lata nim do Buenos Aires, gdzie ma przedstawicielstwo swojej firmy i biuro handlu zagranicznego. Z wypiekami na twarzy wspomina swoją niedawną wycieczkę do Nowego Jorku, gdzie wraz z żoną spędzili kilka niezapomnianych dni na międzynarodowej wystawie samolotów. Polecieli tam oczywiście swoim samolotem.</p>
<p align="JUSTIFY">Następnego dnia od rana zaczynamy objazd całej wielkiej, liczącej ponad 400 ha posiadłości. O sukcesie ekonomicznym Skowrona zadecydowało połączenie dwóch upraw, jego ojciec miał plantacje yerba mate, a teść plantacje herbaty. Jedziemy terenowym Chevroletem, aby w pierwszej kolejności zobaczyć uprawę „zielonego złota” czyli yerba mate. Zbiory tej używki dawno się już zakończyły. Jednak robotnicy nie próżnują , trwają właśnie zabiegi pielęgnacyjne i opryskiwanie krzewów, które chronione są w ten sposób przed szkodnikami. Trzeba zwracać na to szczególną uwagę, gdyż rośliny te są podatne na choroby i szkodniki. Z jednego dorosłego krzewu zbiera się tu około 15 – 20 kg liści rocznie. Co roku robotnicy zbierają około 8 ton tej używki, przez kilka następnych miesięcy jest ona poddawana obróbce, szczególnie ważne jest jej dobre wysuszenie. W tym celu wybudowano olbrzymie hale. Przez cały ten czas liście yerba mate kontrolowane są w laboratorium, sprawdza się czy mają odpowiednią wilgotność i smak. Po zakończeniu produkcji yerba mate pakowana jest w opakowania jedno bądź pół kilogramowe, w większości sprzedawana jest na rynku wewnętrznym, a częściowo także eksportowana jest do Peru, Chile, Boliwii i Paragwaju. Miguel opowiada nam, że Argentyna jest największym na świecie producentem tej używki. Z tego kraju pochodzi ponad 60% produkcji światowej, a ponoć powyżej 80% yerba mate zebranej w tym kraju uprawiana jest właśnie w Misiones. Obok tej prowincji ostrokrzew paragwajski uprawiany jest jeszcze w Corientes.</p>
<p align="JUSTIFY">Na sąsiednim polu możemy oglądać zbiór herbaty, tu w odróżnieniu od zbioru yerba mate prace są zmechanizowane. Kilka maszyn firmy Citroen wyjechało w pole, aby rozpocząć zbiory, które trwają kilka miesięcy od października do maja. Mniej więcej co dwa tygodnie maszyny obcinają najmłodsze pędy liści. Przy produkcji najlepszych gatunków herbat zbiór listków odbywa się ręcznie. Następnie liście muszą być dobrze wysuszone i wyselekcjonowane, służą do tego specjalne hale, do których doprowadzony jest nawiew powietrza. Później są rozcierane w specjalnych maszynach – młynach. W zależności od gatunku herbaty może być ona poddana jeszcze dalszej obróbce. Herbata zielona jest gotowa do spożycia, natomiast herbata czarna musi przejść jeszcze proces fermentacji. Na zakończenie naszej wycieczki edukacyjnej Miguel zabiera nas do swojego biura, pomimo późnych godzin popołudniowych ruch w biurze duży, pracuje wielu pracowników. Super wyposażenie biura, łączność satelitarna, dużo komputerów, co w końcu lat 8o. ubiegłego stulecia nie było takie popularne. Jest w końcu okazja, żebyśmy zdobyli trochę więcej informacji na temat ostrokrzewu paragwajskiego. Już przed konkwistą używka ta była stosowana przez Indian Guarani, którzy zamieszkiwali dorzecze rzeki Paragwaj. Początkowo używali jej w celach leczniczych, przy zwalczaniu różnorodnych chorób. Nie stosowali naparu, ale po prostu żuli liście, tak jak do dziś czynią to Indianie zamieszkujący Andy z liśćmi coca. Pozwalało to im „oszukać głód”, a dodatkowo dodawało wiele sił, energii i umożliwiało zwalczenie zmęczenia. Konkwistadorzy, a później także misjonarze szybko przekonali się do cudownych właściwości yerba mate. W misjach jezuickich rozpoczęto uprawę tej rośliny. Wcześniej Indianie zbierali liście z krzewów dziko rosnących w selwie. W gablotach wystawowych podziwiamy wiele różnych gatunków yerba mate i herbat. Yerba mate wędruje głownie do odbiorcy krajowego, gdyż w ciągu jednego roku Argentyńczycy spożywają ponad 180 milionów kilogramów tej używki. Zielona herbata Skowrona sprzedawana jest nawet do Japonii, a czarna na wiele rynków europejskich. Właściciel fabryki cały czas szuka nowych ryków zbytu, poznaje nowe technologie. Niedawno wrócił z rozmów z kontrahentami w Indiach i teraz dzieli się nowo zdobytą wiedzą ze swoją kadrą kierowniczą. Na krótko zostajemy sami, bo szef firmy musi odbyć kolejne spotkanie ze swoim sztabem kierowniczym i wydać odpowiednie polecenia, tak aby praca wszystkich zatrudnionych tu 200 osób była właściwie nadzorowana.</p>
<p align="JUSTIFY">My w pełni korzystamy z uroków argentyńskiej wiosny, jest ciepło i słonecznie więc idziemy popływać w basenie i wygrzać się w ogrodzie, liczymy też na szczęście, że uda nam się zobaczyć znów kolibra i zrobić mu w końcu zdjęcie. Jeden z pracowników firmy częstuje nas innym nieznanym nam do tej pory rodzajem yerba mate, jest to tzw. terere , czyli wersja na zimno. Przekonujemy się, że podobnie, jak ta tradycyjna też doskonale gasi ona pragnienie, niweluje zmęczenie, pozwala na lepszą koncentrację, poprawia nastrój, łagodzi łaknienie, blokując w mózgu odpowiednie receptory.</p>
<p align="JUSTIFY">Nadchodzi czas na pożegnanie, ale obiecujemy sobie kolejne spotkanie, tym razem już w Polsce, bo Miguel wybiera się na Targi Poznańskie. W drodze powrotnej mamy jeszcze odwiedzić jego biuro handlowe w Buenos Aires i zabrać do Polski dużo herbaty i yerba mate, abyśmy mogli przy nich mile wspominać wspólnie spędzone chwile, a także uraczyć naszych najbliższych i znajomych tymi wspaniałymi używkami wyprodukowanymi przez naszego rodaka w dalekim Misiones. Po kilku latach, z nieukrywaną satysfakcją przeczytałem wiadomość, że Miguel Skowron został mianowany Konsulem Honorowym RP i ma swoje biuro w Obera.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/polski-plantator-w-misiones-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Drugie narodziny RAULA NAŁĄCZA-MAŁACHOWSKIEGO</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/drugie-narodziny-raula-nalacza-malachowskiego/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=drugie-narodziny-raula-nalacza-malachowskiego</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/drugie-narodziny-raula-nalacza-malachowskiego/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 12 Sep 2012 18:40:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Z wizytą u Polaków]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=278</guid>
		<description><![CDATA[Po zakończeniu II wojny światowej los rzuca Raula Nałęcza-Małachowskiego, podobnie jak wielu innych rodaków, do Belgii. Tu zajmuje się działalnością charytatywną, niesie pomoc prześladowanym w swoich krajach: Polakom, Węgrom, Czechom. Zagrożonym represjami, procesami i zesłaniami pomaga zbiec na Zachód. W ten sposób ściąga z Węgier kilku kolegów i znajomych, ludzi sztuki: baletmistrza, choreografa. Pomaga im [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Po zakończeniu II wojny światowej los rzuca Raula Nałęcza-Małachowskiego, podobnie jak wielu innych rodaków, do Belgii. Tu zajmuje się działalnością charytatywną, niesie pomoc prześladowanym w swoich krajach: Polakom, Węgrom, Czechom. Zagrożonym represjami, procesami i zesłaniami pomaga zbiec na Zachód. W ten sposób ściąga z Węgier kilku kolegów i znajomych,  ludzi sztuki: baletmistrza, choreografa. Pomaga im odnaleźć się zawodowo, zaczynają wspólnie pracować. Nawiązują  kontakt  z Królewską Operą Flamandzką. Raul realizuje się tu jako scenograf, kostiumolog. W wolnych chwilach maluje dla Wojska Polskiego rezydującego na Zachodzi obrazy m. in. portret papieża Piusa XII. Organizuje wystawy własnych obrazów i rysunków. <a href="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7223.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-563" alt="przyjęcie w amcasadzie RP w Santiago de Chile" src="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7223-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a>Mimo tych drobnych sukcesów zawodowych, nie znajduje swojego miejsca w powojennej Europie. Obawia się o losy tego kontynentu, nie wierzy w jego stabilizację. Boi się podzielonej, dwubiegunowej Europy. Dochodzące ze wszystkich stron informacje o możliwości wybuchu nowego konfliktu zbrojnego działają na jego wyobraźnię. Podobnie jak wielu Europejczyków obawia się wybuchu III wojny światowej. Ten zły nastrój nieustannie mu towarzyszy. Toteż gdy spotyka się z ambasadorem Chile w Belgii, a ten zachęca go do wyjazdu do tego odległego, spokojnego kraju oferującego możliwość pracy, w głowie Raula zaczyna kiełkować nowa myśl. Wyjazd do oddalonego od wszelkich globalnych konfliktów kraju, oczekującego na twórców kultury, staje się  dla niego atrakcyjny. Ambasador uderza jeszcze w jeden czuły  punkt. Opowiada o Ignacym Domeyce, który w Chile przed 100 laty osiągnął wielki sukces zawodowy, stał się człowiekiem znanym i poważanym.  Raul, mimo zupełnie innej profesji, marzy by podążyć jego śladem. Ta myśl już nigdy nie opuści Nałęcza-Małachowskiego.<br />
Po kryjomu, jako przedstawiciel Królewskiej Opery Flamandzkiej, pisze list do Teatro Minicipal w Santiago de Chile, z propozycją tourne po tym kraju. Jak się okazuje jest to kolejny „strzał w dziesiątkę”. Nieoczekiwanie z Chile nadchodzi zaproszenie dla Opery. Raul wraz z całym zespołem wsiada na statek i wyrusza w długą drogę na drugą półkulę. Rejs trwa około miesiąca. Podczas jednego z postojów, w porcie w Limie, udaje się mu spotkać ze swoim krewnym, słynnym architektem Ryszardem Jaxą-Małachowskim.<br />
5. maja 1950 roku dociera do największego chilijskiego portu Valparaiso. Raul stawia pierwsze kroki na ziemi chilijskiej, która od tej chwili stanie się jego drugą ojczyzną. Po zakończeniu tourne nie wraca do Europy, pozostaje w Chile. Pierwsze miesiące pobytu w Nowym Świecie nie są dla niego łatwe. Musi się przyzwyczaić do zupełnie odmiennych warunków życia, do nowego języka, kultury, klimatu, ludzi, jedzenia…. Liczy, że wsparcie znajdzie wśród nielicznej tutejszej Polonii. Ta okazuje się wyjątkowo nieciekawa, skłócona, podzielona. Nowy emigrant nie chce wikłać się w intrygi i rozgrywki polityczne. Stawia na szybką integrację z Chilijczykami. Rozpoczyna swoją działalność zawodową związaną z tym co najbliższe jego sercu, zajmuje się szeroko rozumianą sztuką. Dostaje propozycję z YWCA, czyli Związku  Kobiet i Dziewcząt Chrześcijańskich , organizacji wystawy obrazów. Temat wystawy wyjątkowo specyficzny, mają to być obrazy przedstawiające sceny z obozów koncentracyjnych. Trzeba pamiętać, że po 1945 roku wielu hitlerowców szukających schronienia przed międzynarodowym wymiarem sprawiedliwości znalazło schronienie w Chile. Wystawa jest źle przyjęta przez Niemców, usiłują oni niszczyć dzieła namalowane przez Raula Nałęcza- Małachowskiego. Sprawą interesuje się prasa. Robi się z tego duży skandal, a popularność Raula w środowisku artystycznym Chile rośnie.<br />
Aby utrzymać się Raul musi wykonywać zajęcia przynoszące większe dochody niż malowanie obrazów. Oryginalnych pomysłów nigdy mu nie brakuje. Maluje dekoracje w restauracjach i hotelach. Doskonale wyczuwa lukę  na rynku i rozpoczyna  wytwarzanie ręcznie malowanych spódnic. Wiodącymi motywami na nich są ptaki i kwiaty. Co bardziej eleganckie i ekstrawaganckie kobiety w Santiago de Chile zaczynają nosić malowane ręcznie przez naszego rodaka spódnice.  Jego spódnice stają się prawdziwym hitem.<br />
Kolejny krok tego niepokornego, pełnego pomysłów i fantazji człowieka, to założenie teatru – kabaretu literackiego „Gato Negro”. „Czarny Kot” nawiązuje do międzywojennych tradycji polskich kabaretów i jest w Chile nową, nieznaną wcześniej formą sztuki.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7228.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-564" alt="przyjęcie na cześc Raula Nałęcza-Małachowskiego w ambasadzie RP w Santiago de Chile" src="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7228-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a>Raul, mimo licznego grona znajomych i przyjaciół, czuje się w Chile samotny, pozbawiony korzeni. Toteż raduje się, gdy w 1951 roku dołącza do niego ojciec. Generał, który podobnie jak syn nie mógł i nie chciał wrócić do Polski, do śmierci mieszkał w Chile. Wiódł spokojne życie, nie udzielał się politycznie, stronił od kontaktów z przedstawicielami ambasady PRL.  Czas poświęcał na spisywanie wspomnień i spotkania z łódzkimi znajomymi m. in. z Marianem Kwiatkowskim, późniejszym szefem Koła Polskiego imienia Jana Pawła II. Odrzucał wszelkie intratne propozycje składane mu przez przedstawicieli władz PRL, zrezygnował z  generalskiej pensji.  Zmarł w 1971 roku. Zgodnie z ostatnią wolą jego prochy  popłynęły statkiem do ojczyzny. Został pochowany na Powązkach, na Cmentarzu Wojskowym. Niestety do Polski na pogrzeb ojca nie mógł jechać Raul. Była zbyt wielka obawa, że władze PRL nie wypuściłyby go już z kraju. Po wojnie władze PRL , podobnie jak innych naszych rodaków, którzy nie powrócili do Polski, pozbawiły go polskiego obywatelstwa. Raul, jako człowiek żelaznych zasad uważa, że obywatelstwo można mieć tylko jedno. Nigdy nie przyjął innego obywatelstwa, ani belgijskiego, ani chilijskiego. W wielu momentach utrudnia mu to życie, ale ważniejsze od tego są wartości, które wyniósł z domu.  Tradycja pokoleń do czegoś zobowiązuje, tak  wychowano go w rodzinnym, bardzo patriotycznym domu.<br />
Przez długie lata Raul jest w Chile przedstawicielem polskiego rządu na emigracji.  W Chile staje się osobą coraz bardziej popularną i cenioną. Rozwija się zawodowo, podejmuje  coraz to nowe wyzwania. Pracuje jako: asystent reżysera, samodzielny reżyser, aktor, scenograf, choreograf, kostiumolog. Współpracuje z twórcami:  sztuk teatralnych, filmów, przedstawień telewizyjnych,  telenowel – tak bardzo popularnego w Ameryce Południowej gatunku. Grywa charakterystyczne role w filmach. Otwiera teatry dramatyczne w Santiago de Chile, w Valparaiso.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5568.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-560" alt="portret Chopina autorstwa Raula Nałecza-Małachowskiego" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5568-225x300.jpg" width="225" height="300" /></a>W 1970 roku, gdy rządy obejmuje socjalista – Salwador Allende, opuszcza stołeczne Santiago i przenosi  się do portowego Vina del Mar. Gdy o tym opowiada śmieje się, że chciał mieć bliżej do portu morskiego, aby w razie zagrożenia mógł szybciej i łatwiej uciec z komunistycznego kraju. Równie ironicznie opowiada o czasach gdy do władzy doszedł Augusto Pinochet. Wtedy dla Raula – twórcy sztuki, skończyły się dobre czasy. Dyktator wprowadził godzinę policyjną, która uniemożliwiła normalne funkcjonowanie teatrów i kabaretów.<br />
Lepsze czasy dla Raula i całej Polonii chilijskiej nastają po 1989 roku. W Santiago de Chile ponownie zaczyna pracować ambasada Polski. Taka z którą już można było utrzymywać  kontakty. Zaczęły się również kontakty z tak bardzo dawno niewidzianym krajem. W 1990 roku Raul jedzie do Paryża, gdzie w polskiej ambasadzie otrzymuje paszport. Po tylu latach, ten wielki patriota odzyskuje  polskie obywatelstwo. To dla niego bardzo ważny i długo oczekiwany moment w życiu, to są jego ponowne, drugie narodziny. Korzysta z nowej sytuacji i po prawie 50 latach nieobecności wraca do ukochanej Polski, do ukochanej Łodzi.<br />
Od prezydenta  Lecha Wałęsy otrzymuje ważne odznaczenie &#8211; Komandorię Polonia Restituta. Ma już wiele, wcześniej przyznanych mu przez rząd londyński odznaczeń i medali.<br />
Polska go zadziwia i szokuje. Cieszy się, że tu jest, tak bardzo długo czekał na tę chwilę. Jest tu wiele pięknych rzeczy, wspaniałych ludzi, żyją jeszcze nieliczni przyjaciele i znajomi, na spotkanie z którymi czekał tyle lat. Dostrzega też jednak brzydotę i obskurantyzm kraju w którym przez 45 lat władze sprawowali komuniści. Próbuje odnaleźć ducha  przedwojennej  Polski. Wśród tych sprzeczności dominuje jednak wielka radość z powrotu do korzeni, zrealizowanie marzenia odwiedzenia Polski. Serce znów mocnej mu bije, w głowie rodzą się myśli, a może jednak tu wrócić.<br />
W kolejnych latach zapraszany jest na różne spotkania i uroczystości. Pojawia się bardzo chętnie w Łodzi. Przyjeżdża tu na zaproszenie ówczesnego prezydenta Łodzi – Grzegorza Palki na I Światowe Spotkanie Łodzian. Były prezydent miasta gdy słyszy o jego chęci powrotu do Łodzi oferuje mu mieszkanie.<br />
Raul mimo swoich lat jest pełen werwy, twórczego zapału, młodzieńczej energii. Myśli co może zrobić dla swojego miasta, bo tak zawsze wyraża się o Łodzi. Planuje wystawy swoich obrazów, wspomina o malowaniu pejzaży współczesnej Łodzi, mówi o współpracy z łódzką filmówką i łódzkimi teatrami.<br />
Umawia się na spotkanie z marszałkiem seniorem  Sejmu RP – Aleksandrem Małachowskim, w końcu obaj noszą to samo nazwisko. Spotyka swoją przedszkolną koleżankę z Łodzi – Basię Sieradzką, córkę pierwszego dowódcy garnizonu w Łodzi z 1918 roku. Oboje od czasu ostatniego spotkania mocno się zmienili. Basia miała wtedy 8 lat, a we włosach dużą kolorową kokardę.  Barbara Sieradzka, podobnie jak jej przedszkolny kolega od ponad półwiecza mieszka w Ameryce Południowej, lecz w Brazylii w Sao Paulo. Ona także zaczyna często odwiedzać Polskę.<br />
Raul do Polski i do Łodzi powraca jeszcze kilka razy. Nie może podjąć ostatecznej decyzji, gdzie dalej żyć. Gdy jest w Polsce bardzo tęskni za Chile, gdy udaje się za ocean chciałby zaraz wracać do starej ojczyzny. Oto dylematy polskiego emigranta, wielkiego patrioty, a jednocześnie człowieka, który na każdym kroku podkreśla, jak szczęśliwe i dobre życie zaoferowało mu Chile.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF55621.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-557" alt="Raul Nałęcz-Małachowski i jego obrazy" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF55621-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a>Opis historii Raula jest wynikiem kilku spotkań z bohaterem, ostanie z nich miało miejsce w 2012 roku w Santiago de Chile. Rozmawialiśmy długo w ogrodzie i w salonie ambasady RP. Sceneria do rozmów była miła, bo ściany polskiej placówki  zdobią obrazy namalowane przez Raula Nałęcza- Małachowskiego. Przedstawia na nich królów Polski i najbardziej znane postaci rodaków: Mickiewicz, Kopernika, marszałka Piłsudskiego Mnie szczególnie przypadł do gustu portret Fryderyka Chopina. Spotkanie z Raulem to dla mnie wielkie wyróżnienie, radość, że mogę jeszcze raz z nim rozmawiać, poznać szczegóły jego bogatej, barwnej historii, uczyć się patriotyzmu. Nałęcz-Małachowski pomimo 96 lat i pewnej niesprawności fizycznej nadal jest człowiekiem bardzo aktywnym, pełnym pomysłów, wigoru, chęci życia.  Twarz jego jest pogodna, uśmiechnięta, stosunek do ludzi zawsze przyjazny.  Imponuje mi jego stosunek do młodych Polaków w Chile, odmienny od opinii znacznej części starej polskiej emigracji. Uważa, że są to już zupełnie inni ludzie niż wcześniejsze pokolenia emigrantów. Są oni dobrze wykształceni, znający języki, mający dużą wiedzę ogólną, obyci w świecie, bez kompleksów. Potrafią się poruszać po świecie, znaleźć w nim swoje miejsce.<br />
Raul cały czas pracuje, maluje nowe obrazy. Planuje, że zyski z ich sprzedaży przeznaczy na zakup kolejnego biletu lotniczego do Polski. Znów będzie mógł odwiedzić swoją ukochaną Łódź. Ponownie rzuci okiem na Pałac Bidermana, w którym spędził swoje młodzieńcze lata,  pospaceruje pięknymi alejami Kościuszki, pójdzie do Parku Poniatowskiego powspominać pierwsze randki.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7259.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-551" alt="uczestnicy wyprawy Nuevo Mundo z Raulem Nałęczem-Małachowskim w ambasadzie RP w Santiago de Chile" src="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7259-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a><br />
Ale, gdy pomimo problemów ze wzrokiem, na jedno oko zupełnie już nie widzi, a w drugim ma bardzo ograniczone pole widzenia, namaluje kolejne obrazy i sprzeda je,  zarobione pieniądze przeznaczy na zakup nowych garniturów i modnych okularów. Raul zawsze musi być elegancki i zadbany, a bilet lotniczy… No cóż znów musi malować kolejne obrazy i dalej marzyć o Łodzi.</p>
<p>Tekst i zdjęcia: Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/drugie-narodziny-raula-nalacza-malachowskiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak Zabłocki na miedzi</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/jak-zablocki-na-miedzi/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=jak-zablocki-na-miedzi</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/jak-zablocki-na-miedzi/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Apr 2012 18:40:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[Z wizytą u Polaków]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=276</guid>
		<description><![CDATA[Chile, odległy kraj, do którego zawędrowało niewielu Polaków. Polonia w Chile nigdy nie była liczna. Jednym z pierwszych rodaków w tym odległym kraju był Ignacy Domeyko. Przypłynął do niego w 1838 roku i rozpoczął pracę w Coquimbo na stanowisku profesora chemii i mineralogii. Założył tu pierwszą w Chile Szkołę Górniczą. Dziesięć lat później za swoje [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Chile, o<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6019-Kopia.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-498" alt="DSCF6019 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6019-Kopia-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a>dległy kraj, do którego zawędrowało niewielu Polaków.  Polonia w Chile nigdy nie była liczna. Jednym z pierwszych rodaków w tym odległym kraju był Ignacy Domeyko.  Przypłynął do niego w 1838 roku i rozpoczął pracę w Coquimbo na stanowisku profesora chemii i mineralogii. Założył tu pierwszą w Chile Szkołę Górniczą. Dziesięć lat później za swoje zasługi otrzymał obywatelstwo chilijskie. Doceniając zdolności organizacyjne i naukowe Domeyki zaproponowano mu stworzenie nowej uczelni i stanowisko profesora. Tworzony przez niego uniwersytet w Santiago był nowoczesną na ówczesne czasy uczelnią, wzorowaną na Uniwersytecie Wileńskim. W placówce tej przez 16 lat pełnił funkcję rektora.<br />
Swoimi pracami z zakresu mineralogii i geologii zyskał światową sławę i wielką wdzięczność Chilijczyków. Domeyko odkrył w Chile bogate złoża węgla kamiennego, pokłady złota, a także nowy minerał arsenek miedzi, nazwany później na jego cześć domejkitem. Zasłużył sobie na miano „ojca górnictwa” chilijskiego. Pamięć o nim przetrwała po dzień dzisiejszy. Jego nazwisko jest upamiętnione w wielu nazwach geograficznych w Chile: jedno z pasm górskich nazwano Cordillera Domeyco, wioskę położoną nad jeziorem Llanquihne – Pueblo Domeyko, szczyt o wysokości ponad 5.000 m n.p.m. &#8211; Cerro Domeyco.  Jest też miasto o nazwie Puerto Domeyco, w pobliżu którego działa słynne obserwatorium astronomiczne Las Campanas. Z wielkimi sukcesami pracuje w nim światowej sławy polski astronom -Wojciech Krzemiński.<br />
Skamieniałości również noszą imię naszego rodaka: nautilus Domeykus i Ammonites Domeykanus, a jedną z roślin nazwano Viola Domykana. Również jedną z niedawno odkrytych planetoid nazwano jego imieniem. W związku z przypadającą w 2002 roku 200 rocznicą urodzin naszego rodaka, UNESCO ogłosiła ten rok rokiem Domeyki.<br />
Dziś, jako o drugim Domeyce w Chile mówi się o Andrzeju Zabłockim. Co łączy te dwie postaci ? Bez wątpienia kwestie zawodowe, a także bardzo silne przywiązanie do Polski i Chile.<br />
Andrzej Zabłocki z wykształcenia jest górnikiem. W 1967 roku ukończył studia na Politechnice Wrocławskiej, na Wydziale Górnictwa i uzyskał tytuł  inżyniera. Już w czasie studiów udało mu się uzyskać  kilkumiesięczne stypendium w Finlandii. Kraj ten na tyle go zafrapował, że po ukończeniu dyplomu wyjechał do niego powtórnie. Rozpoczął tam pracę jako górnik dołowy. Okres  ten nie należał do najłatwiejszych w  jego życiu, ciężka fizyczna praca pod ziemią, brak znajomości języka. Dzień zwłaszcza  w zimie w Finlandii był wyjątkowo krótki.  Rano, gdy szedł do pracy trwała jeszcze noc, ciemno w korytarzach kopani, ciemno po wyjściu z pracy.   Z biegiem lat życie zaczęło układać się lepiej. Założył rodzinę, ożenił się z Finką Ritvą Rihijarvi, pojawiło się pierwsze dziecko Natalia. Poznał trudny język fiński  i  w końcu zmienił pracę. Znalazł ją w znanej szwedzkiej firmie „Atlas-Copco”, zajmującej się produkcją maszyn górniczych.  Aktywnie działał w Fińskim Zjednoczeniu Polaków.<br />
Po kilku latach pracy w Atlas-Copco firma w 1982 roku zaproponowała mu trzyletni kontrakt w Chile. Nad tą zaskakującą i pociągającą propozy<a href="/wp-content/uploads/2013/06/Lamparas.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-508" alt="Lamparas" src="/wp-content/uploads/2013/06/Lamparas-199x300.jpg" width="199" height="331" /></a>cją państwo Zabłoccy długo się nie zastanawiali. Zawsze ciągnęło ich w świat. Szybko podjęli  decyzję o wyjeździe na drugą półkulę. Chile od pierwszych dni urzekło całą rodzinę, szybko opanowali nowy język i podjęli wyzwania zawodowe. Było tu ciepło, słonecznie, dni były długie i pogodne. Górnictwo w tym okresie rozwijało się wyjątkowo intensywnie, były to lata rządów Augusto Pinocheta, a gospodarka tego kraju była najszybciej rozwijającą się na kontynencie. Trzy lata kontraktu minęły bardzo szybko, nie wrócili jednak do Europy. Przedłużyli swój pobyt na końcu świata, aż w końcu podjęli  decyzję, że pozostaną tu na stałe.  Nigdy tego nie żałowali. Życie w Chile im odpowiada, mogą się tu realizować zawodowo, mają dużo przyjaciół, zasady życia są proste i jasno określone, do tego dobry klimat, świetne jedzenie. Nawet do życia pod wulkanem i w strefie o bardzo dużej aktywności sejsmicznej można się przyzwyczaić.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6009-Kopia.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-499" alt="DSCF6009 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6009-Kopia-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a>Andrzej Zabłocki od początku swojej pracy zawodowej zyskał duże uznanie, jest cenionym specjalistą w zakresie górnictwa. A warto podkreślić, iż ta dziedzina życia jest podstawą gospodarki kraju. Wszak Chile to światowy potentat w wydobyciu i przetwórstwie miedzi. Szacuje się, że niespełna 30% zasobów miedzi znajduje się w tym andyjskim kraju. To tu znajduje się  8 z 20 największych kopalń tego surowca. Niedawno nasz rodak  otrzymał jedną z najważniejszych nagród przyznaną przez Stowarzyszenie Inżynierów Górnictwa, a w2008 roku przypadł mu w udziale zaszczytny tytuł „Górnika Roku” przyznawany co dwa lata przez Ministerstwo Górnictwa. Całą swoją karierę zawodową związał z firmą „Atlas-Copco” i zajmuje się sprowadzaniem  maszyn górniczych, głównie do głębinowego wydobycia rud miedzi i złota.  Cieszy się uznaniem w świecie, często bywa zapraszany na międzynarodowe konferencje i sympozja. Cały czas utrzymuje kontakt z Polską. W lipcu ubiegłego roku był jednym z referentów międzynarodowego kongresu górników miedzi  we Wrocławiu. Do miasta tego wraca bardzo chętnie, stara się przyjeżdżać często. Tu nadal mieszka jego matka, tu ma liczne grono przyjaciół jeszcze z czasów studenckich. Wrocław nie jest jego miastem rodzinnym. Przybył do niego w 1946 roku  wraz z rodzicami, jako mały chłopiec. Urodził się w Wilnie  w trakcie II wojny światowej. Jednak kilka lat później, po zakończeniu wojny został przesiedlony do Wrocławia.<br />
Równie aktywny jest na polu działalności polonijnej, od lat pełni funkcję prezesa Zjednoczenia Polskiego w Chile, aktywnie organizując życie tutejszej Polonii. Jest też vice prezesem Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych w Ameryce Łacińskiej.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5949-Kopia.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-507" alt="DSCF5949 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5949-Kopia-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a>Andrzeja Zabłockiego poznałem już prawie 20 lat temu, w 1994 roku podczas mojej pierwszej wizyty w Chile. Spotkaliśmy się wtedy na uroczystym, comiesięcznym , spotkaniu Polonii chilijskiej. Było to spotkanie organizowane przez ówczesnego prezesa Koła Polskiego im. Jana Pawła II Mariana Kwiatkowskiego, poświęcone było rocznicom : 11.Listopada oraz Powstania Listopadowego. Działające od 1982 roku Koło skupiało zdecydowaną większość chilijskiej Polonii. Zaś Andrzej Zabłocki był chyba jedynym reprezentantem drugiej polonijnej organizacji Zjednoczenia Polskiego im. Ignacego Domeyki. Organizacji, która na początku lat. 90 została reaktywowana przy pomocy ówczesnego ambasadora RP w Chile Zdzisława Ryna. Andrzej Zabłocki był jednym z jego współzałożycieli. Obie organizacje połączyły się ponad 10 lat temu, przyjmując dawną, historyczną nazwę Zjednoczenie Polskie im. Ignacego Domeyki.<br />
Gdyby Ignacy Domeyko i Andrzej Zabłocki  żyli w tym samym czasie zapewne byli by przyjaciółmi, i bliskimi współpracownikami. Ale dzieli ich prawie dwieście lat. Andrzej Zabłocki pamięta o swoim wielkim Rodaku, pielęgnuje pamięć o nim. Jedną  z pierwszych wspólnie spędzonych chwil w Santiago de Chile przeznaczyliśmy na wizytę w dawnym domu rodziny Domeyków. Znajduje się on w starej części stolicy, w dzielnicy Yungay. Murowany parterowy budynek jest niezamieszkały. Na jego froncie znajdują się cztery  tablice pamiątkowe, wszystkie poświęcone naszemu wielkiemu Rodakowi.  Ostatnia z nich, bodajże z 1995 roku ufundowana przez Zjednoczenie Polskie z okazji wizyty prezydenta Lecha Wałęsy w Chile.  Jet też mocno bulwersująca mnie tablica z 1970, na której nazwisko Domeyko jest  napisane niewiele większą czcionką niż nazwisko Ignacego Logi Sowińskiego, fundatora tablicy pamiątkowej, ówczesnego dygnitarza partyjnego i państwowego.<br />
Miejscowa Polonia od lat czyni starania, aby w tym miejscu powstało muzeum poświęcone „Ojcu chilijskiego górnictwa”. Niestety od lat prace związane z tym tematem nie posuwają się do przodu. Na przeszkodzie stoją stosunki własnościowe, nie wszyscy spadkobiercy są zainteresowani przekazaniem obiektu na cele muzealne. Nie pozostaje nic innego, jak wierzyć w dalsze skuteczne działania podejmowane przez „drugiego Domeykę” wspieranego przez miejscową Polonię. Niedawno zorganizował  spotkanie z rodziną Domeyków, w którym uczestniczyli przedstawiciele Stowarzyszenia Inżynierów Górników, które również aktywnie wspiera pomysł utworzenia muzeum.  Być może tematem tym zainteresują się również przedstawiciele polskiego KGHM, którzy w ostatnim czasie mocno inwestują na chilijskim rynku górniczym.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5904-Kopia.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-501" alt="DSCF5904 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5904-Kopia-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a>Wspólnie jedziemy do wytwornego angielskiego klubu – Club Prince of Walia, w którym Andrzej co tydzień intensywnie trenuje, dbając o sportową sylwetkę. Na wielkim, zadrzewionym, wspaniale utrzymanym  terenie znajdują się:  pola golfowe, baseny, boiska do krykieta, polo, piłki nożnej, siatkowej, korty tenisowe…. Ulubiony sport  Andrzeja Zabłockiego to tenis ziemny. Na korcie spotyka dużo przyjaciół, grą zaraził swego syna Patryka. Często grają w debla w jednej parze. W miarę możliwości przyjeżdżają do Polski, do Sopotu na Tenisowy Turniej Polonii. Najczęściej są oni jedynymi reprezentantami z całej Ameryki Południowej.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6116-Kopia.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-504" alt="DSCF6116 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF6116-Kopia-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a>Patryk, syn Andrzeja, zaprasza nas do swojej niedawno uruchomionej restauracji  ZABO, jej nazwa nawiązuje do nazwiska właściciela. Znajduje się w dobrze położonej, centralnej dzielnicy miasta, specjalizuje się w tym co najbardziej popularne i poszukiwane przez mieszkańców stolicy, czyli w kuchni japońskiej. Zjadamy pyszne sushi. Wystrój w restauracji nawiązujący do godła Japonii, na suficie duże białe abażury z czerwonymi kołami pośrodku. Jest też element związany z Polską, na ścianie wisi duży haftowany polski orzeł. W języku polskim pytam Patryka, dlaczego w restauracji są polskie elementy, a nie ma nic z Finlandii. Śmieje się i mówi, że to nie prawda, jest wódka Finlandia, a polski wystrój? Odpowiedź jest prosta, bo Ojciec jest wielkim polskim patriotą ! W domu państwa Zabłockich też nie brakuje polskich elementów. Najwięcej jest ich w gabinecie Andrzeja. Wchodzi się dosłownie na wielkie zdjęcie Jana Pawła II, tuż obok portret Marszałka Józefa Piłsudskiego namalowany przez dawnego przyjaciela <a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5896-Kopia.jpg"><img class="size-medium wp-image-500 alignleft" alt="DSCF5896 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5896-Kopia-216x300.jpg" width="213" height="296" /></a>rodziny Raula Nałęcza-Małachowskiego ( inne jego obrazy zdobią wnętrza ambasady RP w Santiago de Chile ), gdzieś schowany leży jeszcze portret Lecha Wałęsy. Ale największe zaskoczenia dla mnie to obraz wiszący w salonie. Przecieram oczy, długo patrzę, ale nie mylę się. Jest obraz z mojego miasta, z Łodzi, a na nim kościół Wniebowzięcia  NPM pod wezwaniem na Placu Kościelnym.  To dzieło innego przyjaciela rodziny Kazimierza Kędzi.<br />
<a href="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7672-Kopia1.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-506" alt="IMG_7672 - Kopia" src="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7672-Kopia1-300x216.jpg" width="300" height="216" /></a>Dziś znaczenie inżyniera Andrzeja Zabłockiego dla polskiej gospodarki może być bardzo istotne, gdyż KGHM niedawno nabyło w Chile, od kanadyjskiej firmy Quadra,  jedne z największych i najbogatszych złóż miedzi na świecie.  Pozyskanie złóż Sierra Gorda oraz Franke było największą zagraniczną inwestycją w dziejach polskiej gospodarki. W kopalniach nabytych przez polski Koncern eksploatuje się także rudy molibdenu i srebra. A mając na miejscu takiego specjalistę ……</p>
<p>Tekst i zdjęcia: Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/jak-zablocki-na-miedzi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polskie Andy</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/polskie-andy-2/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=polskie-andy-2</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/polskie-andy-2/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Apr 2012 18:25:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=234</guid>
		<description><![CDATA[Do domu państwa Gębarskich trafiliśmy, w sposób dość niesamowity. Po przyjeździe do Mendozy po prostu zatelefonowaliśmy do nieznanych nam wtedy gospodarzy przedstawiając się, że jesteśmy z Polski i mamy szczerą chęć zobaczyć kawałek Andów. Po 15 minutach oczekiwania pojawił się na dworcu starszy pan, który od pierwszej chwili obdarzył nas serdecznym uśmiechem. Zbyszek Gębarski przyjechał [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY">Do domu państwa Gębarskich trafiliśmy, w sposób dość niesamowity. Po przyjeździe do Mendozy po prostu zatelefonowaliśmy do nieznanych nam wtedy gospodarzy przedstawiając się, że jesteśmy z Polski i mamy szczerą chęć zobaczyć kawałek Andów. Po 15 minutach oczekiwania pojawił się na dworcu starszy pan, który od pierwszej chwili obdarzył nas serdecznym uśmiechem. Zbyszek Gębarski przyjechał swoim samochodem, aby zabrać nas do siebie do domu. Dom ich stoi zawsze otworem dla wszystkich przybywających tu Polaków, panuje w nim staropolska gościnność i serdeczność. Jeden z pokoi przeznaczony jest specjalnie dla gości z odległej, ale jakże bliskiej jego sercu Ojczyzny.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/843.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-526" alt="Kolacja w domu u pp.Gębarskich w Mendozie" src="/wp-content/uploads/2013/06/843-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a>Wylądowaliśmy właśnie w tym pokoju gościnnym. Zaczęły się długie Polaków rozmowy. Zbyszek szybko wyciągnął akordeon i wspaniałe miejscowe wino, atmosfera pomimo znacznej różnicy wieku i krótkiej znajomości bardzo szybko zrobiła się iście rodzinna, przyjacielska. W domu państwa Gębarskich odebraliśmy wspaniałą lekcję historii i wielkiego patriotyzmu. Na każdym kroku znajdowaliśmy najprzeróżniejsze ślady polskości, mnóstwo książek i albumów z Polski, nut, płyt i kaset<br />
z polską muzyką. Na ścianach wisiały dyplomy przyznawane przez Rząd Emigracyjny<br />
i prezydenta Rzeczpospolitej na Wychodźstwie, przez Polskie Siły Zbrojne przez Związek Polaków w Argentynie. Jest też dyplom za pomoc w budowie Domu Pielgrzyma Polskiego w Rzymie. Nie brakuje dyplomów i podziękowań od komitetów organizacyjnych wypraw andynistycznych. Wspaniałą lekturą okazuje się pękaty pamiętnik, do którego wpisują się<br />
i zostawiają swoje zdjęcia wszyscy goście, którzy odwiedzali dom państwa Gębarskich. Kogo w tym pamiętniku nie ma, same największe sławy, tu wpis Wandy Rutkiewicz, tam Kazimierza Górskiego, Kazimierza Deyny, Zbigniewa Ryna &#8230; Chętnie kreśliliśmy też w pamiętniku parę słów od siebie i obowiązkowo zostawiliśmy zdjęcia.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5261.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-534" alt="Zbyszek Gębarski w mundurze II Korpusu gen. Andersa" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5261-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a>Zbyszek był żołnierzem II Korpusu Wojska Polskiego, brał udział w kampanii włoskiej, walczył m.in. pod Monte Cassino. Po zakończeniu szlaku bojowego w Bolonii jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych nie mógł wrócić bezpiecznie do Polski. Znał już z relacji swoich kolegów, którzy podjęli ten ryzykowny krok i znaleźli się w nowej jakże innej niż ta, o którą walczyli Ojczyźnie, represjonowani i aresztowani. Znając podstawy języka włoskiego zdecydował się więc pozostać we Włoszech. Była to dla niego decyzja bardzo trudna i bolesna. Podtrzymywało go na duchu małżeństwo z młodą 17 -letnią Włoszką z okolic Padwy &#8211; Luiginą Salmin. Jednak los wystawił go na kolejną próbę. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza we Włoszech, ustawiczny brak pracy zmusił młodych małżonków do dalszej emigracji. Propozycji wyjazdu mieli wiele. Najbliżej mogli emigrować do Wielkiej Brytanii. Inne oferty związane były już z odległymi kontynentami: Australią lub Ameryką Północną. Gębarscy wybierali jednak jeden z najbogatszych w tym czasie krajów na świecie Argentynę, do której przybyli w końcu lat 40-tych, z zamiarem przeczekania kilku lat, aż poprawi się sytuacja ekonomiczna we Włoszech. Początkowo osiedlili się w stołecznym Buenos Aires, Zbyszek jako muzyk grał w kilku zespołach, założył także swój własny, w którym grał na perkusji oraz puzonie. Zespół grał na przyjęciach u stołecznych elit finansowych. Jednak losy rzuciły ich dalej w głąb kraju, do podnóża Andów, do Mendozy. Dołączyli tu do innych Polaków, którzy kilka lat wcześniej zaczęli tworzyć historię polskiego wychodźstwa w Mendozie.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5249.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-532" alt="odznaczenia Zbyszka Gębarskiego za walki we Włoszech" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5249-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a> Podobnie jak Zbyszek ludzie ci rekrutowali się z formacji Polskich Sił Zbrojnych. Była to specyficzna grupa, charakteryzująca się wysokim stopniem uświadomienia politycznego i obywatelskiego, większość z nich posiadała wykształcenie zawodowe. Reprezentowali oni wszystkie warstwy społeczne, duży odsetek stanowili inżynierowie, architekci, lekarze, prawnicy oraz rzemieślnicy. Ze względu na wysokie kwalifikacje zawodowe oraz swoją postawę Polacy szybko zyskali uznanie wśród mieszkańców Mendozy, co w znacznym stopniu ułatwiło i przyspieszyło ich asymilację. Już pierwsze lata pobytu polskich emigrantów w Mendozie przyniosły im wielkie osiągnięcia na polu zawodowym.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/851.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-528" alt="Reprezentacji Polonii z Mendozyzy" src="/wp-content/uploads/2013/06/851-201x300.jpg" width="201" height="300" /></a><a href="/wp-content/uploads/2013/06/842.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-525" alt="Sklep Gębarskich w Mendozie" src="/wp-content/uploads/2013/06/842-300x196.jpg" width="300" height="196" /></a>Zbyszek wraz z Luiginą od lat są właścicielami niewielkiego sklepu spożywczego. Nad wejściem do niego zawieszona jest ogromna biało – czerwona tablica z napisem POLONIA oraz godłem narodowym &#8211; orłem w koronie. Zbyszek jest dumny ze swego pochodzenia i na każdym kroku podkreśla, że jest Polakiem. Udało mu się także zaszczepićmiłość do Polski w żonie, tak że czuje się ona bardziej Polką niż Włoszką, chociaż nigdy nie była w dawnej ojczyźnie swego męża. Luigina bardzo aktywnie działa w Związku Polaków. Państwo Gębarscy mają jedynego syna Ricarda, nie zna on już niestety języka polskiego, lecz jego córka mała Ola, dla której dziadek miał więcej czasu wolnego ładnie mówi po polsku i chętnie śpiewa polskie piosenki.</p>
<p>Mamy szczęście, że w czasie naszego pobytu w Mendozie organizowane jest święto, w trakcie którego prezentowana jest kultura i tradycje różnych narodowości zamieszkujących ten region Argentyny. Polska reprezentowana jest przez małą Olę Gębarską, a także mocno śniadego młodziana ubranego w strój krakowski. Okazuje się, że jest to Polak &#8211; wnuk jednego z nieżyjących już kolegów Zbyszka, żona jego, także Włoszka dba o to aby, zgodnie z zaleceniami swojego męża wychować wnuczka w duchu polskim. Dzięki takim ludziom można mieć nadzieję, że polska tradycja u podnóża sięgających nieba Andów pozostanie jeszcze długo żywa. Mała, czteroletnia Ola jest dumna ze swojego pięknego stroju krakowskiego. Jest to prezent otrzymany od jednej z polskich wypraw wysokogórskich, w podziękowaniu za serdeczność jaka ją spotkała, ze strony dziadków Oli.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5151.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-539" alt="W zbiorach poslskiej biblioteki znajdują się zdjęcia z wyprawy z lat 1933/34" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5151-300x225.jpg" width="300" height="225" /></a>Śladów polskości w najbliższej okolicy jest znacznie więcej, wszak jedna z pierwszych wypraw na najwyższy szczyt kontynentu Aconcaguę była organizowana właśnie przez Polaków. To do odległej Argentyny zorganizowano pierwszą polską pozaeuropejską wyprawę wysokogórską. Wśród jej uczestników znaleźli się najlepsi wspinacze: Konstanty Jodko-Narkiewicz, który pełnił funkcję kierownika oraz Stefan Daszyński, Adam Karpiński, Wiktor Ostrowski, a także Stefan Osiecki – filmowiec i Jan Dorawski – lekarz. Na przełomie 1933 i 1934 roku wspinacze zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Tatrzańskim weszli na ten najwyższy na kontynencie szczyt nową, trudną drogą, prowadzącą przez wschodni lodowiec. Od tego czasu nosi ona nazwę “Droga Polaków”, zaś zdobyte przez nich lodowce noszą nazwę “Lodowiec Polaków” bądź od nazwisk uczestników ekspedycji. Są to Lodowiec Ostrowskiego i Lodowiec Karpińskiego. Wyprawa trwała długo, ponad pół roku i w jej trakcie polscy wspinacze penetrowali różne części Andów. Poza Aconcaguą udało się im zdobyć jeszcze pięć dziewiczych 6-tysięczników, w tym czwarty co do wysokości szczyt kontynentu – Mercedario 6.770 m n.p.m., położony w Cordillera de la Ramada.</p>
<p align="JUSTIFY">Jeden z 6000-tysięcznych wierzchołków odkrytych przez uczestników wyprawy nosi dziś nazwę Szczytu Polskiego &#8211; El Pico Polaco. Nie został on wtedy zdobyty przez Polaków, wejście na ten dziewiczy szczyt uniemożliwił im spadający kamień, który zranił jednego z uczestników wyprawy. Polscy andyniści nazwali go wtedy „N” – czyli szczyt nieznany. Obecną nazwę tej górze nadali argentyńscy andyniści, którzy zdobyli ją w 1958 roku a na szczycie poza banderą argentyńską pozostawili też polską flagę.</p>
<p align="JUSTIFY">Osiągnięcia sportowe i badawcze tamtej wyprawy z lat 30-tych odbiły się szerokim echem w całej Argentynie. W wielkiej monografii „Historia del Aconcagua” jeden z rozdziałów poświęcony jest polskiej ekspedycji, a kończy go zdanie „<i>Wyprawa polska na Aconcaguę jest wzorem organizacji pod każdym względem, a więc zastosowanego ekwipunku, rozpoznania dróg, kalkulacji czasu i rozłożenia wysiłku”.</i> O losach tej wyprawy piękną książkę napisał jeden z jej uczestników Wiktor Ostrowski. Polski tytuł ksiązki „Wyżej niż kondory”. Książka doczekała się licznych wydań w języku polskim i hiszpańskim „Mas alto que los condores”. Obie wersje językowe ksiązki znaleźć można w bogatej biblioteczce Gębarskich.</p>
<p align="JUSTIFY">Ale ślady polskie w nazewnictwie andyjskim to ni tylko pokłosie wypraw lat 30. Jeden ze szczytów o wysokości ok. 5.100 m n.p.m. nosi bliską naszemu sercu nazwę Polonia Milenaria &#8211; Milenium Polski. Został on zdobyty po raz pierwszy przez młodych polskich harcerzy z Argentyny w roku 1966<span style="color: #ff0000;">,</span> w trakcie obozu nazwanego „Tatry I”. Jego organizatorami, poza harcerzami ze stolicy Argentyny, byli młodzi polscy andyniści z Mendozy i Związek Polaków w Mendozie. Zdobywcy wnieśli na szczyt biało-czerwony proporczyk, a także ziemię przywiezioną z Polski z grobu harcerzy poległych w Powstaniu Warszawskim.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5169.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-530" alt="Jeden z uczestników harcerskich obozów Hanryk Kozłowski i jego mapa" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5169-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p align="JUSTIFY">Górska aktywność polskich harcerzy rozpoczęła się w połowie lat 60-tych, gdy hm. Wacław Blicharski zaczął organizować letnie obozy w Andach. Pierwszy z nich zorganizowany przez 4 Męską Drużynę Harcerską im. A. Małkowskiego z dzielnicy wielkiego Buenos Aires – Quilmes odbył się w okolicach Cordoby. Pozwolił on na zdobycie niezbędnego doświadczenia oraz przetestowanie sprzętu. W lecie 1968 roku ta sama grupa harcerzy wyjechała na obóz w pasmo Puntas Negras, gdzie dokonała wejść na szczyty o wysokości ponad 4.000 m n.p.m. Efektem tych obozów było powołanie we wrześniu 1968 roku Harcerskiego Klubu Andynistycznego. Członkowie jego planowali już kolejne wyprawy, mające na celu zdobycie dziewiczych szczytów i nadanie im nazw związanych z Polską. Prawodawstwo argentyńskie zezwala, aby wszyscy zdobywcy dziewiczych szczytów leżących powyżej wysokości 5000 m n.p.m. mogli im nadać zaproponowane przez siebie i następnie zatwierdzone przez władze nazwy. Wielokrotnie skorzystali tej okazji młodzi Polacy. W 1969 roku dla uczczenia 25-tej rocznicy bitwy pod Monte Cassino zorganizowano kolejny obóz nazwany tym razem „Tatry II”, rozpoczął się on 10 stycznia w rejonie Cordillera de Santa Clara. Od samego początku młodzi Polacy zdobywali dziewicze szczyty. Pierwszy z nich o wysokości 5.070 m n.p.m. nazwano Generał Teofil Iwanowski, na cześć powstańca wielkopolskiego, który następnie wyemigrował do Argentyny i brał udział w walkach przeciw miejscowym dyktatorom, a także w wojnie z Paragwajem, gdzie za wybitne zasługi przyznano mu stopień generała. Ojciec Teofila Iwanowskiego był Niemcem, matka Polką, on zaś czuł się i deklarował wszędzie polską narodowość.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5497.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-543" alt="widok na poskie szczyty w Andach" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5497-300x225.jpg" width="300" height="225" /></a></p>
<p align="JUSTIFY">Kilka dni później 14 stycznia różne zespoły andynistów zdobyły kolejne dwa dziewicze szczyty, ten o wysokości 5.370 m n.p.m. nazwano „Tatry II”, zaś o wysokości 5.220m n.p.m. „Monte Cassino”. Młodzi uczestnicy ekspedycji zostawili na szczycie polski proporczyk, ziemię przywiezioną z Polski i spod Monte Cassino oraz Krzyż Monte Cassino, a także Krzyż Harcerski. W kolejnych dniach wyprawa przeniosła się w rejon Cordon del Portillo, jej uczestnicy chcieli dokonać kolejnego wejścia na Polonia Milenaria, lecz wyjątkowo niesprzyjające warunki pogodowe pokrzyżowały ich plany. 25 stycznia udało się zdobyć następny dziewiczy szczyty położony w łańcuchu górskim Cordon de Pomez , który od tego momentu nosi nazwę „Generał Bór – Komorowski”. Cele wyprawy zostały osiągnięte, lecz do pełni szczęścia zabrakło pomyślnego zakończenia całej eskapady. To właśnie podczas zejścia z tej ostatniej góry w pobliżu przełęczy Manantiales zaskoczyła grupę kamienna lawina, która pogrzebała jednego z uczestników eskapady, młodego druha Marka Gaińskiego. Dla upamiętnienia tej tragedii towarzysze wyprawy postawili w tym miejscu duży żelbetonowy krzyż. Od tego czasu miejsce to nazywane jest Tumba del Polaco, czyli Grób Polaka. Koledzy Marka, uczestnicy wyprawy wracali w to miejsce jeszcze wielokrotnie, aby odszukać ciało zaginionego przyjaciela. Niestety poszukiwania te nie przyniosły spodziewanych rezultatów.</p>
<p>W sercach miejscowej Polonii od razu zrodziła się myśl, aby w pobliżu tego miejsca wybudować schronisko – pomnik ku czci dh Marka Gaińskiego.</p>
<p>Członkom Związku Polaków z Mendozy udaje się otrzymać bezpłatnie działkę nazywaną Quebrada o powierzchni ponad 10 tys. m <sup><span style="font-size: xx-small;">2 </span></sup>na której ma stanąć przyszłe schronisko. Jest to miejsce wyjątkowo urokliwe, z piękną panoramą na wysokie andyjskie szczyty.<br />
W pobliżu znajduje się duży obszar leśny co jest zupełnie niespotykane w tej strefie klimatycznej. Był on tu zasadzony jeszcze przez rodzinę <a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5378.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-545" alt="Polskie schronisko druha Marka Gaińskiego w Andach" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5378-300x225.jpg" width="300" height="225" /></a>włoskich emigrantów Mosso, wcześniejszych właścicieli terenu. Główną przeszkodą w szybkim wzniesieniu tego obiektu był brak właściwych funduszy. Pierwsze pieniądze na budowę schroniska pochodziły oczywiście od rodaków mieszkających w Argentynie , a pierwszym darczyńcą był Stefan Dyk. Powołano komitet budowy na czele, którego stanął ówczesny prezes Związku Polaków w Mendozie Mirosław Zaręba, był w nim również Zbigniew Gębarski.Za plany konstrukcyjne oraz zabezpieczenie materiałów odpowiadał inż. Władysław Ruchaj.</p>
<p align="JUSTIFY">W celu pozyskania dalszych pieniędzy Związek Polaków wydał okolicznościowe cegiełki, były one kupowane przez Polonię z całej Argentyny, liczne harcerskie organizacje polonijne działające w różnych krajach. W 1972 roku udało się uruchomić pierwszą kondygnację schroniska. Przy jego budowie starano się nawiązać do typowej architektury z Podkarpacia. Przy głównym wejściu zlokalizowano niewielki daszek wsparty na kolumnach. Wokół schroniska posadzono kilka typowych dla Polski gatunków drzew<br />
i krzewów. Są tu modrzewie, dęby, lipa, brzoza, a nawet krzewy malin. Są też jednak elementy typowo argentyńskie, miejsce na duży rożen, na którym przygotowuje się wspaniałe asado tj. krwistą wołowinę pieczoną na ruszcie. W środku schroniska same polonica: wizerunek Ojca Świętego, popiersie marszałka Piłsudskiego, wiele wyrobów ludowych. Z okien schroniska widać “polskie szczyty” Krakus i Polonia Milenaria. I w ten sposób, w dalekiej Argentynie, w odległych Andach można znaleźć kawałek Polski. W centralnych Andach nieopodal Mendozy , około 130 km od niej od prawie 40 lat funkcjonuje polskie schronisko wysokogórskie im. dh Marka Gaińskiego, położone jest na wysokości ok. 2.100 m n.p.m. Schronisko to stanowi własność Związków Polaków w Mendozie. Z obiektu tego mogą bezpłatnie korzystać wszyscy Polacy zarówno ci mieszkający w Argentynie, jak i przybywający z odległej Ojczyzny.Bezpośrednio odpowiedzialnym za funkcjonowanie schroniska uczyniono Zbigniewa Gębarskiego.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7114.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-538" alt="Gabriel i Ricardo Gębarski wraz z Jarosławem Fischbachem" src="/wp-content/uploads/2013/06/IMG_7114-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>Schronisko trafiło w najbardziej odpowiednie ręce, człowieka, który miał bardzo ciepły<br />
i życzliwy stosunek do ludzi oraz doskonale rozumiał wszystkich wyruszających na andyjskie ścieżki górskie. Przez długie lata wraz ze swoją żoną Luiginą opiekował się schroniskiem, dbał o jego rozbudowę i właściwą atmosferę. Po nagłej śmierci Zbyszka w 24 września 1992 roku, opiekę nad schroniskiem objęła Luigina. A dziś, kiedy od kilku miesięcy nie żyje już Luigina, schroniskiem zawiaduje syn Zbyszka i Luiginy – Ricardo, któremu pomaga jego syn Gabriel.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5410.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-537" alt="sala noclegowa w polskim schronisku" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5410-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/polskie-andy-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Święta i Nowy Rok pod Krzyżem Południa</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Mar 2010 16:41:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=811</guid>
		<description><![CDATA[Od bardzo wielu lat marzyłem o podróży na południowy kraniec Ameryki Południowej, o dotarciu do legendarnej Patagonii i na Ziemię Ognistą. Ta wyjątkowo surowa, a często nawet niedostępna i niegościnna kraina pociągała mnie wspaniałymi krajobrazami. To przecież tu znajdują się jedne z najpiękniejszych na globie szczytów górskich, słynne ściany i iglice Torres del Paine, Fitz [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Od bardzo wielu lat marzyłem o podróży na południowy kraniec Ameryki Południowej, o dotarciu do legendarnej Patagonii i na Ziemię Ognistą. Ta wyjątkowo surowa, a często nawet niedostępna i niegościnna kraina pociągała mnie wspaniałymi krajobrazami. To przecież tu znajdują się jedne z najpiękniejszych na globie szczytów górskich, słynne ściany i iglice Torres del Paine, Fitz Roya, Cerro Torre.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/P1100890.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-818" alt="parnorma Cerro Tore" src="/wp-content/uploads/2010/03/P1100890-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a> U ich podnóża najpiękniejsze z górskich jezior, a także olbrzymie, ciągle rosnące lodowce górskie. No i „miasto na końcu świata”, najdalej na południe wysunięta osada, słynna Ushuaia. Do tego jeszcze rejs statkiem po wąskich kanałach i cieśninach, a także najpotężniejszych na świecie fiordach, podziwianie dziewiczej przyrody.  W końcu marzenia się spełniają i  w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia wylatujemy do Santiago de Chile. Pierwsze zdziwienie już na Okęciu, które w świąteczne popołudnie jest zupełnie puste. Takiego lotniska jeszcze nie widziałem, tylko gdzieniegdzie przemykają pojedynczy pasażerowie. Tablice przylotów i odlotów prawie puste !</p>
<p>Lecimy poprzez Zurych do Santiago de Chile. Lot łącznie z przesiadkami trwa trochę ponad 20 godzin. Przeżywam, a właściwie przesypiam jedną z najdłuższych w życiu nocy, bo lecąc na zachód cały czas cofamy wskazówki zegarka i noc jest znacznie dłuższa niż normalnie. Rano tuż przed lądowaniem z okien samolotu obserwuję niezapomniany widok na najwyższy szczyt kontynentu – prawie 7-tysięczną Aconcaguę, na stokach której już byłem. Odżywają dawne wspomnienia.  Ostre, nieprzyjemne lądowanie w stolicy Chile, gdyż piloci w krótkim czasie muszą sprowadzić samolot ze znacznej wysokości, wszak lecieliśmy nad najwyższymi szczytami Andów.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/DSCF5732.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-824" alt="Katedra w Santiago de Chile" src="/wp-content/uploads/2010/03/DSCF5732-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>Zamierzamy jak najszybciej dotrzeć na południe kraju.  Możliwości połączeń pomiędzy Santiago, a odległym o ponad 1000 kilometrów Puerto Montt  jest wiele. Można polecieć samolotem, pojechać pociągiem lub skorzystać z jednego z kilkunastu połączeń autobusowych.  Ze względów ekonomicznych i strategicznych wybraliśmy nocne połączenie autobusowe. Nie traciliśmy dnia na przejazd i nie musieliśmy dodatkowo płacić za nocleg.  Do wyboru mieliśmy ofertę kilku różnych przewoźników obsługujących kursy na tej trasie.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC280187.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-819" alt="komfortowe chilijskie autobusy" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC280187-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a> Standard autobusów w Ameryce Południowej jest o wiele klas lepszy niż w Europie, pojazdy są bardzo wygodne, siedzenia duże, bardzo dobrze wyprofilowane, rozstawione nie tak gęsto jak u nas, a do tego doskonała obsługa stewardów, projekcie filmów, możliwość słuchania muzyki i to na kilku kanałach. Serwowane są posiłki, jest stały dostęp do kawy i herbaty. Poszliśmy na całość i zafundowaliśmy sobie przejazd w wersji sypialnej, udało się nam bo trafiliśmy na świąteczną promocję. Główne drogi w Chile są doskonale utrzymane, prawie cały czas jechaliśmy słynną Panamericaną. Jest to droga, która prowadzi wzdłuż zachodnich wybrzeży obu Ameryk, rozpoczyna się na Alasce, a kończy w Patagonii, ma 25.750 kilometrów długości. Przejazd ponad 1.000 km zajął nam 12 godzin !!!!</p>
<p>Puerto Montt, to niezbyt wielkie miasto, ważny port i brama wjazdowa do Patagonii. Miasto położone u podnóża dwóch wysokich wulkanów: wyższego Osorno – 2.652 m npm i niższego Calbuco – 2.002 m npm. Oba stożki są pokryte śniegiem, a niższy z nich ma wyraźnie rozerwaną kalderę, jest to efekt ostatniej erupcji, która miała miejsce kilka miesięcy wcześniej. Poprzednio byłem tu 15 lat wcześniej, od tego czasu miasto zmieniło swoją fizjonomię. Pamiętałem Puerto Montt, jako bardzo kolorowe miasto małych, drewnianych domów. Miało swój niezapomniany klimat.  Życie toczyło się wolnym, tempem, nikt się nie spieszył. Przy nabrzeżu cumowały małe łodzie rybaków. Bezpośrednio od nich można było nabyć świeże ryby i owoce morza.  Dziś miasto znacznie się rozrosło i wzbogaciło, głównie na połowie łososi. Wybudowano tu już kilka wysokich budynków, w których ulokowały się banki i drogie hotele. Powstała nowa nadoceaniczna promenada spacerowa.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC280214.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-820" alt="owoce morza w połączeniu z chilijskim winem smakują doskonale" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC280214-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>Po zwiedzeniu miasta, mając wolne popołudnie pozwalamy sobie na ucztę kulinarną. W Puerto Montt dużym porcie rybackim zjeść można doskonałe ryby i owoce morza, ale najbardziej znaną potrawą jest courantos. Jest on serwowany w większości tutejszych restauracji, ale my idziemy do portowej malutkiej knajpki, gdzie są zaledwie dwa stoliki i zamawiamy ten miejscowy specjał. Po dość długim oczekiwaniu dostajemy na stół duży, kopiasty talerz, a w nim: wielkie małże, żeberko wieprzowe, solidny kawałek kiełbasy, kurczaka, a do tego placki ziemniaczane i zbożowe, ostry sos i duże kawałki cytryny do wyciśnięcia. Wygląda smakowicie, już zaczynamy się dzielić tą porcją, a tu stole lądują kolejne talarze. Dla każdego z nas jest przygotowana taka solidna porcja. Zamawiamy więc duży dzban, dobrego chilijskiego wina i rozpoczynamy naszą ucztę, która trwała dość długo.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC290314.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-822" alt="przedb wejściem na prom słuchamy muzyki" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC290314-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a>Kolejne dni to wymarzony od bardzo dawna, wspaniały i niezapomniany rejs statkiem po kanałach i fiordach południowego Chile. Płyniemy z Puerto Montt do Puerto Natales. Rejs trwał trzy i pół doby, przepłynęliśmy ponad 1.400 kilometrów. Mogliśmy podziwiać wspaniałe szczyty Andów, liczne spływające bezpośrednio do Oceanu Spokojnego lodowce górskie, głęboko wcięte fiordy, mniejsze i większe wyspy. Podróż była luksusowa, ale na jej rozpoczęcie musieliśmy trochę poczekać. Prom przypłynął do portu we wczesnych godzinach rannych, wysiedli z niego turyści, którzy przypłynęli z Puerto Natales.  Po kilkunastu minutach z dużym zdziwieniem obserwowaliśmy „ucieczkę oceanu” , czyli rozpoczął się odpływ i nasz prom gwałtownie osiadł na mieliźnie. Dopiero późnym popołudniem mogliśmy wypłynąć z portu. Zaraz po zaokrętowaniu na  „Ewangeliście” wszystkich turystów wita kapitan i cała załoga statku. Do naszej dyspozycji, ponad 130 pasażerów, ze wszystkich poza Afryką kontynentów,  jest dwójka młodych ludzi, pełnią oni rolę przewodników –pilotów, pomagają we wszelkich kwestiach organizacyjnych, prowadzą wykłady i zajęcia. Szczególnie do gustu przypada nam młoda dziewczyna, która podobna jest do Penelope Cruz i taką otrzymuje od nas ksywę.  Nasza kajuta znajduje się na środkowym pokładzie, tuż obok dużej sali jadalnej. W trakcie całego rejsu zapewnione mamy trzy posiłki dziennie, obowiązuje samoobsługa, a posiłki wydawane są w dwóch turach. Na górnym pokładzie kawiarnia i świetlica.</p>
<p>Czas płynął wyjątkowo szybko, bo atrakcji było co nie miara. Zmieniały się krajobrazy,  na skalistych wyspach mogliśmy obserwować kolonie pingwinów, bądź lwów morskich. Największą ich kolonię widzieliśmy w wąskim ,głęboko wciętym fiordzie Elefantes. Obok burty statku przepływały delfiny, a kapitan dostrzegł nawet wieloryba, który ponoć wyrzucał do góry wielki pióropusz wody. Mimo wytężania wzroku nam nie udało się zobaczyć tego olbrzymiego ssaka. Pogoda była zmienna i kapryśna, byliśmy na to przygotowani. Nie zaskoczyła nas , wiedzieliśmy, że patagońskie lato może być bardzo dżdżyste.  Bywały chwile z pięknie świecącym słońcem lecz dominowały niestety godziny z opadami  deszczu, a nawet deszczu ze śniegiem. Cały czas wiał bardzo silny wiatr.  Do czekających nas atrakcji byliśmy dobrze przygotowani, codziennie organizowane były prelekcje, spotkania i prezentacje filmów o lodowcach, fiordach, zwierzętach, mijanych parkach narodowych.  Wszystkie one prezentowane były w dwóch wersjach językowych, po hiszpańsku i angielsku, podobnie jak dziennik „Evagelistas News”, który codziennie rano dostarczano nam do kajuty.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/IMG_6564.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-816" alt="kolorowe góry lodowe" src="/wp-content/uploads/2010/03/IMG_6564-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Po dwóch dobach rejsu dostrzegliśmy w końcu pierwszą i jak się później okazało jedyną, w trakcie całej podróży osadę – Puerto Eden. Mieszka w niej zaledwie stu kilkudziesięciu mieszkańców, są to żołnierze strzegący bezpieczeństwa chilijskich wybrzeży, ich rodziny, rybacy oraz hodowcy małż. Wydaje się, że życie mają niezbyt ciekawe, kontakt ze światem sporadyczny. Oczekiwali na nasz statek, który przywiózł dla nich trochę prowiantu: warzywa, mięso, wędliny. Nie zawijaliśmy do malutkiego portu, na powitanie nas wypłynęło kilka niewielkich łódek. Odbiór całej przesyłki trwał niespełna kwadrans i mieszkańcy Puerto Eden pozostali znów zupełnie sami.</p>
<p>Przed nami jedna z głównych atrakcji rejsu, dopływamy do Fiordu Eyra, do którego spływa jeden z największych na kontynencie lodowców górskich – lodowiec Pio XI. Pomimo kiepskiej pogody, niebo mocno zachmurzone i pada deszcz za śniegiem, widać go z daleka. Jego zwiastunami są pływające po oceanie kry i góry lodowe. Wszyscy pasażerowie są na zewnątrz i z różnych pokładów oglądają to wspaniałe dzieło przyrody. Ze statku opuszczono dwie szalupy i marynarze podpłynęli pod czoło lodowca, do jednej z gór lodowych i przywieźli jej solidny kawałek. Mogliśmy go później dodawać do whisky i pisco.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC310546.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-823" alt="lodowce spływają bezpośrednio do oceanu" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC310546-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a>Kilka razy udało się nam dotrzeć na mostek kapitański i z tej perspektywy obserwować trasę naszego rejsu, oglądaliśmy dokładne mapy rejsu, na nich zaznaczone były głębokości oraz ukształtowanie dna oceanu. Czytaliśmy nadchodzące komunikaty o stanie pogody. Wcześniej niż pozostali pasażerowie dowiedzieliśmy się, że po wyjściu na otwarty ocean czeka nas lekki sztorm. Fale dochodziły do wysokości 2,5 – 3,5 metrów i wiał wiatr o sile 6° Beauforta. Te lekkie niedogodności wynagrodził nam piękny wieczór i wspaniały teatr przyrody, który dane nam było przeżyć. Trochę po zachodzie słońca, późno, bo około 23-ciej, gdy słońce skryło się już za widnokręgiem na nieboskłonie pojawiła się niesamowita poświata. Ten wąski  pas nieba o intensywnej barwie czerwono-pomarańczowej  rozdzielał  czerń pozostałej części nieboskłonu od ciemnej zieleni wód oceanu.</p>
<p>Na statku żegnaliśmy Stary Rok i witaliśmy Nowy. Ze względu na różnice czasu pomiędzy Polską, a Chile mogliśmy to uczynić dwukrotnie. Pierwszy raz wznieśliśmy toast, gdy u nas na statku było jeszcze zupełnie jasno, o godzinie 20.00  ale w Polsce wybiła właśnie północ. Myślami byliśmy wtedy z naszymi najbliższymi, a po kolejnych 4 godzinach, tym razem zgodnie z miejscowym czasem wypiliśmy kolejną lampkę szampana. Na statku, w trakcie sylwestrowej dyskoteki, bawiliśmy się w gronie międzynarodowym, byli m.in. Chilijczycy, Argentyńczycy, Japończycy, Żydzi, Rosjanie, Czesi, a także inni Polacy. O północy wszyscy spotkaliśmy się na górnym pokładzie, wznieśliśmy tu noworoczny toast, składaliśmy sobie wzajemnie życzenia. Wśród nich dominowały życzenia, aby kolejne lata zaczynały się w równie egzotycznej scenerii. Na bezchmurnym niebie nad głowami mogliśmy podziwiać Krzyż Południa. A ku naszej radości kapitan statku wystrzelił w niebo kilka kolorowych rac. Zabawa  nietrwała dla nas zbyt długo, bo już następnego dnia, w Nowy Rok około południa dobijaliśmy do celu, do Puerto Natales i chcieliśmy być w dobrej formie fizycznej. Rano w Nowy Rok z pokładu naszego „Ewangelisty” podziwiamy potężne, strzeliste iglice i wieże szczytów w Parku Narodowym Torres del Paine, do których za kilka godzin dotrzemy.</p>
<p>Tu w Puerto Natales zaczyna się nasza kolejna przygoda, kilkudniowy trekking po Parku Narodowym Torres del Paine.  Nie tracąc ani chwili czasu, jedziemy w góry i już wczesnym popołudniem  jesteśmy  przy Laguna Amarga – jeziorze, które jest bramą wjazdową do parku narodowego. Dostajemy się  tu małym busem, jedziemy głównie drogami szutrowymi, przy których podziwiamy wspaniałej, dzikie wikunie,  udaje się nam też dostrzec papugi. Jesteśmy zaskoczeni, że żyją one w tym ostrym klimacie. Od obsługi busa dowiadujemy się, że są to gwaruby, czyli gatunek którego siedlisko jest wysunięte najdalej na południe. Przejeżdżamy przez tak wąskie mostki na górskich potokach, że kierowca musi składać oba boczne lusterka, aby nie zawadzić nimi o barierki. Podróż nasza kończy się na dużym parkingu przy nowo wybudowanym kompleksie hotelowym Hosteria Las Torres. Jest to obiekt wybudowany w stylu alpejskim, dla turystów z zasobnymi portfelami. Można tu wynająć konie i dojechać na ich grzbietach do schroniska Chilieno celu dzisiejszej naszej wędrówki.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/P1020846.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-817" alt="Torres del Paine" src="/wp-content/uploads/2010/03/P1020846-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>My jednak po kilku dniach lenistwa na promie wybieramy wariant pieszej wędrówki. Z wielką ochotą zakładamy plecaki i rozpoczynamy swoja pierwszą, na tym wyjeździe andyjską przygodę. To co nas zaskakuje to brak na szlakach samotnych turystów. Przepisy poruszania się po Parku Narodowym Torres del Paine zabraniają indywidualnych wyjść w góry.   W tym dniu pogoda nam jeszcze dopisuje, jest ciepło, widoczność doskonała. Już niedługo będziemy mieć okazję poznania kapryśnego patagońskiego lata, temperatura wtedy spadnie do zaledwie kilku stopni powyżej zera, zaczną się bardzo intensywne opady deszczu i deszczu ze śniegiem, a wiatr będzie nas przyginał do ziemi.</p>
<p>Na razie jednak cieszymy się wspaniałym pierwszym dniem nowego roku, mamy nadzieję, że jest zwiastunem dobrego roku. Nawet nie zauważamy jak szybko podchodzimy doliną Ascensis  do  pierwszego naszego punktu noclegowego – schroniska Chileno. W schronisku duży tłok, jest pełnia sezonu. Okazuje się, że uczyniliśmy bardzo rozsądnie rezerwując wcześniej miejsca noclegowe. Czekały na nas ostatnie wolne łóżka, a w zasadzie prycze i to rozlokowane na …. czterech poziomach. W schronisku komplet gości, zajmujemy ostatnie wolne miejsca do spania. W sali jadalnej duży tłok, nie ma już wolnych miejsc. Kolację konsumują tylko ci, którzy ją wcześniej zarezerwowali, dla nas nie ma już wolnych miejsc. Długie drewniane stoły ładnie nakryte, ozdobna zastawa, piękne wielkie kieliszki do wina, lecz dzisiaj to wszystko nie dla nas. Szybko uczymy się tutejszych reguł i następnego wieczoru też będziemy czcić udany dzień dobrą kolacją i jeszcze lepszym chilijskim winem.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
