<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>PolskimSzlakiem.pl &#187; W Górach</title>
	<atom:link href="/category/moje-podroze/tematy/w-gorach/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://polskimszlakiem.pl</link>
	<description>PolskimSzlakiem.pl</description>
	<lastBuildDate>Fri, 25 Sep 2015 13:15:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>WYPRAWA  NA  DACH  ATLASU</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=wyprawa-na-dach-atlasu</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Nov 2013 12:11:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1481</guid>
		<description><![CDATA[Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas Wysoki i dalej na południe Antyatlas.</p>
<p>Najwyższym szczytem Atlasu jest Jebal Toubkal  ( Dżabal Tubkal ) położony w Atlasie Wysokim, w odległości około 70 km na południe od Marrakeszu. Jego wierzchołek sięga 4.167 m n.p.m. Pierwsze wejście Europejczyków V. Bergera oraz M. Dolbeau na szczyt miało miejsce dopiero 12 czerwca 1923 roku. Polscy wspinacze dotarli tu niewiele później, bo w 1934 roku. Uczynił to w trakcie pierwszej polskiej wyprawy w góry Afryki. Na szczycie Tubkalu stanął organizator i kierownik wyprawy Kazimierz Dobrawski. Dżebal Tubkal znajduje się na terenie rozległego parku narodowego o powierzchni około 360 km<sup>2</sup>. To pierwszy założony na terenie dzisiejszego Maroka park narodowy, utworzony już w 1942 roku przez francuskich kolonizatorów.</p>
<p>Szlaki w Atlasie nie są wyznaczone tak precyzyjnie jak w naszych górach, ale dla turysty mającego wprawę w wędrówkach górskich przemierzanie ich nie powinno sprawić większego kłopotu. Są to zarówno krótkie jednodniowe szlaki, jak i kilkudniowe wędrówki górskie, w czasie których zdobyć można nieco niższe szczyty, podziwiać piękne panoramy. Jeśli ktoś ma obawy przed samodzielną wyprawą może skorzystać z pomocy tubylców. Chętnie przemienią się w przewodników, tragarzy, kucharzy… Proponują oni też różnorodne dodatkowe usługi i ułatwienia np. poznawanie gór z grzbietu konia, muła czy osła, wynajęcie mułów wraz z mulnikami. Atrakcję mogą też wzrosnąć, gdy na jednym z lokalnych targów kupimy muła, aby go później, po zejściu z gór odsprzedać. W Atlasie nie brakuje też osób, które wspinają się po urwistych ścianach gór, przemierzają szlaki na rowerach trekkingowych, a zimą korzystają z uroków narciarstwa zjazdowego.</p>
<p>Miesiące letnie są najdogodniejszym okresem na wędrówkę po masywie Tubkalu, gdyż na wysokich szczytach Atlasu nie ma pokrywy śnieżnej, a temperatura jest dodatnia. Minusem tego okresu jest stosunkowo duże natężenie ruchu turystycznego.</p>
<p>Na szczyt wiedzie kilka tras turystycznych, najbardziej popularna i dająca największy komfort to znaczy możliwość noclegów w schroniskach bądź kwaterach prywatnych zwanych tutaj <i>– gite,</i> <i> </i>wiedzie z berberyjskiej wsi Imlil położonej na wysokości około 1.740 m. n.p.m. Dysponując zaledwie kilkoma dniami przeznaczonymi na górskie eskapady decydujemy się na ten szlak. Inne trasy są zdecydowanie mnie oblegane przez turystów, jednak wybierając się na nie należy zabrać ze sobą namioty, nie ma tam żadnej stałej bazy noclegowej.</p>
<p>Po nocy spędzonej w Marrakeszu, wczesnym rankiem dojeżdżamy dwiema mniejszymi taksówkami tzw. <i>petit taxi </i>na obrzeża miasta<i>. </i>Taksówki tego typu kursować mogą tylko w granicach miasta.<i> </i>Tu wynajmujemy dużą taksówkę tzw. <i>grand taxi</i>, która może zabrać do 6 pasażerów. Kurs <i>grand taxi</i> zamówić można jedynie na specjalnym dworcu przygotowanym tylko dla tych pojazdów. W każdym marokańskim mieście taksówki pomalowane są na jednolity kolor, w różnych ośrodkach mają one odmienne barwy. W Marrakeszu są koloru jasnobrązowego. <i>Grand taxi </i>to zazwyczaj stare wysłużone mercedesy tzw. <i>beczki. </i>Po pojawieniu się naszej pięcioosobowej grupki na dworcu taxi robi się spory ruch, wiadomo, że zapowiada się nienajgorszy kurs.  Kierowcy zapraszają nas do swoich pojazdów, ale decyzję tu podejmuje szef dworca. <i> </i>Zamawiamy u niego kurs do Ansi, dużej wsi targowej położonej u podnóża masywu Tubkal.</p>
<p>Kierowca naszej taksówki jest starszy, nieogolony mężczyzna, w brudnym granatowym roboczym fartuchu, czapce bejsbolówce założonej na bakier. Wygląda niechlujnie i niesympatycznie. Na całej naszej grupie wywiera złe wrażenie. Nie mamy żadnego wyboru,  decyzję podjął kierownik dworca <i>grand taxi</i>, a jak się nam nie podoba to możemy nie jechać. Sposób obsługi i wygląd kierowcy wywołują u mnie wspomnienie sprzed 20 lat, gdy w Zakopanem kierowca decydował, których pasażerów zabierze do autobusu. Na szczęście te czasy bezpowrotnie za nami.</p>
<p>Wiemy, że z kierowcą trzeba z góry ustalić cenę za kurs. Widząc obcokrajowców stawka znacznie rośnie, ale my znamy obowiązującą taryfę za dojazd do Ansi. Wynosi ona 15 dirham od osoby i taką cenę ostatecznie ustalamy. Jest nas pięcioro więc mamy dopłacić za jedno niewykorzystane miejsce. Styl jazdy potwierdza nasze złe wrażenia. Każdy pojazd jadący przed nami staje się wrogiem, którego należy jak najszybciej wyprzedzić, a kto miał mniejszy bądź słabszy pojazd był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kilku mijanych motocyklistów omal nie wylądowało w przydrożnym rowie. Każdy spotkany na drodze pojazd to rywal, obowiązkowo trzeba z nim podjąć walkę. Wygrywa ten co ma silniejsze nerwy. Droga jest wyjątkowo kręta, widoczność bardzo ograniczona. Pojazdy pędzą środkiem jezdni, ścinają zakręty, trąbią, nikt nie zamierza ustąpić. W końcu, w ostatniej sekundzie ten bardziej tchórzliwy, ten o słabszych nerwach zjeżdża na bok.</p>
<p>W Ansi zmieniliśmy taksówkę i dalej do Imlil jedziemy już ze spokojniejszym kierowcą. Nawierzchnia drogi zupełnie inna, w asfalcie pojawiając się głębokie dziury, wyrwy, tempo jazdy spada. Jezdnia z każdym przejechanym kilometrem staję się węższa. Jadąc doliną Wadi Rhirtaia podziwiamy wspaniałe widoki wysokich szczytów Atlasu wśród których króluje nasz Tubkal.</p>
<p>W Imlil robimy ostatnie zakupy, kupujemy: pieczywo, sery topione, wodę mineralną. Sklepów, barów, kawiarni, schronisk i hoteli jest tu dużo. Ruch we wsi jest spory. Mieszkańcy okolicznych wiosek przyjechali tu samochodami, motocyklami, rowerami, na koniach, mułach bądź osłach, aby dokonać  zakupów. Jest też dużo turystów, zarówno Marokańczyków jak i gości z innych kontynentów. Ci którzy nie wychodzą w góry udają się  na duży kamping należący do CAF – Club Alpin Francaise.</p>
<p>Przedstawiciele lokalnych agencji turystycznych proponują nam swoje usługi. Aby nie dźwigać naszych plecaków możemy wynająć muły lub osły. Oferują nam wynajęcie przewodnika górskiego. Ceny tych usług nie są wygórowane, ale ambitnie liczymy na własne siły. Przedstawiciele komisów ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym nachalnie ciągną nas do swoich sklepów. Dowiadujemy się od nich jak wielu potrzebnych, niezbędnych wręcz sprzętów nam brakuje, a tu takie niskie ceny, taki duży wybór. Możemy tu zaopatrzyć się w : buty górskie, namioty, śpiwory, plecaki, a nawet raki i narty. Jedyny zysk z zaglądania do komisów to możliwość nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy właśnie zeszli ze szlaków turystycznych. Od nich uzyskujemy pożyteczne rady.</p>
<p>Dość późno wyruszamy w góry, nie spieszymy się. Aby lepiej zaaklimatyzować się zdecydowaliśmy się na dwa noclegi na trasie. Mamy nadzieję, że w ten sposób unikniemy choroby wysokogórskiej. W pierwszym dniu górskiej wędrówki chcieliśmy poznać  wioski berberyjskie i ich gościnnych mieszkańców. Berberowie to rdzenni mieszkańcy tych ziem, są tu od zawsze. Z tego dzielnego i dumnego ludu wywodzi się m.in. święty Augustyn filozof i teolog żyjący na przełomie IV i V stulecia . Zasłynął z tego, że w trakcie swojego żywota ani razu się nie spowiadał!</p>
<p>Początkowo prowadzi nas 10. letni mieszkaniec Imlilu, proponuje, że pokaże nam szczególną atrakcję. Przystajemy na tę propozycję i po kilkunastu minutach spaceru docieramy do wodospadów w pobliżu wioski. Jest to  wyjątkowe miejsce, gdzie spotykamy tubylców. Przyszli tu z małymi dziećmi, całymi rodzinami. Sporo jest też samotnych kobiet, są w różnym wieku. Jesteśmy mile zaskoczeni, gdyż nasza obecność nie wprawia ich w zakłopotanie.  Możemy bez problemu robić zdjęcia, co w Maroku nie zdarza się często.  Dzień jest słoneczny i ciepły więc my też z przyjemnością zażywamy kąpieli w zimnej, orzeźwiającej wodzie.</p>
<p>Następnie wąską ścieżką podchodzimy ostro do góry i wracamy na szlak wiodący na Tubkal, aby po kilkunastu minutach marszu dotrzeć do kolejnej wioski Armud. Jest ona pięknie wkomponowana w górskie zbocze, zabudowania położone są amfiteatralnie na wysokości 1.840 – 1.950 m n.p.m. Wieś otoczona jest sadami i ogrodami. Wilgotne masy powietrza z nad Morza Śródziemnego i Atlantyku zasilają tu kilka rzek,  z których większość spływa do Oceanu Atlantyckiego. Rzeki zapewniają tak potrzebną słodką wodę, dzięki, której północne Maroko stało się zapleczem sadowniczym, dostarczając: mandarynki, pomarańcze, cytryny, granaty,  migdały, figi, jabłka, wiśnie, orzechy włoskie, oliwki oraz winogrona. Na łąkach pasą się kozy i owce.</p>
<p>W Armud, jak w każdej marokańskiej osadzie dominującą budowlą jest meczet z wysoką wieżą minaretu, z którego codziennie pięć razy słychać nawoływanie  muezina do modlitwy. Wieś przecięta jest szerokim uedem tj. suchym korytem rzecznym, które wypełnia się wodą tylko po gwałtownych ulewach.</p>
<p>Błędnie zakładaliśmy, że Imlil to ostatnia osada, gdzie można dokonać zakupów. W Armud sklepów również nie brakuje. Ale ceny są tu już wyższe. We wrześniu dzień jest długi, mamy  jeszcze dużo czasu podejmujemy więc trud podejścia do wioski Sidi Chamharouch, słynącej z sanktuarium dostępnego tylko dla wyznawców islamu. Dalsza droga wiedzie wzdłuż górskiego potoku Mizam, jest to typowa polodowcowa U-kształtna dolina. Przez większość trasy wspinamy się ostro do góry, szybko zdobywamy wysokość, ale tracimy też wiele sił. Można je zregenerować zatrzymując się przy kramach położonych przy szlaku. Jednak z każdym krokiem ceny w nich rosną. Ostatni odcinek trasy to strome podejście 400 metrów w górę. W tracie wędrówki uciążliwością są spotkania na wąskich ścieżkach z objuczonymi mułami i osłami. Uparte, zmęczone zwierzęta za nic nie usuną się z drogi, to my musimy im zawsze ustąpić miejsca, zejść ze ścieżki. W końcu dostrzegamy samotne, suche drzewo, na którym zawiązanych jest kilka tasiemek. Ma ono ponoć magiczną moc, a dla nas jest drogowskazem, że zbliżamy się do celu pierwszego etapu peregrynacji ku szczytowi Tubkala.</p>
<p>Popołudniem docieramy do celu, berberyjskiej wioski wtopionej w zbocze góry Aksouala – Sidi Chamharouch.  Pierwsze kroki kierujemy do świątyni z białą kopułą, znajdującej się po drugiej stronie potoku. Wchodzi się przez niewielką kładkę. Napis przy niej zakazuje innowiercom wstępu.<i> </i>Świątynia jest miejscem spoczynku marabuta, czyli świętobliwej osoby, która ma zdolność bezpośredniego obcowania z Najwyższym. Marabut, uważany przez Berberów za osobę obdarzoną świętością, ma moc uzdrowicielską, może też przekazywać <i>baraka</i>, czyli błogosławieństwo otrzymane od Boga. W pobliżu świątyni znajduje się kilka grot, w których płoną znicze zapalone przez pielgrzymów.</p>
<p>. Celem licznych pielgrzymek jest świątynia, a w niej grób miejscowego świętego – marabuta. Przybywają tu głównie rodzice ze swoimi pociechami dotkniętymi upośledzeniem umysłowym. Wizyta w tym świętym miejscu ma im pomóc w przezwyciężeniu choroby. Na szlaku mijamy ojców wnoszących do tego świętego miejsca dzieci. Starsze pociechy wjeżdżają na mułach lub osiołkach. My po kilkugodzinnym marszu zasłużyliśmy na ciepły posiłek .Wybór dań w miejscowej jadłodajni jest bardzo ograniczony, ale z dużą przyjemnością decydujemy się na dobrze już nam znany tadżin. Jest to tradycyjny marokański posiłek przygotowywany na ogniu w dużym glinianym naczyniu., o takiej samej co danie nazwie. W oczekiwaniu na danie główne raczymy się kolejnym tutejszym specjałem. Zamawiamy <i>Berber whisky, </i>czyli gorącą miętę z domieszką miejscowych ziół, głównie tymianku. Ten bardzo słodki napój przygotowywany jest w dużym aluminiowym dzbanku i nalewany do małych szklanek z dużej wysokości, tak aby mocno się pienił. „Whisky” jak to  whisky szybko nas rozgrzewa i dobrze gasi pragnienie. Tadżin też nam smakuje, jest  to kasza kuskus z dużą ilością różnych warzyw i mięsem drobiowym. Do tego podaje się cienkie placki z  mąki pszennej. Wszyscy jemy z jednej wspólnej misy nie używając sztućców. Do jedzenia służy „czysta” prawa ręka. Posiłek powinno się wkładać do ust trzema pierwszymi palcami tej dłoni. Absolutnie nie wolno brać pożywienia do lewej „nieczystej” dłoni. Dzielnie walczymy z posiłkiem, jesteśmy już trochę oswojeni z miejscowymi zwyczajami. To zawsze wzbudza dobre uczucia u gospodarzy. Po posiłku wracają siły i dobry humor. Na nocleg zostajemy w Sidi Chamharouch. Nie ma tu schroniska, ani innego punktu noclegowego dostępnego dla turystów. Jedyna możliwość to spanie na podłodze w pomieszczeniu przypominającym garaż. Trudno, wyboru nie ma. Gospodarze rozkładają na murowanej posadzce dywany, do dyspozycji dla 5 osób dostajemy jeden materac, ale cena jest adekwatna do zaproponowanych warunków. To nasz najtańszy nocleg w Maroku. Snujemy się po tej malutkiej osadzie, w której na stałe mieszka kilkanaście osób, nawiązujemy kontakty z właścicielami sklepiku z pamiątkami, restauracji i naszego „garażu”. Chłoniemy specyficzny klimat tego odizolowanego od świata miejsca. Są widoki, które na trwałe zapisują się w mojej pamięci. Zapamiętuję wiszące w oknie na sznurku stare poprute majtki oraz znoszone dziurawe skarpetki, więcej jest w nich dziur niż pozostałości skarpetki.</p>
<p>Obserwujemy,  jak pielgrzymi zażywają rytualnych kąpieli w potoku i pod małym wodospadem. Większość z nich jest bardzo dobrze zaznajomiona z tym miejscem, gdyż przebywają tu od wielu tygodni. Przybyli z upośledzonymi dziećmi, aby wróciły tu do zdrowia wymagana jest dłuższa „kuracja”, kilkutygodniowy pobyt w świętym miejscu. Tych bardziej zamożnych stać na opłacenie kąta do spania, zaś biedniejsi lokują się grotach. Nocują w nich również pielgrzymi, którzy dotarli tu na krócej. Chcą jedynie odbyć medytacje i zapalić świeczkę. W czasie wędrówki wzdłuż potoku jesteśmy świadkami dramatycznej walki o życie. Jeden z kąpiących się chłopców wpada w bystry nurt rzeki i zaczyna się topić. Usiłujemy pomóc, wspólnymi siłami udaje się uratować młode życie, choć do tragedii niewiele brakowało. Wyciągnięty z wody nieprzytomny, dzięki reanimacji przeprowadzonej przez jego kolegów szybko odzyskał świadomość.</p>
<p>Jesteśmy na wysokości ponad 2.200 m n.p.m.,  szybko robi się zimno i ciemno. Do wioski nie dociera energia elektryczna,  jeżeli gdzieś palą się światła to znaczy, że przy domu działa generator prądotwórczy. Jeszcze tylko wieczorna toaleta tj. mycie w zimnej wodzie w potoku, bo toalety przy naszym garażu nie ma.  Później gorąca zupa, podziwianie rozgwieżdżonego nieba i po 20.oo idziemy spać. Noc niezbyt miła, ciasno, zimno i niewygodnie, toteż wcześnie rano zrywamy się i po  śniadaniu ruszamy do góry. W planach na dzisiejszy dzień jest podejście 1000 m w górę, do schroniska położonego na wysokości 3.200 m n.p.m. Zajmie nam to około 4 godzin marszu. Słońce szybko ogrzewa powietrze, robi się ciepło, przyjemnie. Nie zapominamy posmarować się kremem ochronnym, z wysokim filtrem, o poparzenie słoneczne bardzo łatwo. Podchodząc podziwiamy kolejne wspaniałe górskie panoramy. Aklimatyzujemy się i oszczędzamy siły na następny dzień przeznaczony na atak szczytowy. Ruch na szlaku dość intensywny, często mijamy mulników prowadzących zwierzęta na grzbietach których wwożone są bagaże co bardziej  zamożnych lub leniwych turystów, a także produkty spożywcze oraz butle gazowe, które trzeba dostarczyć do schroniska. Początkowo podejście jest dość uciążliwe, krótkimi ostrymi zakosami wspinamy się do góry. W połowie drogi mijamy ostatni punkt gastronomiczny. Można tu nabyć mocno schłodzone w wodzie potoku zimne napoje. Nieliczni zainteresowani kupują okazy geologiczne. Sprzedawcy proponują róże pustyni oraz skamieniałości, głównie trylobity.</p>
<p>Tu po raz pierwszy, ale nie ostatni spotykamy naszych rodaków. Są to mili młodzi ludzie, którzy przed kilkoma laty wyemigrowali do Irlandii i za zarobione tam pieniądze mogą poznawać świat.</p>
<p>Z daleka w dużym, płaskim kotle polodowcowym, dostrzegamy bryłę schroniska. Jest ono zbudowane z kamienia, więc wtapia się w pejzaż. Sylwetka schroniska jest tak wielka, że wydaje się  iż do celu dzisiejszej wędrówki pozostało już niewiele. Ale po kilkudziesięciu minutach żmudnego podejścia widać, że są to dwa schroniska. Czytając przewodniki nigdzie nie natrafiliśmy na informacje o rozbudowie tutejszej bazy noclegowej. Może mimo dużej ilości turystów nie będzie kłopotu ze znalezieniem miejsc noclegowych. Przed dojściem do schroniska mijamy intensywnie zieloną łąkę, na której rozstawionych jest kilka namiotów, a pomiędzy nimi wypasają się  muły.<i> </i></p>
<p><i>  </i>Schroniska położone są na wysokości około 3.200 m. n.p.m. Stare nazywane Refuge du Tubkal należące do CAF, zlokalizowane jest trochę wyżej, a nowe &#8211; Les Mouflans, wzniesione kilka lat temu leży parę metrów poniżej. Oba budynki  wyglądają bardzo solidnie. Mile zaskakuje nas standard obiektów, u nas w Polsce takich nie znajdziemy. Przy wejściu do schroniska bufet, można w nim kupić napoje i słodycze, dalej recepcja, kuchnia schroniskowa i duża kuchnia samoobsługowa dla turystów oraz wielka sala jadalna. Są tu potężne solidne stoły, wygodne krzesła, a pod ścianami wielkie kanapy. Z sufitu zwisają olbrzymie kryształowe żyrandole, chociaż energia elektryczna dostępna jest z generatorów prądotwórczych w określonych godzinach.  Pokoje różnej wielkości, dostajemy miejsca do spania w dużej 16-osobowy sali. Jest ona wyposażona w nowe wygodne łóżka piętrowe z grubymi materacami, jest czysto. Największe zaskoczenie to możliwość gorącej kąpieli, w łazienkach są butle gazowe, dzięki którym można podgrzać wodę!!!!Kąpiel była naprawdę gorąca. Co za luksus !!!!</p>
<p>Do schroniska dociera coraz więcej osób. Jest jeszcze wcześnie toteż wszyscy spotykamy się przed budynkiem, rozmawiamy o jutrzejszym wejściu na szczyt, słuchamy relacji tych co z niego zeszli. Relacje jak zwykle różnorodne, od opinii, że wejście jest bardzo proste i nieuciążliwe, zajmuje ono jedynie około 2,5 godziny, po opowieści o dużym wysiłku fizycznym i wyprawie trwającej dwa razy dłużej. Towarzystwo w schronisku bardzo zróżnicowane od młodych 20-letnich ludzi po seniorów liczących ponad 70 wiosen. Pochodzą oni z bardzo różnych zakątków świata. Dziwi nas obecność turystów z Maroka, spotykamy też Australijczyków, Czechów, Szwajcarów, Hiszpanów, Hindusa, ale dominują nasi rodacy.</p>
<p>Tymczasem ogarnia nas lenistwo. Grzejemy się w promieniach słońca, uzupełniamy notatki, rozkoszujemy się słodyczami przywiezionymi z Polski. Podziwiamy piękne panoramy górskie, przypominają trochę nasze Tatry Zachodnie, choć skala gór zupełnie inna, nieporównywalna. Zaglądamy do drugiego starego schroniska, wygląda ono równie sympatycznie jak nasze. Standart w schronisku jest tak wysoki, że przy wejściu do niego należy zmienić obuwie.  Zamawiamy tu doskonałą sałatkę warzywną  z tuńczykiem. Brakuje tylko piwa, ale to przecież kraj muzułmański. W naszym schronisku spotykamy się o godzinie 19.00, serwowana jest wtedy wspólna dla wszystkich turystów kolacja. Elegancko nakryte stoły i jednorodne menu: zupa jarzynowa i spaghetti. Turystka z Maroka próbuje na stole postawić butelkę wina, ale spotyka się to z natychmiastową ostrą reakcją pracowników schroniska.</p>
<p>Noc jest zaskakująco ciepłą, śpimy czujnie i po kilku falstartach wstajemy podobnie jak większość mieszkańców  schroniska o 5.3o.Przygotowane na wyjście plecaki są małe i lekkie, mamy trochę słodyczy, owoców, aparat fotograficzny, kamerę i zapasowe baterie. Resztę rzeczy pozostawiamy w schronisku. Ciepłe rzeczy wkładamy na siebie. Gdy wychodzimy ze schroniska zaczyna świtać. Temperatura powietrza około 0 C, bezwietrznie. Przed nami na szlak wyszło kilka małych grupek, wytyczają nam  trasę. Na szczyt wiedzie kilka różnych ścieżek. Łatwo zabłądzić, gdyż trasa turystyczna oznakowana jest małymi, niezbyt widocznymi kamiennymi kopczykami. Idziemy w środku stawki, tempo dość wolne, spokojne i rytmiczne, decydujemy się na częste, ale krótkie odpoczynki. Ścieżka wiedzie przez liczne pola piargów. Podchodzi się trudno, małe kamienie osuwają się spod nóg. Trzy kroki do przodu i jeden w tył. Tubkal ginie nam z oczu, nie widzimy celu naszej wspinaczki. Patrzymy na zegarki idziemy już prawie 2 godziny, czyli do szczytu powinno być już blisko, ale ktoś wyprowadza nas z błędu i mówi, że nie zaliczyliśmy jeszcze połowy drogi. Słońce zaczyna oświetlać kolejne szczyty, widoki coraz ładniejsze. W końcu ukazuje się naszym oczom przełęcz położona na wysokości około 4.000 m n.p.m. Na przełęczy krótki odpoczynek, zaczyna wiać coraz silniejszy wiatr. Zostało nam jeszcze około 200 m podejścia. Na szczyt wiodą teraz dwie wyraźne ścieżki, jedna przez olbrzymie pole piargów, a druga prowadzi samą granią. Mamy dość podejść po piargach. Wybieramy ten drugi wariant drogi. Przed 10.oo jesteśmy na szczycie zbudowanym ze skał wulkanicznych – andezytów. Pogoda nam sprzyja jest słonecznie, wiatr słabnie. Podziwiamy panoramy, jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że pomimo chwilowych słabości i kryzysów udało się wygrać tę walkę z górą. Na szczycie jest  już kilkadziesiąt osób, wszyscy gratulujemy sobie, robimy zdjęcia, wymieniamy się e-mailami. Czesi częstują nas whisky i ich najlepszym piwem Pilzner Urquel. Czujemy satysfakcję, rozglądamy się dookoła, wszystkie okoliczne szczyty położone są niżej. W tej chwili uświadamiamy sobie, że stoimy na najwyższym szczycie północnej Afryki. Wyżej wejść już się nie da. Dusza geografa raduje się wspaniałym krajobrazem gór o rzeźbie typowo alpejskiej. Patrzę na poszarpane szczyty leżące poniżej Tubkalu, na cyrki i kotły polodowcowe, na charakterystyczne szerokie U-kształtne doliny, którymi wcześniej spływały jęzory lodowców górskich. Stąd doskonale widać piętrowość roślinności w Atlasie Wysokim. Do wysokości mniej więcej 2.200 m n.p.m. rosną lasy, w których można spotkać sosny, dęby oraz cedry. Nie brakuje też eukaliptusów, drzew wprowadzonych tu sztucznie, ze względu na duże i szybkie przyrosty. Powyżej 3.500 m n.p.m. występuje już tylko bardzo uboga roślinność turniowa, głównie porosty i mchy.</p>
<p>Najwyższy punkt Tubkalu oznaczony jest wieżą, z 4 poprzecznymi deskami, które mają symbolizować  jego wysokość ponad 4.000m n.p.m., dokładnie 4.167 m n.p.m. Po odpoczynku i radości ze zdobycia „dachu Atlasu” rozpoczynamy uciążliwe zejście. Na piargach trzeba bardzo uważać, gdyż co chwilę ktoś się potyka i przewraca. Zejście jest bardzo uciążliwe i powolne. Nogi drżą, czuję zmęczenie, gubię właściwą drogę i przez to schodzimy trochę mniej wygodną i dłuższą trasą. Do schroniska docieramy około 14.oo, krótki odpoczynek i podejmujemy szybką decyzję o zejściu. Nie chcemy już spać w „garażu” w Sidi Chamharouch powinniśmy więc dotrzeć do Armud, a to kawał drogi. Początkowo tempo marszu bardzo przyzwoite, ale później zmęczenie daje o sobie znać. W Sidi Chamharouch spotykamy poznanych dwa dni wcześniej właścicieli kramów, proponują nam nocleg i kolację u siebie w domu w Armud, więc natychmiast, bez odpoczynku ruszamy dalej. Skracamy sobie drogę do naszej kwatery i idziemy skrótem tzw. ”ścieżką Berberów”, jest ona wąska i mocno eksponowana, z pięknymi widokami na wioskę,  oued  i na masyw Tubkalu. Ale na podziwianie widoków chęci coraz mniejsze, daje o sobie znać wielkie zmęczenie. Po zachodzie słońca docieramy w końcu do naszej bazy. Teraz  czas na spanie, na radość z przebywania w pięknych górach przyjdzie czas jutro o świcie. Nie pamiętam kiedy i jak znalazłem się w śpiworze, zasnąłem dosłownie na stojąco jeszcze przed wejściem do niego.</p>
<p>Rano wiem, że żyję, bolą wszystkie kości i mięśnie, ale radość i satysfakcja z obcowania z Atlasem olbrzymia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Święta i Nowy Rok pod Krzyżem Południa</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Mar 2010 16:41:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=811</guid>
		<description><![CDATA[Od bardzo wielu lat marzyłem o podróży na południowy kraniec Ameryki Południowej, o dotarciu do legendarnej Patagonii i na Ziemię Ognistą. Ta wyjątkowo surowa, a często nawet niedostępna i niegościnna kraina pociągała mnie wspaniałymi krajobrazami. To przecież tu znajdują się jedne z najpiękniejszych na globie szczytów górskich, słynne ściany i iglice Torres del Paine, Fitz [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Od bardzo wielu lat marzyłem o podróży na południowy kraniec Ameryki Południowej, o dotarciu do legendarnej Patagonii i na Ziemię Ognistą. Ta wyjątkowo surowa, a często nawet niedostępna i niegościnna kraina pociągała mnie wspaniałymi krajobrazami. To przecież tu znajdują się jedne z najpiękniejszych na globie szczytów górskich, słynne ściany i iglice Torres del Paine, Fitz Roya, Cerro Torre.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/P1100890.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-818" alt="parnorma Cerro Tore" src="/wp-content/uploads/2010/03/P1100890-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a> U ich podnóża najpiękniejsze z górskich jezior, a także olbrzymie, ciągle rosnące lodowce górskie. No i „miasto na końcu świata”, najdalej na południe wysunięta osada, słynna Ushuaia. Do tego jeszcze rejs statkiem po wąskich kanałach i cieśninach, a także najpotężniejszych na świecie fiordach, podziwianie dziewiczej przyrody.  W końcu marzenia się spełniają i  w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia wylatujemy do Santiago de Chile. Pierwsze zdziwienie już na Okęciu, które w świąteczne popołudnie jest zupełnie puste. Takiego lotniska jeszcze nie widziałem, tylko gdzieniegdzie przemykają pojedynczy pasażerowie. Tablice przylotów i odlotów prawie puste !</p>
<p>Lecimy poprzez Zurych do Santiago de Chile. Lot łącznie z przesiadkami trwa trochę ponad 20 godzin. Przeżywam, a właściwie przesypiam jedną z najdłuższych w życiu nocy, bo lecąc na zachód cały czas cofamy wskazówki zegarka i noc jest znacznie dłuższa niż normalnie. Rano tuż przed lądowaniem z okien samolotu obserwuję niezapomniany widok na najwyższy szczyt kontynentu – prawie 7-tysięczną Aconcaguę, na stokach której już byłem. Odżywają dawne wspomnienia.  Ostre, nieprzyjemne lądowanie w stolicy Chile, gdyż piloci w krótkim czasie muszą sprowadzić samolot ze znacznej wysokości, wszak lecieliśmy nad najwyższymi szczytami Andów.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/DSCF5732.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-824" alt="Katedra w Santiago de Chile" src="/wp-content/uploads/2010/03/DSCF5732-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>Zamierzamy jak najszybciej dotrzeć na południe kraju.  Możliwości połączeń pomiędzy Santiago, a odległym o ponad 1000 kilometrów Puerto Montt  jest wiele. Można polecieć samolotem, pojechać pociągiem lub skorzystać z jednego z kilkunastu połączeń autobusowych.  Ze względów ekonomicznych i strategicznych wybraliśmy nocne połączenie autobusowe. Nie traciliśmy dnia na przejazd i nie musieliśmy dodatkowo płacić za nocleg.  Do wyboru mieliśmy ofertę kilku różnych przewoźników obsługujących kursy na tej trasie.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC280187.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-819" alt="komfortowe chilijskie autobusy" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC280187-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a> Standard autobusów w Ameryce Południowej jest o wiele klas lepszy niż w Europie, pojazdy są bardzo wygodne, siedzenia duże, bardzo dobrze wyprofilowane, rozstawione nie tak gęsto jak u nas, a do tego doskonała obsługa stewardów, projekcie filmów, możliwość słuchania muzyki i to na kilku kanałach. Serwowane są posiłki, jest stały dostęp do kawy i herbaty. Poszliśmy na całość i zafundowaliśmy sobie przejazd w wersji sypialnej, udało się nam bo trafiliśmy na świąteczną promocję. Główne drogi w Chile są doskonale utrzymane, prawie cały czas jechaliśmy słynną Panamericaną. Jest to droga, która prowadzi wzdłuż zachodnich wybrzeży obu Ameryk, rozpoczyna się na Alasce, a kończy w Patagonii, ma 25.750 kilometrów długości. Przejazd ponad 1.000 km zajął nam 12 godzin !!!!</p>
<p>Puerto Montt, to niezbyt wielkie miasto, ważny port i brama wjazdowa do Patagonii. Miasto położone u podnóża dwóch wysokich wulkanów: wyższego Osorno – 2.652 m npm i niższego Calbuco – 2.002 m npm. Oba stożki są pokryte śniegiem, a niższy z nich ma wyraźnie rozerwaną kalderę, jest to efekt ostatniej erupcji, która miała miejsce kilka miesięcy wcześniej. Poprzednio byłem tu 15 lat wcześniej, od tego czasu miasto zmieniło swoją fizjonomię. Pamiętałem Puerto Montt, jako bardzo kolorowe miasto małych, drewnianych domów. Miało swój niezapomniany klimat.  Życie toczyło się wolnym, tempem, nikt się nie spieszył. Przy nabrzeżu cumowały małe łodzie rybaków. Bezpośrednio od nich można było nabyć świeże ryby i owoce morza.  Dziś miasto znacznie się rozrosło i wzbogaciło, głównie na połowie łososi. Wybudowano tu już kilka wysokich budynków, w których ulokowały się banki i drogie hotele. Powstała nowa nadoceaniczna promenada spacerowa.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC280214.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-820" alt="owoce morza w połączeniu z chilijskim winem smakują doskonale" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC280214-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>Po zwiedzeniu miasta, mając wolne popołudnie pozwalamy sobie na ucztę kulinarną. W Puerto Montt dużym porcie rybackim zjeść można doskonałe ryby i owoce morza, ale najbardziej znaną potrawą jest courantos. Jest on serwowany w większości tutejszych restauracji, ale my idziemy do portowej malutkiej knajpki, gdzie są zaledwie dwa stoliki i zamawiamy ten miejscowy specjał. Po dość długim oczekiwaniu dostajemy na stół duży, kopiasty talerz, a w nim: wielkie małże, żeberko wieprzowe, solidny kawałek kiełbasy, kurczaka, a do tego placki ziemniaczane i zbożowe, ostry sos i duże kawałki cytryny do wyciśnięcia. Wygląda smakowicie, już zaczynamy się dzielić tą porcją, a tu stole lądują kolejne talarze. Dla każdego z nas jest przygotowana taka solidna porcja. Zamawiamy więc duży dzban, dobrego chilijskiego wina i rozpoczynamy naszą ucztę, która trwała dość długo.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC290314.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-822" alt="przedb wejściem na prom słuchamy muzyki" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC290314-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a>Kolejne dni to wymarzony od bardzo dawna, wspaniały i niezapomniany rejs statkiem po kanałach i fiordach południowego Chile. Płyniemy z Puerto Montt do Puerto Natales. Rejs trwał trzy i pół doby, przepłynęliśmy ponad 1.400 kilometrów. Mogliśmy podziwiać wspaniałe szczyty Andów, liczne spływające bezpośrednio do Oceanu Spokojnego lodowce górskie, głęboko wcięte fiordy, mniejsze i większe wyspy. Podróż była luksusowa, ale na jej rozpoczęcie musieliśmy trochę poczekać. Prom przypłynął do portu we wczesnych godzinach rannych, wysiedli z niego turyści, którzy przypłynęli z Puerto Natales.  Po kilkunastu minutach z dużym zdziwieniem obserwowaliśmy „ucieczkę oceanu” , czyli rozpoczął się odpływ i nasz prom gwałtownie osiadł na mieliźnie. Dopiero późnym popołudniem mogliśmy wypłynąć z portu. Zaraz po zaokrętowaniu na  „Ewangeliście” wszystkich turystów wita kapitan i cała załoga statku. Do naszej dyspozycji, ponad 130 pasażerów, ze wszystkich poza Afryką kontynentów,  jest dwójka młodych ludzi, pełnią oni rolę przewodników –pilotów, pomagają we wszelkich kwestiach organizacyjnych, prowadzą wykłady i zajęcia. Szczególnie do gustu przypada nam młoda dziewczyna, która podobna jest do Penelope Cruz i taką otrzymuje od nas ksywę.  Nasza kajuta znajduje się na środkowym pokładzie, tuż obok dużej sali jadalnej. W trakcie całego rejsu zapewnione mamy trzy posiłki dziennie, obowiązuje samoobsługa, a posiłki wydawane są w dwóch turach. Na górnym pokładzie kawiarnia i świetlica.</p>
<p>Czas płynął wyjątkowo szybko, bo atrakcji było co nie miara. Zmieniały się krajobrazy,  na skalistych wyspach mogliśmy obserwować kolonie pingwinów, bądź lwów morskich. Największą ich kolonię widzieliśmy w wąskim ,głęboko wciętym fiordzie Elefantes. Obok burty statku przepływały delfiny, a kapitan dostrzegł nawet wieloryba, który ponoć wyrzucał do góry wielki pióropusz wody. Mimo wytężania wzroku nam nie udało się zobaczyć tego olbrzymiego ssaka. Pogoda była zmienna i kapryśna, byliśmy na to przygotowani. Nie zaskoczyła nas , wiedzieliśmy, że patagońskie lato może być bardzo dżdżyste.  Bywały chwile z pięknie świecącym słońcem lecz dominowały niestety godziny z opadami  deszczu, a nawet deszczu ze śniegiem. Cały czas wiał bardzo silny wiatr.  Do czekających nas atrakcji byliśmy dobrze przygotowani, codziennie organizowane były prelekcje, spotkania i prezentacje filmów o lodowcach, fiordach, zwierzętach, mijanych parkach narodowych.  Wszystkie one prezentowane były w dwóch wersjach językowych, po hiszpańsku i angielsku, podobnie jak dziennik „Evagelistas News”, który codziennie rano dostarczano nam do kajuty.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/IMG_6564.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-816" alt="kolorowe góry lodowe" src="/wp-content/uploads/2010/03/IMG_6564-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Po dwóch dobach rejsu dostrzegliśmy w końcu pierwszą i jak się później okazało jedyną, w trakcie całej podróży osadę – Puerto Eden. Mieszka w niej zaledwie stu kilkudziesięciu mieszkańców, są to żołnierze strzegący bezpieczeństwa chilijskich wybrzeży, ich rodziny, rybacy oraz hodowcy małż. Wydaje się, że życie mają niezbyt ciekawe, kontakt ze światem sporadyczny. Oczekiwali na nasz statek, który przywiózł dla nich trochę prowiantu: warzywa, mięso, wędliny. Nie zawijaliśmy do malutkiego portu, na powitanie nas wypłynęło kilka niewielkich łódek. Odbiór całej przesyłki trwał niespełna kwadrans i mieszkańcy Puerto Eden pozostali znów zupełnie sami.</p>
<p>Przed nami jedna z głównych atrakcji rejsu, dopływamy do Fiordu Eyra, do którego spływa jeden z największych na kontynencie lodowców górskich – lodowiec Pio XI. Pomimo kiepskiej pogody, niebo mocno zachmurzone i pada deszcz za śniegiem, widać go z daleka. Jego zwiastunami są pływające po oceanie kry i góry lodowe. Wszyscy pasażerowie są na zewnątrz i z różnych pokładów oglądają to wspaniałe dzieło przyrody. Ze statku opuszczono dwie szalupy i marynarze podpłynęli pod czoło lodowca, do jednej z gór lodowych i przywieźli jej solidny kawałek. Mogliśmy go później dodawać do whisky i pisco.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2010/03/PC310546.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-823" alt="lodowce spływają bezpośrednio do oceanu" src="/wp-content/uploads/2010/03/PC310546-300x224.jpg" width="300" height="224" /></a>Kilka razy udało się nam dotrzeć na mostek kapitański i z tej perspektywy obserwować trasę naszego rejsu, oglądaliśmy dokładne mapy rejsu, na nich zaznaczone były głębokości oraz ukształtowanie dna oceanu. Czytaliśmy nadchodzące komunikaty o stanie pogody. Wcześniej niż pozostali pasażerowie dowiedzieliśmy się, że po wyjściu na otwarty ocean czeka nas lekki sztorm. Fale dochodziły do wysokości 2,5 – 3,5 metrów i wiał wiatr o sile 6° Beauforta. Te lekkie niedogodności wynagrodził nam piękny wieczór i wspaniały teatr przyrody, który dane nam było przeżyć. Trochę po zachodzie słońca, późno, bo około 23-ciej, gdy słońce skryło się już za widnokręgiem na nieboskłonie pojawiła się niesamowita poświata. Ten wąski  pas nieba o intensywnej barwie czerwono-pomarańczowej  rozdzielał  czerń pozostałej części nieboskłonu od ciemnej zieleni wód oceanu.</p>
<p>Na statku żegnaliśmy Stary Rok i witaliśmy Nowy. Ze względu na różnice czasu pomiędzy Polską, a Chile mogliśmy to uczynić dwukrotnie. Pierwszy raz wznieśliśmy toast, gdy u nas na statku było jeszcze zupełnie jasno, o godzinie 20.00  ale w Polsce wybiła właśnie północ. Myślami byliśmy wtedy z naszymi najbliższymi, a po kolejnych 4 godzinach, tym razem zgodnie z miejscowym czasem wypiliśmy kolejną lampkę szampana. Na statku, w trakcie sylwestrowej dyskoteki, bawiliśmy się w gronie międzynarodowym, byli m.in. Chilijczycy, Argentyńczycy, Japończycy, Żydzi, Rosjanie, Czesi, a także inni Polacy. O północy wszyscy spotkaliśmy się na górnym pokładzie, wznieśliśmy tu noworoczny toast, składaliśmy sobie wzajemnie życzenia. Wśród nich dominowały życzenia, aby kolejne lata zaczynały się w równie egzotycznej scenerii. Na bezchmurnym niebie nad głowami mogliśmy podziwiać Krzyż Południa. A ku naszej radości kapitan statku wystrzelił w niebo kilka kolorowych rac. Zabawa  nietrwała dla nas zbyt długo, bo już następnego dnia, w Nowy Rok około południa dobijaliśmy do celu, do Puerto Natales i chcieliśmy być w dobrej formie fizycznej. Rano w Nowy Rok z pokładu naszego „Ewangelisty” podziwiamy potężne, strzeliste iglice i wieże szczytów w Parku Narodowym Torres del Paine, do których za kilka godzin dotrzemy.</p>
<p>Tu w Puerto Natales zaczyna się nasza kolejna przygoda, kilkudniowy trekking po Parku Narodowym Torres del Paine.  Nie tracąc ani chwili czasu, jedziemy w góry i już wczesnym popołudniem  jesteśmy  przy Laguna Amarga – jeziorze, które jest bramą wjazdową do parku narodowego. Dostajemy się  tu małym busem, jedziemy głównie drogami szutrowymi, przy których podziwiamy wspaniałej, dzikie wikunie,  udaje się nam też dostrzec papugi. Jesteśmy zaskoczeni, że żyją one w tym ostrym klimacie. Od obsługi busa dowiadujemy się, że są to gwaruby, czyli gatunek którego siedlisko jest wysunięte najdalej na południe. Przejeżdżamy przez tak wąskie mostki na górskich potokach, że kierowca musi składać oba boczne lusterka, aby nie zawadzić nimi o barierki. Podróż nasza kończy się na dużym parkingu przy nowo wybudowanym kompleksie hotelowym Hosteria Las Torres. Jest to obiekt wybudowany w stylu alpejskim, dla turystów z zasobnymi portfelami. Można tu wynająć konie i dojechać na ich grzbietach do schroniska Chilieno celu dzisiejszej naszej wędrówki.<a href="/wp-content/uploads/2010/03/P1020846.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-817" alt="Torres del Paine" src="/wp-content/uploads/2010/03/P1020846-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a></p>
<p>My jednak po kilku dniach lenistwa na promie wybieramy wariant pieszej wędrówki. Z wielką ochotą zakładamy plecaki i rozpoczynamy swoja pierwszą, na tym wyjeździe andyjską przygodę. To co nas zaskakuje to brak na szlakach samotnych turystów. Przepisy poruszania się po Parku Narodowym Torres del Paine zabraniają indywidualnych wyjść w góry.   W tym dniu pogoda nam jeszcze dopisuje, jest ciepło, widoczność doskonała. Już niedługo będziemy mieć okazję poznania kapryśnego patagońskiego lata, temperatura wtedy spadnie do zaledwie kilku stopni powyżej zera, zaczną się bardzo intensywne opady deszczu i deszczu ze śniegiem, a wiatr będzie nas przyginał do ziemi.</p>
<p>Na razie jednak cieszymy się wspaniałym pierwszym dniem nowego roku, mamy nadzieję, że jest zwiastunem dobrego roku. Nawet nie zauważamy jak szybko podchodzimy doliną Ascensis  do  pierwszego naszego punktu noclegowego – schroniska Chileno. W schronisku duży tłok, jest pełnia sezonu. Okazuje się, że uczyniliśmy bardzo rozsądnie rezerwując wcześniej miejsca noclegowe. Czekały na nas ostatnie wolne łóżka, a w zasadzie prycze i to rozlokowane na …. czterech poziomach. W schronisku komplet gości, zajmujemy ostatnie wolne miejsca do spania. W sali jadalnej duży tłok, nie ma już wolnych miejsc. Kolację konsumują tylko ci, którzy ją wcześniej zarezerwowali, dla nas nie ma już wolnych miejsc. Długie drewniane stoły ładnie nakryte, ozdobna zastawa, piękne wielkie kieliszki do wina, lecz dzisiaj to wszystko nie dla nas. Szybko uczymy się tutejszych reguł i następnego wieczoru też będziemy czcić udany dzień dobrą kolacją i jeszcze lepszym chilijskim winem.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/swieta-i-nowy-rok-pod-krzyzem-poludnia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Yungay świadek terremoto</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/yungay-swiadek-terremoto/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=yungay-swiadek-terremoto</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/yungay-swiadek-terremoto/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Jul 2002 20:02:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1207</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Jedno z najpiękniejszych miejsc w Peru to dolina rzeki Santa wraz z najwyższym szczytem w kraju Huascaran, którego kulminacja sięga 6768 m n.p.m. Miejsce to ze względu na swoje piękno i odmienność krajobrazową nazywane jest przez tubylców „peruwiańską Szwajcarią”. Znajduje się tu 27 szczytów z wierzchołkami sięgającymi powyżej 6.000 m n.p.m. Z ich stoków [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Jedno z najpiękniejszych miejsc w Peru to dolina rzeki Santa wraz z najwyższym szczytem w kraju Huascaran, którego kulminacja sięga 6768 m n.p.m. Miejsce to ze względu na swoje piękno  i odmienność krajobrazową nazywane jest przez tubylców  „peruwiańską Szwajcarią”. Znajduje się tu 27 szczytów z wierzchołkami sięgającymi powyżej 6.000 m n.p.m. Z ich stoków spływa około 30 lodowców, a w pięknie wyrzeźbionych przez lodowce  ukształtnych dolinach znajduje się ponad 100 wspaniałych śródgórskich jezior. Przybywa tu wielu turystów, którzy chcą poznać piękno uroczych i dzikich jeszcze peruwiańskich gór. Nie ma tu schronisk wysokogórskich, a  wędrowcy chcący spenetrować góry  korzystają z noclegów w namiotach. Każda taka grupa ma do dyspozycji przewodnika, muły które transportują całość bagażu. Towarzyszą im zawsze specjalnie wyszkoleni poganiacze mułów.</p>
<p>Najbardziej popularna trasa trekingowa prowadzi z Yungay poprzez jezioro Llanganco do Santa Cruz. Przejście jej zajmuje około 4 – 5 dni.  Rzeka Santa rozdziela masyw Cordillery na dwie  części , leżące w dwóch różnych strefach klimatycznych: Cordilliera Negra  i Cordilliera Blanca . Główne różnice pomiędzy obu pasmami, widoczne są już na pierwszy rzut oka. Cordilliera Negra  (Czarna) jest niższa, zbudowana z ciemnych skał bazaltowych, z bardzo skąpą roślinnością. Docierają tu suche masy powietrza z nad Oceanu Spokojnego , opady  są niewielkie w związku z tym brakuje warunków dla powstawania  lodowców górskich. Cordilliera Blanca (Biała) jest znacznie wyższa, to właśnie w niej znajduje się najwyższy szczyt Peru Huascaran, zbudowana jest ona  głównie z jasnych skał osadowych, którym to m.in.  pasmo zawdzięcza swoją nazwę. Wyższe szczyty pokryte są wiecznymi śniegami i lodowcami. Związane jest to z wysokością pasma, a także z jego położeniem . Docierają tu wilgotne masy powietrza z nad Oceanu Atlantyckiego. Najwyższe szczyty pasma stanowią barierę , wobec tego występują tu duże opady, które przyczyniają się do rozwoju bujnej roślinności i powstania wielu dużych lodowców górskich. Granica wiecznych śniegów przebiega mniej więcej na wysokości 4500 – 5000 m n.p.m. W ostatnich latach klimat ociepla się,  jest to efekt wpływu „EL NIÑO”, powoduje to kurczenie się powierzchni lodowców i podnoszenie  się granicy wiecznych śniegów.</p>
<p>To właśnie jeden z największych lodowców był przyczyną wielkiej tragedii jaka rozegrała się tu 31 maja 1970 roku. Rejon ten nawiedziło olbrzymie trzęsienie ziemi, spowodowało ono  m.in. oderwanie się wielkich bloków skalnych ze szczytowych partii Huascaranu, pociągnęły one za sobą masy lodu i śniegu. Ta śnieżno – kamienna lawina wpadła do dużego lodowcowego jeziora Llanganco, które wystąpiło z brzegów. Wody jego wraz z niesionym materiałem skalnym i lodowym zalały i zasypały w ciągu 3 minut całe Yungay liczące około 25 tys. mieszkańców. Lawina schodziła z niesamowitą siłą i szybkością , przekraczała ona 300 km / godz. Zginęli wszyscy jego mieszkańcy. Miasto zostało zalane i zasypane grubą warstwą skał, bloków skalnych oraz błotno – lodowcową lawiną. Nie ocalał żaden budynek. Czoło lawiny zatrzymało się na pobliskim wzgórzu, gdzie ulokowany był miejski cmentarz. Lawina zasypała dwa najniżej położone poziomy grobów.</p>
<p>Dziś ten olbrzymi cmentarz wraz z górującym nad nim potężnym posągiem Chrystusa błogosławiącym dawnemu Yungay robi niesamowite wrażenie i potęguje jeszcze bardziej pamięć o tragedii, która tu się rozegrała. W trakcie tego trzęsienia ziemi, nazywanego tu <i>terremoto </i>, w całym regionie zginęło około 70 tys. ludzi. Yungay dzięki inicjatywie tutejszych władz, a także dzięki międzynarodowej pomocy został odbudowany, zlokalizowano go kilka kilometrów od dawnego miasta. Jest on dużo mniejszy od starego Yungay, nie tak ładnie położony i przez turystów jest niezauważany.</p>
<p>Ci odwiedzają Campo Santo na miejscu  starego Yungay, jest to „żelazny punkt” programu każdej,  nawet najmniejszej grupy turystycznej. Wstęp do tego miasta – cmentarza jest płatny, bilet kosztuje 2 USD. Na miejscu tragedii zasadzono  krzewy   róż, wśród których „wyrosły”  pamiątkowe krzyże. Pomnikami tragedii stały się : zgnieciony zlepek wraków autobusu i kilku samochodów a także przewrócone fragmenty potężnych żelbetonowych  wież dawnej katedry stojącej w centralnym miejscu miasta  na Plaza de Armas. W miejscu gdzie stała świątynia dzisiaj stoi replika frontonu budowli.</p>
<p>Jednymi świadkami tamtych odległych wydarzeń są dziś cztery palmy, które rosły w cieniu dawnej katedry i dzięki temu ocalały. Mają upalone, zniszczone korony, ale ciągle rosną, cieszą się życiem i starają się świadczyć o minionej świetności Yungay oraz o rozmiarze tragedii jaka się tu rozegrała.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/yungay-swiadek-terremoto/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dwudzuestolecie odkrycia najgłębszego kanionu świata</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/dwudziestolecie-odkrycia-najglebszego-kanionu-swiata/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=dwudziestolecie-odkrycia-najglebszego-kanionu-swiata</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/dwudziestolecie-odkrycia-najglebszego-kanionu-swiata/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2001 18:41:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=280</guid>
		<description><![CDATA[W maju 1981 polscy kajakarze dotarli do Kanionu Rio Colca &#160; &#160; Dokładnie 20 lat temu, w maju 1981 roku młodzi polscy kajakarze zeszli na dół kanionu rzeki Colca, aby w trakcie trwającej 33 dni wyprawy pokonać około 100 kilometrowy odcinek tej dziewiczej do tej pory rzeki. W trakcie spływu dokonali epokowego odkrycia najgłębszego kanionu [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="CENTER"><span style="font-size: medium;"><span style="text-decoration: underline;"><b>W maju 1981 polscy kajakarze<br />
dotarli do Kanionu Rio Colca</b></span></span></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p align="JUSTIFY">  Dokładnie 20 lat temu, w maju 1981 roku młodzi polscy kajakarze zeszli na dół kanionu rzeki Colca, aby w trakcie trwającej 33 dni wyprawy pokonać około 100 kilometrowy odcinek tej dziewiczej do tej pory rzeki. W trakcie spływu dokonali epokowego odkrycia najgłębszego kanionu świata. Ściany tego kanionu w najgłębszym miejscu mają wysokość 4.200 m. Dno doliny znajduje się na wysokości około 1.050 m n.p.m., zaś górną krawędź kanionu stanowi Señal Yajirhua o kulminacji 5.226 m n.p.m. Dokonania Polaków zostały szybko zauważone w Peru. Uczestnicy polskiej wyprawy zostali przyjęci na prywatnej audiencji u prezydenta Peru, wydali też w języku hiszpańskim książkę – przewodnik po kanionie Colca. Władze miasta Arequipa nadały Polakom tytuł honorowego obywatela miasta. Osiągnięcie Polaków w 1984 roku trafiło do Księgi Guinnessa, a tym samym kanion Colca został oficjalnie uznany za najgłębszy na świecie, jego zdjęcie znalazło się na tytułowej stronie tej prestiżowej publikacji.</p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">  <a href="/wp-content/uploads/2001/05/CIMG1975.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-808" alt="w dole widoczny najgłębszy kanion świata" src="/wp-content/uploads/2001/05/CIMG1975-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a> O osiągnięciach polskich kajakarzy nie pisało się i nie mówiło w Polsce. Powodem tego było zaangażowanie uczestników wyprawy w demonstracje i wystąpienia potępiające stan wojenny w Polsce. Większość z nich nie powróciła do kraju osiedlając się na stałe w Stanach Zjednoczonych. O odkryciu Rio Colca zaczęło być głośno w Polsce zaledwie kilka lat temu, przyczyniły się do tego: wydanie książki Jurka Majcherczyka „Zdobycie Rio Colca, najgłębszego kanionu na Ziemi”, a także liczne przyjazdy uczestników ekspedycji do Polski, w trakcie których popularyzowali swoje osiągnięcia.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">  Dziś kanion Colca stał się jedną z głównych atrakcji turystycznych Peru. Kilkanaście lat temu niewielu ludzi na świecie słyszało o tym regionie i nie było tu żadnego zagospodarowania turystycznego, nie docierali tu turyści. Dziś w programach touroperatorów organizujących wycieczki do Peru kanion Colca staje się coraz powszechniej „żelaznym punktem” programu. Rozwija się infrastruktura turystyczna, w stolicy prowincji – Chiway jak grzyby po deszczu wyrastają nowe hotele, powstają nowe miejscowe biura podróży i firmy transportowe. Polskie biura turystyczne wielokrotnie organizowały specjalne wyprawy do Peru, dla uatrakcyjnienia tych ekspedycji i podniesienia ich rangi prowadzone one były przez m.in. Jurka Majcherczyka i Elżbietę Dzikowską.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   W czasie gdy ukazuje się drukiem ten artykuł uczestnicy kolejnego wyjazdu, prowadzonego przez niezmordowanego Jurka Majcherczyka są właśnie w Peru. Wyjazd ten zorganizowano dla uczczenia 20 rocznicy odkrycia Kanionu, natomiast patronat nad wyprawą objął Marszałek Sejmu Maciej Płażyński. W trakcie jubileuszu, którego główne obchody odbędą się w małej wiosce Cabanaconde, skąd uczestnicy wyprawy w maju 1981 zeszli na dno Kanionu, odsłonięta będzie tablica upamiętniająca wyczyn Polaków.<a href="/wp-content/uploads/2001/05/Obraz4.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-807" alt="kolejny pomnik pościęcony polskim zdobywcą kanionu Colca odsłaniają Olgierd Budrewicz i Jurek Majcherczyk" src="/wp-content/uploads/2001/05/Obraz4-300x214.jpg" width="300" height="214" /></a> Będzie to kolejny polski akcent w tej części Peru. Polskim kajakarzom jako odkrywcom Rio Colca dano możliwość nazwania nieznanych dotąd miejsc i tak od 20 lat najpiękniejsze i największe wodospady w kanionie noszą nazwę Wodospady Jana Pawła II. Najgłębszy fragment kanionu nazwano Kanionem Polaków. Od kilku lat główne ulice miejscowych wiosek Cabanaconde i Huambo noszą nazwy Avenida de los Polacos, zaś w Chivay pięciokilometrowa promenada nazywa się Avenida Polonia. Dziś burmistrz miasta podkreśla, że tylko dzięki temu, że Polacy zdobyli Kanion Colca, Chivay nie jest jedną z biednych andyjskich osad, jakich pełno w okolicznych górach. Dzięki nim zdobyło światową sławę i odwiedza je coraz więcej turystów, dzięki czemu mieszkańcy Chivay mogą się bogacić.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">Mnie udało się odwiedzić Cabanaconde kilka lat temu, gdy było jeszcze niewielką osadą leżącą na przysłowiowym końcu świata. Cabanaconde jest typową osadą peruwiańską położoną w wysokich Andach, z dala od wszelkich ośrodków miejskich. Pueblo liczące około 5 tys. mieszkańców leży na wysokości 3.200 m n.p.m. Mieszkańcy utrzymują się głównie z pracy na roli. Mimo niesprzyjającego klimatu uprawiają kukurydzę, ziemniaki, fasolę, proso. Pola uprawne są bardzo dobrze nawodnione, dzisiejsi gospodarze wykorzystują wybudowane jeszcze przez Inków przed konkwistą systemy irygacyjne. Systemy te mimo licznych trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów i innych kataklizmów działają ciągle sprawnie. W ostatnich latach rząd przeznaczył znaczne kwoty na ich utrzymanie i rozbudowę. Dzięki temu wieś położona z dala od cieków wodnych, stanowi oazę zieleni na tle wypalonych słońcem suchych, żółto – szarych zboczy górskich. Poza uprawą ziemi mieszkańcy osiedla zajmują się także hodowlą zwierząt. Zazwyczaj przy każdym domostwie, na niewielkim podwórku, czy w zagrodzie widać: świnie, owce, bydło, konie bądź drób. Pastwisk w pobliżu osady jest niewiele, ziemię chętniej wykorzystuje się pod uprawę. Zwierzęta karmione są głównie wszelkiego rodzaju odpadami z gospodarstw domowych, zdarza się że także kaktusami oczyszczonymi z kolców. Budynki mieszkalne niewiele się od siebie różnią. Zbudowane są najczęściej z kamieni połączonych gliniano &#8211; błotną zaprawą bądź z suszonych na słońcu cegieł wzmocnionych trawami i słomą. Dachy ich są płaskie kryte blachą falistą lub spadziste pokryte długimi łodygami suszonych traw. Domy najczęściej pozbawione są otworów okiennych, drzwi zrobione są z falistej blachy, rzadziej z drewna. Nie ma zamków. Na noc gospodarze zabezpieczają drzwi od wewnątrz dużym kamieniem lub drewnianym balem.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Times New Roman,serif;"><span style="font-size: medium;"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   Wszystkie drogi we wsi są szutrowe, przejeżdżające z rzadka pojazdy wzbijają kłęby kurzu. Odległość od najbliższej drogi o nawierzchni utwardzonej, asfaltowej wynosi ponad 100 km. Zazwyczaj środkiem każdej ulicy w Cabanaconde poprowadzony jest mały kanał irygacyjny, dostarczający wodę do poszczególnych domostw. Od świtu do zmroku ulice pełne są bawiących się dzieci: toczą na drutach metalowe kółka, puszczają latawce, grają w piłkę. Pomagają też w pracach domowych, doglądają zwierząt. Pomimo dużej ilości szkół w pueblo, ilość uczęszczających do nich dzieci nie jest duża – każda para rąk w wielodzietnych rodzinach potrzebna jest do pracy. </span></span></span></span><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">Małe dzieci chętnie zaczepiają obcych przybyszów, proszą o zrobienie zdjęć, za które żądają później drobnego upominku – cukierka, pieniędzy. Starsze dzieci są bardziej nieufne, uciekają przed obiektywem aparatu fotograficznego lub kamery, rzucają kamieniami, obcych nazywają obraźliwie – gringo.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   Wyjątkowo miły i serdeczny jest stosunek do nas dorosłych mieszkańców Cabanaconde. Jesteśmy miło, z uśmiechem na ustach pozdrawiani przez nich na ulicach, chętnie pozwalają się fotografować. Na co dzień kobiety ubrane są w barwnie wyszywane spódnice, kolorowe haftowane bluzki i tradycyjne meloniki na głowach. Kruczoczarne długie włosy zebrane są w jeden lub dwa grube warkocze. Mężczyźni ubrani są bardzo różnie, ale głowę każdego z nich chroni przed intensywnym słońcem słomkowy lub filcowy kapelusz z bardzo dużym rondem. Noszone przez nich obuwie jest dość jednorodne, są to zazwyczaj sandały wykonane z gumy opon samochodowych.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   Miasteczko ożywa dwa razy na dobę, kiedy przyjeżdżają kursowe autobusy z odległej Arequipy. Pół godziny przed planowanym odjazdem kierowca autobusu głośnym trąbieniem przypomina o zbliżającym się odjeździe. Jest uciążliwe zwłaszcza w nocy, kiedy planowany wyjazd autobusu przewidziany jest o godz. 1.00, ale bardzo ułatwia życie tym którzy korzystają z transportu autobusowego. Przekonaliśmy się o tym, gdy nadeszła pora naszego wyjazdu z Cabanaconde. Klakson jest sygnałem dla podróżnych, że czas udać się na rynek, przy którym zlokalizowany jest przystanek autobusu. Z zupełnych ciemności (w nocy nie dociera do wsi energia elektryczna), ze wszystkich stron nadciągają pasażerowie. Często wyglądają oni niesamowicie, wychodząc z najciemniejszych zakamarków, w tradycyjnych strojach, oświetlają sobie drogę ogarkami świec, rzadziej latarkami. Widok takiej niespodziewanej zjawy pozostanie na wiele lat w mojej pamięci.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   W ciągu kilkunastu minut autobus wypełnia się, dla spóźnialskich brakuje miejsc siedzących. Jest bardzo zimno, ale na tubylcach nie robi to wrażenia – wszyscy są bardzo ciepło ubrani, grube wełniane swetry, a dodatkowo owinięci są w poncha, na głowach tradycyjne wełniane czapki, a na nich nieodzowne kapelusze z dużym rondem. Najpopularniejszym środkiem transportu pozostaje do dziś grzbiet konia, muła lub osła. Przemierzając uliczki puebla trzeba uważać, aby nie wpaść pod wybiegającego nagle zza węgła wierzchowca. Pakunki przenoszone są przez ludzi na plecach, w wełnianych pledach bądź chustach. Kobiety wyruszając z domu zawsze zabierają ze sobą swoje najmłodsze pociechy, noszą je w chustach na plecach. Maluchy towarzyszą matce wszędzie na zakupach, w pracy w polu. W tym ostatnim przypadku przed przystąpieniem do pracy matka układa zawiniątko z dzieckiem na ziemi w bezpiecznym, zacienionym miejscu. Rodziny, jak w każdej wiosce peruwiańskiej są bardzo liczne. Niestety ze względu na brak stałej fachowej opieki medycznej, niski stopień higieny śmiertelność wśród dzieci jest nadal wysoka.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">   Głównym punktem puebla jest oczywiście tradycyjny rynek, na którym koncentruje się życie wsi – tu znajdują się wszystkie najważniejsze budowle. Największą z nich jest stary, wybudowany jeszcze przez konkwistadorów kościół z dwiema wysokimi wieżami. Mury kościoła są mocno spękane – to efekt wielokrotnych trzęsień ziemi. Nabożeństwa odprawiane są często, gdyż w Cabanaconde ksiądz rezyduje na stałe. Do okolicznych wsi dociera on co kilka tygodni. W miasteczku jest także kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Większość mieszkańców Cabanaconde to katolicy, choć coraz popularniejsze są, zwłaszcza wśród najbiedniejszych, idee marksistowskie trockizm. To niewątpliwy efekt długoletniego działania w Peru „Świetlistego Szlaku”. Na wielu budynkach wymalowane są czerwone gwiazdy lub sierp z młotem. W rynku zlokalizowano także niewielkie bary, sklepiki, wszystkie funkcjonują do późnej nocy. Energia elektryczna dociera do Cabanaconde zaledwie przez 4 godziny w ciągu doby, między 19 a 23, w pozostałych godzinach mieszkańcy radzą sobie korzystając z lamp gazowych, naftowych, świec. Kościół jak i cały rynek otoczony jest strzelistymi eukaliptusami, gdzieniegdzie rosną dorodne agawy.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">  Z każdego miejsca w Cabanaconde widoczne są wspaniałe wysokie szczyty andyjskie, wysokość wielu z nich przekracza 6000 m n.p.m. Niedaleko stąd do słynnej Doliny Wulkanów, w której podziwiać można około 40 czynnych wulkanów. Kto nie chce wspinać się wysoko w góry może zejść ponad 3000 m w dół do najgłębszego na świecie kanionu rzeki Colca. Na otaczających Cabanaconde zboczach górskich widoczne są niewielkie, jeszcze bardziej odcięte od świata wioski. Jedna z nich nosi swojsko dla nas brzmiącą nazwę Llanka (czytaj Janka), położona jest na wysokości ok. 4000 m n.p.m., prowadzi przez nią szlak trekkingowy do wodospadów Catarata de Hururo. Mieszkańcy tej wsi zajmują się uprawą warzyw i owoców, głównie jabłek i gruszek. Wieś liczy kilkuset mieszkańców, nie prowadzi do niej żadna droga nadająca się dla komunikacji samochodowej. Wszystkie wyprodukowane tu towary ludzie przenoszą do sąsiednich osad na plecach lub dowożą konno.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;"><a href="/wp-content/uploads/2001/05/CIMG1975.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-808" alt="w dole widoczny najgłębszy kanion świata" src="/wp-content/uploads/2001/05/CIMG1975-224x300.jpg" width="224" height="300" /></a>  Na obrzeżach Cabanaconde widoczne są ślady starej preinkaskiej twierdzy. Ruiny starych murów obronnych wznoszonych z kamienia bez użycia zaprawy osiągały kiedyś wysokość<br />
10 m. Dzisiaj wśród ruin można znaleźć wiele starych naczyń. Ruiny czekają na dokładne zbadanie i opisanie przez archeologów. Oczekiwanie to może być jeszcze długie, gdyż podobnych miejsc w Peru jest bardzo wiele.</span></span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-family: Tahoma,sans-serif;"><span style="font-size: small;">JAROSŁAW FISCHBACH</span></span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/dwudziestolecie-odkrycia-najglebszego-kanionu-swiata/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Himalajskie lekcje</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/himalajskie-lekcje/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=himalajskie-lekcje</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/himalajskie-lekcje/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 11 Oct 2000 11:11:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=625</guid>
		<description><![CDATA[Wiele spotkań z polskimi himalaistami, obejrzane filmy z wypraw w najwyższe góry świata, wspaniałe książki i reportaże o tematyce wysokogórskiej od lat wzbudzały chęć wyjazdu do Nepalu i poznania jednej z tras trekkingowych. Jest ich dość dużo, są bardzo zróżnicowane. Tymi wysokogórskimi ścieżkami turystycznymi można wybrać się pobliże większości szczytów ośmiotysięcznych. Można penetrować niżej położone [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Wiele spotkań z polskimi himalaistami, obejrzane filmy z wypraw w najwyższe góry świata, wspaniałe książki i reportaże o tematyce wysokogórskiej od lat wzbudzały chęć wyjazdu do Nepalu i poznania jednej z tras trekkingowych. Jest ich dość dużo, są bardzo zróżnicowane. Tymi wysokogórskimi ścieżkami turystycznymi można wybrać się pobliże większości szczytów ośmiotysięcznych. Można penetrować niżej położone tereny, dotrzeć do różnych plemion zamieszkujących zbocza Himalajów. Trasy trekkingowe często przekraczają wysokości 5000 m n.p.m., na przebycie ich potrzeba od 8-10 dni do ponad 4 tygodni.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0245.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-630" alt="himalajskie pejzaże" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0245-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a>Nasz wybór pada na jedną z krótszych i bardziej popularnych tras do Sanktuarium Południowej Annapurny. Dotarcie do tego punktu trwa około 5-7 dni, a powrót jest krótszy o 2-3 dni. Punktem wyjściowym jest niewielka wioska Naya Pul położona o godzinę jazdy samochodem z Pokhary. Poza małymi drewnianymi chatami tubylców jest tu duże turystyczne centrum usługowo-handlowe. Są tu liczne bary, restauracje, sklepy z artykułami spożywczymi, a także komisy ze sprzętem wysokogórskim. Bez problemu można tu nabyć buty górskie, raki, plecaki, namioty, śpiwory, butle gazowe i cały inny sprzęt potrzebny do wysokogórskiej wędrówki. Nie brakuje tu też lokalnych agencji turystycznych, w których można wynająć przewodnika, tragarzy, kucharzy, a także muły, które będą pomocne w transporcie bagażu. Jest też bardzo ważny punkt, w którym można zakupić permit czyli zezwolenie na wejście na szlak trekkingowy. Zezwolenie takie na dojście do Sanktuarium Południowej Annapurny kosztuje 1000 RpN tj. ok. 15 USD.</p>
<p>Wszystkie te ważne instytucje znajdują się w niewielkich drewnianych barakach. Zupełnie nas one nie interesują. Sprzęt wysokogórski mamy swój podobnie jak mapy i przewodniki, z wyżywienia zamierzamy korzystać w schroniskach. Daje to możliwość poznania miejscowej kuchni, a do tego ceny są bardzo umiarkowane. Ciepły, dwudaniowy posiłek, w schronisku to wydatek rzędu 1-2 USD. Z pomocy przewodników i tragarzy też nie zamierzamy korzystać, a permit wykupiliśmy już wcześniej w Pokharze. Inne „białasy”, a jest tu trochę turystów z różnych części świata: Słowacy, Szkoci, Australijczycy, Żydzi, Japończycy robią jeszcze ostatnie zakupy i wynajmują przewodników i tragarzy.<a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0199.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-650" alt="objuczona karawana mułów na szlaku" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0199-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a></p>
<p>Nas ciągnie już w góry. Startujemy z poziomu 1070 m n.p.m., a Sanktuarium Południowej Annapurny położone jest na wysokości ok. 4200 m n.p.m. Czyli do podejścia jest trochę ponad 3 km w górę. Już na początku szybko uczymy się himalajskiej orografii. Góry poprzecinane są licznymi, bardzo głęboko wciętymi dolinami rzecznymi, więc co rusz wysokość, którą zdobędziemy z takim wysiłkiem podchodząc do góry szybko tracimy schodząc do kolejnej doliny. Każdego dnia będziemy mijać po kilka takich rzek i rwących potoków himalajskich. Nasze wyjście w góry z Naya Pul zaczyna się od stromego zejścia do pierwszej doliny rzecznej. W dole widzimy dobrze nam znane z filmów i zdjęć słynne wiszące mosty himalajskie. Na przejście przez ten most musimy jednak długo oczekiwać, gdyż z przeciwnej strony idzie właśnie duża kawalkada obładowanych mułów, a one na pewno nie ustąpią pierwszeństwa trekkerom. Zwierzęta te widząc przed sobą strome podejścia usiłują się wycofać na mostach, poganiacze mają dużo pracy, a dla nas jest to okazja do zrobienia pierwszych himalajskich zdjęć. Zaczyna się pierwsze bardzo ostre i strome podejście, najpierw podchodzimy po ułożonych kamiennych schodach, a dalej wiodą nas do góry tradycyjne zakosy. Gdy wchodzimy na płaskowyż zaczynają się pola uprawne, na których pracują kobiety, ich narzędzia to motyki i sierpy. Kilka młodych kobiet ma na plecach przytroczone małe dzieci.<a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0207.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-652" alt="uprawa zbóz wysoko w górach" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0207-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Dostajemy tu kolejną lekcję himalajskiej geografii. Jest wczesne popołudnie na przełomie kwietnia i maja, a więc nadchodzi już powoli monsun, musi więc padać deszcz. Opad jest intensywny i trwa około dwóch godzin, dobrze, że w pobliżu jest zadaszona restauracja, w której wypijamy dobrą nepalską herbatę i regenerujemy nieco nadwątlone siły. Idąc dalej do góry mijamy kolejne himalajskie wioski, wszyscy witają nas bardzo serdecznie, kłaniają się trzymając złożone przed sobą dłonie i pozdrawiając nas tradycyjnym „namaste”.<a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0230.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-660" alt="namaste - himalajskie powitanie" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0230-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a> W pewnej odległości za nami idą tragarze, którzy na każdym naszym odpoczynku podchodzą do nas pytają o nasze siły i proponują swoje usługi. Miło ale zdecydowanie im odmawiamy, a oni dalej liczą na nasze zmęczenie. Tempo naszego podejścia nie jest imponujące, dużo szybciej poruszają się miejscowi tragarze, którzy często nas mijają. Podziwiamy ich nie tylko za tempo marszu i ogólną sprawność ale często za ubiór i sprzęt. Część z nich ma buty wysokogórskie ale bardzo wielu tragarzy wspina się w japonkach. Gdy zaczyna padać deszcz wyjmują ze swoich bagaży parasole. Towary na górę rzadko transportowane są w plecakach, częściej do tego służą worki, torebki foliowe. Największe nasze zdziwienie budzą tragarze, którzy na plecach dźwigają potężne druciane klatki, a w nich setki kur, które są podstawowym menu dla turystów.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0227.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-657" alt="mijamy kolejną wioską w Himalajach" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0227-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a>Po ośmiu godzinach wędrówki osiągamy w końcu Gest House Kimche położony na wysokości 1640 m  n.p.m. i tu zatrzymujemy się na nocleg chociaż według naszego planu powinniśmy dojść jeszcze trochę wyżej do  Ghandrungu, ale plecaki są ciężkie, a siły trochę nadwątlone.</p>
<p>Zrzucając z ramion plecaki możemy w końcu wypić zasłużone piwo i podziwiać wspaniałe himalajskie widoki, przed nami słynna, piękna Machupuchare – święta dla Nepalczyków i niezdobyta przez człowieka góra, a zaraz obok Annapurna. Widok zapiera dech, już dla niego warto było podjąć ten trud, a do tego mamy świadomość, że każdego dnia będziemy bliżej tej góry.</p>
<p>Po krótkim odpoczynku i podziwianiu himalajskich pejzaży pytamy właścicieli obiektu o pokoje. Dostajemy je bez problemu, cena abstrakcyjnie niska poniżej 1 USD, adekwatnie do warunków podłoga to klepisko, ściany pokryte glinianą zaprawą, a „w pokoju” znajdują się trzy prycze z siennikami i świeca. Brak elektryczności.  Po trudach wędrówki rozglądamy się za prysznicami i trafiamy do pomieszczenia z napisem hot shower, a tu wiadro z wodą, która kiedyś była letnia i niewielka miseczka do polewania się wodą. Kąpiel trwa krótko. Przy okazji odrabiamy kolejną himalajską „lekcję”, po rozmowie z gospodarzami dociera do nas, że kąpiąc się w zimnej wodzie postępujemy bardzo ekologicznie. Nie przyczyniamy się do niszczenia miejscowych lasów, gdyż podgrzewając wodę trzeba byłoby ją ogrzać na piecu, w którym pali się drewnem.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0033.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-638" alt="kobiety w Himalajach nie rozstają się ze swoimi najmłodszymi pociechami" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0033-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>Niestety nie do końca chronimy nepalską przyrodę gdyż decydujemy się na gorącą kolację. W niewielkim schronisku karta dań jest imponująca, do wyboru około 70 dań. Nie chcemy wydziwiać i wybierać zbyt skomplikowanych i czasochłonnych potraw, wszak jesteśmy mocno głodni i śpiący, tu daje o sobie znać różnica czasu pomiędzy Polską a Nepalem. Zamawiam zupę pomidorową i ryż z warzywami, okazuje się, że w kuchni brak pomidorów, więc kucharz wysyła małego, kilkuletniego chłopca do sąsiedniej wsi po pomidory. Po tak długo oczekiwanej kolacji wszystko nam bardzo smakuje.</p>
<p>W następnym dniu mamy do odrobienia niezrealizowany odcinek drogi. Wiemy już, że opisanych w przewodniku 10 godzin na przejście danego odcinka drogi, to faktycznie 10 godzin marszu, nie uwzględnia ono, tak jak u nas w Tatrach, czasu na odpoczynek czy posiłek. Wytrwale podążają za nami nasi chętni do podjęcia pracy tragarze. My jesteśmy podobnie wytrwali jak oni i zdecydowanie odmawiamy. Na szlaku mijamy wysokogórski posterunek policji, gdzie sprawdzają nam permity. Ciągle dobrze nam znane już podejścia i później zejścia do dolin rzecznych. Cały dzień góra – dół – góra. Po południu deszcz zwiastun monsunu. Wpadamy już w pewien rytm, idziemy też szybciej. Dziś są moje imieniny, chcemy być szybciej w schronisku i uczcić to bardziej wystawną kolacją. Już wiemy, że po przyjściu do schroniska w pierwszej kolejności należy zamówić posiłek i tak robimy, ale popełniamy kolejny błąd każdy zamawia inne danie. Jedzenie super, ale czekamy na nie dwie i pół godziny. Wcześniejsze przyjście do schroniska ma swoje niewątpliwe zalety, jedną z nich jest chociażby letnia woda do kąpieli. Przez cały dzień słońce zdążyło podgrzać wodę tak, że nadaje się do kąpieli. Chętnie korzystamy z tej odrobiny luksusu.</p>
<p>W oczekiwaniu na posiłek wdajemy się w dłuższą pogawędkę z miejscową kelnerką. Ta miła młoda kobieta jest bardzo zapracowana, w godzinach rannych pracuje w szkole jako nauczycielka m.in. uczy też geografii. Temat który nas bardzo interesuje, gdyż większość z nas jest geografami. Z zainteresowaniem wypytujemy o program realizowany na lekcjach geografii. Nauka tego przedmiotu ogranicza się praktycznie do najbliższej okolicy. Uczniowie winni posiąść wiedzę o dolinie, w której mieszkają, o najbliższych szczytach oraz o największej w pobliżu wiosce. Ta wiedza jest dla nich wystarczająca, po co mają się uczyć o ziemiach, do których nigdy nie dotrą. W szkole należy posiąść  wiedzę najbardziej użyteczną i przydatną w życiu. Mało kto z mieszkańców doliny był w pobliskiej Pokharze, nie mówiąc już o stolicy kraju Kathmandu.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0229.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-659" alt="odpoczynek młodego tragarza" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0229-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>W pierwszej chwili jesteśmy trochę zaskoczeni, ale po chwili uświadamiamy sobie postęp jaki tu się dokonał, ze w ogóle działają szkoły i rodzice posyłają do nich dzieci. Myślę, że w kolejnych latach  dalszy rozwój trekkingu i większa ilość turystów spowodują dalsze zmiany życia tutejszych plemion. Już dziś wielu mieszkańców doliny żyje z obsługi turystów, dla których zapewniają noclegi, wyżywienie, a także usługi przewodnickie oraz pełnią funkcję tragarzy. Stawki za w/w usługi nie są zbyt wygórowane nawet dla dość biednych turystów. Przewodnikowi za jeden dzień pracy trzeba zapłacić około 5 USD.</p>
<p>Ze względu na moje nadwątlone po malarii siły decydujemy się w końcu na skorzystanie z usług miejscowego przewodnika i tragarza. W dalszej wędrówce będą nam towarzyszyć dwaj miejscowi górale. Ken  to 38-letni Ghurung, o typowo tybetańskiej urodzie, z wyjątkowo ciemną karnacą skóry. Jest bardzo komunikatywny i kontaktowy dobrze mówi po angielsku. Od razu czujemy do siebie wzajemną sympatię. Ujmujemy go swoją bezpośredniością i brakiem barier w kontaktach. Dzięki temu udaje się nam zdobyć od Kena dużo ciekawych informacji.<a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0253.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-632" alt="na himalajskich szlakach " src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0253-300x200.jpg" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Dowiadujemy się od niego, że ma dużą rodzinę. Żona z trójką synów mieszka w Pokharze, gdzie w pobliżu lotniska prowadzi chińską restaurację. Ken stara się odwiedzać rodzinę raz w miesiącu. Na co dzień razem z siostrą prowadzi w Chomrungu niewielki hotelik i restaurację, a w Naya Pul ma 15 osłów, które wynajmuje tragarzom. Na ten niewątpliwy majątek zarobił pracując ponad 3 lata jako przewodnik górski w Korei. Dziś też chętnie wyrusza z turystami na himalajskie szlaki. Wielu z nich poza pieniędzmi, w dowód wdzięczności zostawia mu drobne upominki. Z jednego z nich jest bardzo dumny, ma stare mocno zużyte buty narciarskie, w których wyrusza z nami na wędrówkę.</p>
<p>Drugi towarzysz naszej eskapady to bardzo młody, 16-letni chłopak, który na co dzień pracuje na roli. Mongoł, bp tak brzmi jego imię, jest bardzo nieśmiały, nie zna angielskiego, jest z niższej kasty. Stara się cały czas trzymać na uboczu. Pełni tylko funkcję tragarza, w odróżnieniu od Kena, który okazał się dobrym przewodnikiem i wspaniałym strategiem. Udało mu się tak zaplanować naszą wędrówkę, abyśmy w dobrej formie i o właściwym czasie docierali do wszystkich docelowych punktów.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0220.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-656" alt="kolejny spotkany tragarz" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0220-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>Wchodzimy coraz wyżej zmienia się roślinność, klimat i krajobraz. W niższych partiach gór mogliśmy podziwiać pięknie, tarasowo położone pola uprawne, później weszliśmy w strefę miejscowej dżungli, gdzie towarzyszyły nam stada małp i ptaków, a także mogliśmy oglądać kwitnące różaneczniki- symbol miejscowych lasów. Wyżej zaczynały się już lodowce oraz typowy krajobraz związanych z ich działalnością, tj. moreny boczne i czołowe, jeziora polodowcowe, a także charakterystyczna U-kształtna dolina polodowcowa ze słynnymi wiszącymi mostami.</p>
<p>W ciągu dnia w słońcu temperatura jest dość wysoka, ale poranki i wieczory są już bardzo zimne. Wieczory są dość długie bo zmrok zapada już około 19, więc spędzamy je wspólnie z Kenem w schroniskowych jadalniach. Dzielimy się z nim smakołykami zabranymi z Polski, a sami chętnie poznajemy smaki miejscowych potraw. W oczekiwaniu na posiłek Ken śpiewa nam nepalskie piosenki, my uczymy go polskich. Widząc dobrą zabawę przyłącza się do nas właścicielka hoteliku, specjalnie dla nas zaczyna tańczyć. Robi się niezapomniana atmosfera, wieczór który będzie się długo wspominać. Inni turyści, głównie z Europy Zachodniej patrzą na nas dość dziwnie. Nie siedzą oni przy wspólnym stole ze swoimi przewodnikami i tragarzami, izolują się od nich. W dużym skupieniu planują sami kolejne dni, uzupełniają swoje notatki, grają w karty i czytają książki.</p>
<p>Po typowej nepalskiej kolacji tj. dalbacie czyli ryżu z warzywami i ostrym sosem chilli przychodzi pora na wieczorną modlitwę Kena. Modli się przy nas na buddyjskim „różańcu”, który jest bardzo podobny do islamskich. Modlitwa jest też jednocześnie pewnym rodzajem wróżby, przepowiedni. Wg Kena jutro ma być  pogodny doby do wędrówki dzień.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0256.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-633" alt="turystyczna baza na szlaku do Sanktuarium Annapurny" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0256-199x300.jpg" width="199" height="300" /></a>W nocy pada deszcz, poranek jest pochmurny, góry gdzieś zginęły w chmurach, ale później się rozpogadza. Przed nami wspaniały widok na Machapuchre – świętą górę Nepalczyków. Mijamy gaj bambusowy i fundamenty starego schroniska zniszczonego przez lawinę. W pewnym momencie idąc po niewielkim lodowcu, czuję jak firn pode mną się zapada i grzęznę po pas w śniegu czując jak w dole płynie podlodowcowy strumień. Wieczorem docieramy do pięknie położonego schroniska w Machapuchre Base Camp na wysokości 3750 m n.p.m. Po niewielkiej kolacji, bez wieczornej kąpieli szybko idziemy spać, do dyspozycji mamy drewniane leżanki, niezbyt wygodnie i jest do tego bardzo zimno. Pod parapetem okna zalega głęboka warstwa śniegu. Trzeba się zregenerować i oszczędzać siły po jutrzejsze podejście do Annapurna Base Camp.</p>
<p>Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, grubo przed świtem. Gdy inni jeszcze śpią, bądź leżą w śpiworach, my szybko wypijamy gorącą herbatę i ruszamy do góry. Ciężkie plecaki zostawiamy w schronisku, zabieramy tylko najbardziej potrzebny sprzęt i termosy z ciepłym piciem. Pogoda nam sprzyja, niebo bezchmurne. Początkowo widzimy góry oświetlone przez księżyc, później następuje bajeczny, kolorowy wschód słońca. Ken dba abyśmy nie szli zbyt szybko i pilnuje żeby we właściwy sposób rozłożyć siły. Jesteśmy w samym środku gór, gdzie nie spojrzeć piękne, majestatyczne, ogromne szczyty pokryte śniegiem i lodem. Jest tak pięknie, że nie czujemy trudów wędrówki, a podejście wydaje się nam wyjątkowo krótkie i łatwe. Jeszcze tylko konieczność wdrapania się na wysoką morenę i mamy możliwość podziwiania najwspanialszej himalajskiej panoramy. Przed nami: Annapurna I, Annapurna South III, Huinchuli, Machapuchare i inne nierozpoznane przez nas szczyty. Dla tego widoku, dla tej chwili warto było podjąć wszelkie trudy. Rozkoszujemy się tą chwilą, robimy liczne zdjęcia i cieszymy się samotnością w górach. Inni turyści nie zdążyli tu jeszcze dojść. Zaskakuje nas widok tragarza, który dotarł w to miejsce w japonkach.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0238.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-629" alt="miejsce kultu religijnego " src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0238-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>W schronisku położonym na wysokości 4230 m n.p.m. zjadamy śniadanie, widzimy docierających powoli turystów, a także chmury, w których zaczynają ginąć wspaniałe himalajskie szczyty. Zdajemy sobie wtedy sprawę, że pewnie gdyby nie nasz Ken, nie dotarlibyśmy tu tak wcześnie i nie moglibyśmy tak długo cieszyć się wspaniałymi himalajskimi panoramami.</p>
<p><a href="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0002.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-634" alt="z mgieł i chmur wyłania się ściana Annapurny" src="/wp-content/uploads/2000/10/skanowanie0002-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Jarosław Fischbach</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p align="right">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/himalajskie-lekcje/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tanzania &#8211; safari, Kilimabdżaro i Zanzibar</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 14 Nov 1998 15:15:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1183</guid>
		<description><![CDATA[Tanzania to kraj ciągle dla nas egzotyczny, niewielu Polaków go odwiedza. Należy przypuszczać, że ta sytuacja w najbliższych latach ulegnie zmianie. Jest to zakątek wyjątkowo atrakcyjny dla miłośników dziewiczej przyrody i atrakcyjnych przygód, a z drugiej strony nie brakuje tu również wspaniałych piaszczystych plaż położonych nad ciepłym i czystym Oceanem Indyjskim. Tanzania przez turystów postrzegana [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Tanzania to kraj ciągle dla nas egzotyczny, niewielu Polaków go odwiedza. Należy przypuszczać, że ta sytuacja w najbliższych latach ulegnie zmianie. Jest to zakątek wyjątkowo atrakcyjny dla miłośników dziewiczej przyrody i atrakcyjnych przygód, a z drugiej strony nie brakuje tu również wspaniałych piaszczystych plaż położonych nad ciepłym i czystym Oceanem Indyjskim. Tanzania przez turystów postrzegana jest głównie poprzez swoje olbrzymie parki narodowe pełne typowej dla tej strefy zwierzyny, najwyższą górę kontynentu &#8211; Kilimandżaro, a także wyspę Zanzibar.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>S  A F A R I     &#8211;     P A R K I    N A R O D O W E</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Tanzania posiada kilkanaście parków narodowych. Najbardziej znany z nich to olbrzymi Park Narodowy Serengeti leżący na pograniczu Tanzanii i Kenii. Jest to typowy wulkaniczny płaskowyż leżący na wysokości około 1500- 2000 m n.p.m. Na tej rozległej , porośniętej stepem równinie spotkać można stada wszystkich dzikich zwierząt żyjących w Afryce Wschodniej.</p>
<p>W związku z zaniechaniem polowań, stada te są niewyobrażalnie wielkie. Zwierzęta przemieszczają się bez najmniejszych przeszkód, nie ma tu farm, niewielkie osady afrykańskie należą do rzadkości, rozległe pastwiska porośnięte są drzewami sawanny. Trawy, zioła, a także akacje stanowią pożywienie dla milionów żyjących tu zwierząt roślinożernych: słoni, antylop gnu, zebr, gazeli, bawołów, żyraf. Nie brakuje tu również drapieżników : lwów, hien, gepardów, szakali , jak również drapieżnych i padlinożernych ptaków. Wody pełne są krokodyli, hipopotamów. Wzdłuż rzek spotkać można jedyne w tej części kontynentu lasy galeriowe.</p>
<p>W pobliżu Serengeti znajduje się jeden z najbardziej znanych kraterów świata Ngorongoro. Dno krateru leżącego na wysokości około 2500 m n.p.m. ma powierzchnię 260 km <sup>2</sup>, otoczone jest wysoką na 600 m krawędzią. Stanowi więc olbrzymi naturalny amfiteatr porośnięty sawanną. Jest siedliskiem podobnie jak Serengeti niezliczonej ilości gatunków fauny, zgrupowanej jednak na dużo mniejszej powierzchni, a więc łatwiejszej do obserwacji. Wiele biur i agencji turystycznych zajmuje się organizacją bezkrwawych safari wiodących przez różne parki narodowe w Tanzanii. Najlepszym punktem rozpoczęcia tych eskapad jest Arusha bądź Moshi. Turyści do dyspozycji dostają terenowe landrovery wraz z kierowcą, który pełni także funkcję przewodnika oraz kucharzem. Noclegi w zależności od zasobów finansowych i upodobań mogą być zagwarantowane w namiotach, bungalowach lub hotelach.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>K I L I M A D Ż A R O</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Drugą, niemniejszą atrakcją jest Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki &#8211; 5895 m n.p.m. Jest to najwyższa, wolnostojąca góra na świecie. Masyw położony jest prawie na równiku, w strefie gorącego tropikalnego klimatu, a szczyt jego pokryty jest grubą czapą lodową. U jego podnóża żyją zaś wszystkie charakterystyczne dla Afryki stada zwierząt. Góra ta stanowi wyzwanie dla wielu turystów, szlaki turystyczne wiodące ku szczytowi nie są zbyt trudne. Wejście na szczyt wymaga dobrej kondycji oraz znajomości zasad turystyki wysokogórskiej, nie ma tu dużych trudności wspinaczkowych. Choć na szczyt wiedzie kilkanaście różnych tras, to turyści wybierają zazwyczaj najłatwiejszą z nich tzw. Colca -Cola Route, przy której zlokalizowane są schroniska. Wędrówka na szczyt zajmuje około 3-5 dni, w zależności od długości czasu przeznaczonego na aklimatyzację. Zejście z wierzchołka zajmuje kolejne dwa dni. Wędrówki rozpoczyna się we wsi Marango na wysokości 1830 m n.p.m. na szczyt potrzeba się wspinać ponad 4000 m wyżej. Codzienna porcja podejść wynosi więc około 1000 m. Odpoczynek turyści mogą znaleźć w trzech wysokogórskich schroniskach: Mandara Hut &#8211; 2700 m n.p.m., Horombo Hut 3700 m n.p.m. i Kibo &#8211; 4750 m n.p.m. Z tego ostatniego schroniska, po krótkim kilkugodzinnym odpoczynku o północy rozpoczyna się start do ostatniego etapu wspinaczki, aby o świcie osiągnąć krawędź wulkanu.</p>
<p>Każda grupa wybierająca się w stronę szczytu obligatoryjnie dostaje do dyspozycji przewodnika turystycznego, kucharza i tragarzy, którzy wnoszą plecaki o wadze do 20 kg. Poza bagażami turystów wnieść muszą na górę wszystkie wiktuały potrzebne do sporządzania posiłków, a na wyższych wysokościach także wodę pitną oraz drewno na opał.</p>
<p>Z A N Z I B A R</p>
<p align="center">Zanzibar jedna z większych wysp u wybrzeży Afryki, położona na Oceanie Indyjskim znana jest głównie z pięknych piaszczystych plaż, upraw wonnych korzeni oraz handlu niewolnikami. Dostać się na wyspę można drogą morską z portu zlokalizowanego w dawnej stolicy Tanzanii Dar &#8211; es &#8211; Salaam wodolotem lub statkiem, bądź drogą powietrzną -samolotem. Rejs szybkim wodolotem jest tani i trwa zaledwie 1,5 godz.</p>
<p>   Największe miasto wyspy o tej samej nazwie Zanzibar robi duże wrażenie, jest miastem o specyficznym klimacie. Wyczuwa się tu na każdym kroku skrzyżowanie wielu kultur : afrykańskiej, europejskiej, hinduskiej i arabskie</p>
<p>Często obok siebie zlokalizowane są chrześcijańskie kościoły różnych wyznań, świątynia hinduistyczna i meczety.  Katedra wzniesiona została na miejscu starego targu niewolnikami. W ubiegłych stuleciach głównym towarem eksportowym wyspy byli czarni niewolnicy, rocznie sprzedawano ich około 50 tysięcy. Trafiali oni w różne miejsca, najczęściej w rejon Zatoki Perskiej i Morza Czerwonego, a także na plantacje w Ameryce Południowej oraz do Europy. Handel ten kwitł aż do początku XX stulecia.</p>
<p>Turyści odwiedzający miasto oczarowani są labiryntem wąskich, krętych uliczek, przy których stoją domy z pięknymi, masywnymi, drewnianymi drzwiami. Wszystkie bez wyjątku są ozdobione rzeźbami i mosiężnymi ćwiekami. Dzisiaj są jedynie ozdobami, ale przed laty stanowiły zabezpieczenia przed stadami bojowych słoni , wędrujących ulicami Zanzibaru. Patrząc na motywy rzeźb można zorientować się kto mieszka w danym domu. Muzułmanie mają wrota ozdobione motywami przyrodniczymi i geometrycznymi , wzory na drzwiach Hindusów są skromniejsze, mniej wyszukane.</p>
<p>Wyspa jest największym producentem wszelkiego rodzaju przypraw. Można je nabyć praktycznie w każdym sklepie, od ulicznych handlarzy, ale najprzyjemniej jest dokonać zakupów bezpośrednio na plantacjach. Wiele biur turystycznych organizuje specjalistyczne wycieczki, tzw. “Spice tour” w celu zwiedzenia plantacji.</p>
<p>Po zwiedzeniu wyspy dobrze jest udać się na kilkudniowy wypoczynek, najlepiej na wschodnie wybrzeże, gdzie zlokalizowane są najpiękniejsze plaże. Są one piaszczyste , szerokie , bezpośrednio przy linii brzegowej rosną okazałe palmy. Hoteli i ośrodków jest tu na szczęście jeszcze niewiele, można więc wypocząć w ciszy , kojącej atmosferze, bez tłumu ludzi , za stosunkowo małe pieniądze. W celu uatrakcyjnienia tego pobytu tubylcy organizują wycieczki w głąb oceanu, w celu zobaczenia raf koralowych, popływania wśród delfinów bądź w głąb wyspy , do rezerwatu małp.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/tanzania-safari-kilimandzaro-i-zanzibar/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Na dachu Afryki</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=na-dachu-afryki</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Jan 1998 15:41:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1191</guid>
		<description><![CDATA[Kilimandżaro legendarny &#8222;dach Afryki&#8221;. Kojarzy się zazwyczaj z przygodą, marzeniami o dalekich, egzotycznych podróżach. Najwyższy jego punkt czyli Uhuru Peak sięga prawie nieba, niewiele mu brakuje do wysokości 6000 m n.p.m. Jest to najwyższa wolno stojąca góra na świecie. Masyw położony prawie na równiku, (leży na 3o 05&#8242; szerokości geograficznej południowej) w strefie gorącego tropikalnego [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="center">
<p><i>   Kilimandżaro legendarny &#8222;dach Afryki&#8221;. Kojarzy się zazwyczaj z przygodą, marzeniami o dalekich, egzotycznych podróżach. Najwyższy jego punkt czyli Uhuru Peak sięga prawie nieba, niewiele mu brakuje do wysokości 6000 m n.p.m. Jest to najwyższa wolno stojąca góra na świecie. Masyw położony prawie na równiku, (leży na 3<sup>o</sup> 05&#8242; szerokości geograficznej południowej) w strefie gorącego tropikalnego klimatu pokryty jest w partiach szczytowych grubą czapą lodową. U jego podnóża zaś żyją stada zwierząt charakterystyczne dla strefy równikowej: żyrafy, słonie, lwy, antylopy. </i></p>
<p><i>  Kilimandżaro, w języku suahili znaczy &#8222;Błyszcząca Góra&#8221; , &#8222;Biała Góra&#8221;. Pierwsza wzmianka o tym szczycie pochodzi z roku 1848, kiedy to górę odkrył niemiecki misjonarz Johannes Rebmann. Pierwsze wejście na szczyt było dziełem Niemców Hansa Meyera i jego przewodnika Ludwiga Purtschellera, w roku 1989.</i></p>
<p><i>   Dróg prowadzących na &#8222;dach Afryki&#8221; jest 9, są one zróżnicowane pod względem trudności. Najłatwiejszy szlak wiodący przez trzy schroniska górskie nazywany jest &#8222;Coca &#8211; Cola Route&#8221;, zaś najtrudniejsza &#8222;namiotowa trasa&#8221; ochrzczona została jako &#8222;Whiski Route&#8221;.</i> <i>Nasza droga rozpoczyna się w wiosce Marango położonej na wysokości 1830 m n.p.m. na granicy pól uprawnych i dżungli tropikalnej. Dookoła wsi rozciągają się liczne pola uprawne. Urodzajna gleba wulkaniczna, a także duża wilgotność powietrza i wysokie opady sprzyjają rozwojowi rolnictwa. Uprawia się tu głównie kawę, banany i sizal. Miejscowa ludność znajduje także możliwość dodatkowego zatrudnienia przy organizacji wejść na szczyt Kilimandżaro.</i></p>
<p><i>   Każda z grup wchodzących na teren Parku Narodowego Kilimandżaro musi korzystać z usług miejscowych przewodników, tragarzy i kucharzy. Dla grupy pięcioosobowej mamy przydzielonych do obsługi 13 tubylców :10 tragarzy, kucharza, przewodnika i jego asystenta.</i> <i>Tragarz może zabrać bagaż ważący 20 kg. Każdy z plecaków jest dokładnie ważony, gdy jest on lżejszy niż przewidywany limit należy go dopełnić. Poza naszymi plecakami tragarze wnoszą również potrzebne do sporządzania posiłków wiktuały : ryż, makaron, owoce, warzywa, mięso, jajka, cukier, herbatę, kawę itp.</i> <i>Dźwigają także drewno na opał, a na wyższych wysokościach również wodę pitną.</i></p>
<p><i>   Wiek tragarzy jest mocno zróżnicowany od kilkunastoletnich chłopców po 50-latków. Podobnie ich ekwipunek turystyczny, są tragarze idący w górę w japonkach, powiązanych sznurkami, w rozpadających się adidasach, ale nie brakuje też szczęśliwców, którzy jako bakszysz otrzymali od turystów prawdziwe buty wysokogórskie. Wejście do Parku Narodowego utworzonego w 1973 roku znajduje się na wysokości 1830 m n.p.m. Wchodząc na jego teren przechodzi się przez Marango Gate, obok której stoi pomnik pierwszego zdobywcy szczytu Meyera. Jest tu zlokalizowane także stanowisko związków zawodowych miejscowych tragarzy. To właśnie tu następuje ważenie każdego bagażu. Sposoby wnoszenia bagaży przez tragarzy są bardzo zróżnicowane Najczęściej wnoszą oni plecaki bądź cały pakunek ładują do drewnianych nosiłek, ale czasami zdarza się, że turysta powierzy im do wniesienia torbę podróżną bądź walizkę. Część pakunków wnoszona jest także w foliowych torebkach. Widzieliśmy też tragarzy niosących związane sznurkiem platonki z setkami jajek. Wiele bagaży wnoszonych jest na głowach tragarzy.</i></p>
<p><i>Pierwszy dzień naszej wędrówki wiedzie przez piękny wysokopienny, wilgotny las tropikalny. Jest gorąco, duszno i parno. Wielka różnorodność gatunków drzew, podziwiamy figowce, drzewa kamforowe, eukaliptusy, wysokie 3 &#8211; 4 metrowe drzewiaste paprocie. Wokół bogate podszycie, zwisające z drzew potężne liany. Obok nas biegną krzykliwe stada małp. Do naszych nosów docierają różnorodne gamy zapachów.</i> <i>Codzienna marszruta na najbliższe dni, to 1 km w górę. Pierwszy odcinek jest wyjątkowo łatwy</i> <i>i przyjemny. Jego przejście zajmuje nam zaledwie 3 godz., w trakcie których osiągamy najniżej położone schronisko Mandara Hut, leżące na wysokości 2700 m n.p.m. Składa się ono</i> <i>z głównego drewnianego budynku, w którym na dole ulokowano schroniskową jadalnię, a nad nią znajduje się duża 20-to osobowa sala noclegowa. Dookoła sporo mniejszych drewnianych domków z 4-6 miejscami noclegowymi. Jest też osobny pawilon sanitarny. Energia elektryczna w schronisku pochodzi z zainstalowanych tu baterii słonecznych.</i></p>
<p><i>   W czasie gdy my wypoczywamy, po niewielkich trudach pierwszego dnia wędrówki nasi kucharze intensywnie pracują przy przygotowaniu solidnej trzydaniowej kolacji.</i> <i>W schronisku międzynarodowe towarzystwo, spotkać tu można turystów dosłownie ze wszystkich kontynentów. Najliczniej reprezentowani są Niemcy, ale nie brakuje również Amerykanów, Japończyków, Australijczyków.</i> <i>Wieczorem mniej więcej o tej samej godzinie wszyscy usiłują spotkać się w jadalni, przy kolacji. Miejsc przy stołach jest znacznie mniej niż chętnych. Walkę o miejsca przy stole dla swoich klientów rozpoczynają kucharze poszczególnych grup.</i></p>
<p><i>  Następnego dnia, od samego rana podziwiamy jeden z najniżej położonych w masywie Kilimandżaro kraterów &#8211; Maundi. Jest on jednym z ponad 200 pasożytniczych kraterów znajdujących się w masywie Kilimandżaro. Jest on niewielki, jego średnica wynosi około 150 m, zarośnięty jest wysokimi trawami i krzewami. Rozpościera się stąd wspaniały widok na wysoką, mocno poszarpaną grań Mawenzi. Dookoła łąki porośnięte różnobarwnymi kwiatami. Wkraczamy w nowe piętro roślinne tzw. sawannę alpejską. Dominują tu różne gatunki krzewów, głównie z rodziny cyprysowatych oraz kwitnące na biało wysokie protee.</i></p>
<p><i>   Po dwóch godzinach marszu widoczność staje się dużo gorsza, niebo pokrywa się chmurami, które &#8222;schodzą&#8221; coraz niżej.</i> <i>Jest to normalny typ pogody w masywie Kilimandżaro, rozległe wspaniałe panoramy można tu podziwiać tylko wcześnie rano bądź tuż przed zachodem słońca. Przez pozostałą część dnia widoczność jest mocno ograniczona. Tak duży i rozległy masyw górski oddalony zaledwie o 250 km od Oceanu Indyjskiego powoduje zatrzymanie się na jego stokach wilgotnych mas powietrza. Ścieżka którą idziemy coraz częściej przecina koryta niewielkich potoków spływających spod szczytu &#8222;dachu Afryki&#8221;. Tam gdzie pojawia się więcej wody spotykamy od razu wysokie drzewiaste rośliny &#8211; senacje. Kilkumetrowe kaktusopodobne rośliny mają smukły pień z którego w górnej części wyrastają krótkie ostro sterczące do góry liście. Osiągamy wysokość około 3700 m n.p.m. i zbliżamy się do kolejnego schroniska Horombo Hut.</i></p>
<p><i>  Schronisko jest dwukrotnie większe niż Mandara Hut, gdyż nocują w nim zarówno grupy idące do góry, jak i schodzące z wierzchołka, a także turyści którzy zaplanowali sobie dzień aklimatyzacji przed szczytowym atakiem. Spotykamy tu uśmiechnięte twarze szczęśliwców którym udało się wejść na sam wierzchołek, ale także smętnych turystów, którym decydujące podejście nie wyszło. Część ludzi wypoczętych, inni zaś skrajnie wyczerpani.</i></p>
<p><i>  Czuję coraz większy respekt przed Wielką Górą, wspólnie zastanawiamy się do której z grup będziemy się sami zaliczać za trzy dni. Następny dzień poświęcamy na aklimatyzację i na &#8222;lekko&#8221; bez plecaków podchodzimy pod grań Mawenzi na wysokości ok. 4700 m n.p.m. Najwyższy punkt </i> <i>w grani Mawenzi na wysokość 5149 m n.p.m. Jest on nieosiągalny dla zwykłych turystów, aby wejść na strome ściany, poddawane intensywnej erozji potrzebny jest specjalistyczny sprzęt wspinaczkowy.</i></p>
<p><i>  Jak się później okaże ten dzień poświęcony na aklimatyzację będzie dla nas zbawienny. Wieczorem siedząc przed schroniskiem podziwiamy panoramę widocznego po raz pierwszy wierzchołka Kilimandżaro. Na tej wysokości odczuwamy już bardzo dużą dobową amplitudę temperatur. W ciągu dnia miło jest się wygrzać w promieniach słońca. Zaś po zachodzie słońca temperatura szybko spada poniżej 0<sup>o</sup>C. W południe ciepło jest gdy wędruje się w podkoszulce</i> <i>z krótkim rękawem, zaś w nocy przydają się ciepłe swetry i puchowe śpiwory.</i></p>
<p><i>  Kolejny dzień to mozolne, powolne podchodzenie do najwyżej położonego na wysokości </i> <i>ok. 4750 m n.p.m. schroniska Kibo. Pomimo stosunkowo łatwego, niezbyt stromego podejścia tempo marszu jest dość powolne. Podświadomie wszyscy oszczędzamy siły. Na wysokości </i> <i>ok. 4000 m n.p.m. żegnamy ostatnie lobele i wchodzimy w nowe piętro roślinne &#8211; łąki wysokogórskie. Tu znajduje się także ostatnie miejsce gdzie można zaopatrzyć się w wodę. Przy niewielkim źródełku zlokalizowano tabliczkę z napisem &#8222;Last warter point&#8221;. Łąki zajmują niezbyt rozległe tereny, dość szybko je mijamy i od wysokości 4400 m n.p.m. na której znajduje się przełęcz zwana Siodłem rozpoczyna się obszar pustyni wysokogórskiej, pozbawionej praktycznie wszelkiej roślinności. Są tu olbrzymie pola lawowe z licznymi, potężnymi kilkunastometrowymi głazami wyrzuconymi z głębi krateru. Krajobraz iście księżycowe. W takiej scenerii zbliżamy się do schroniska Kibo. Są tu olbrzymie pola lawowe z licznymi, potężnymi kilkunastometrowymi głazami wyrzuconymi z głębi krateru. Krajobraz iście księżycowy. W takiej scenerii zbliżamy się do schroniska Kibo.</i></p>
<p><i>  Parterowe kamienne schronisko dysponuje pięcioma 12-osobowymi pokojami z piętrowymi łóżkami. Nie ma tu bieżącej wody.</i> <i>O myciu nie ma już mowy. Szykujemy się do nocnego wyjścia w stronę szczytu. Dokonujemy dokładnej selekcji zabieranego sprzętu oraz ubrania. Nie chcemy zabrać zbytecznych rzeczy,</i> <i>a jednocześnie nie możemy pozwolić sobie na zapomnienie o czymś co może być niezbędne.</i> <i>W małym podręcznym plecaku mam aparat fotograficzny, kamerę video, zapasowe filmy </i> <i>i kasety, okulary przeciwsłoneczne, trochę słodyczy i owoców.</i></p>
<p><i>  Około 18 <sup>00</sup> jemy ostatni ciepły posiłek i kładziemy się na krótki odpoczynek. Na tej wysokości</i> <i>i przy tych emocjach nie ma mowy o spaniu, zapadamy w lekką, co trochę przerywaną drzemkę. Wstajemy tuż przed północą. Ubieramy się grubo &#8222;na cebulę&#8221;, kilka warstw ubrań. Czekające nas temperatury będą bardzo zróżnicowane. W nocy ma być bardzo zimno, kilkanaście stopni poniżej zera i bardzo silny wiatr, zaś przy zejściu około południa, gdy słońce będzie w zenicie należy się spodziewać bardzo wysokich temperatur.</i></p>
<p><i>Przed nami cała noc, w trakcie której powinniśmy pokonać ponad 1100 m różnicy wysokości. Początkowo jest bezwietrznie, dość ciepło i bardzo jasno, księżyc jest w pełni. Podchodzimy bardzo wolno, jest dość stromo. Idziemy gęsiego, widząc przed sobą tylko nogi osoby idącej przed nami. Kolumnę naszą prowadzi przewodnik, a zamyka ją jego asystent. Z każdą chwilą tracimy wątłe już siły, wysokość zdobywamy bardzo wolno. Czujemy, że powietrze jest coraz bardziej rozrzedzone, zaczyna brakować tchu, pojawiają się bóle głowy, mdłości, nogi jak z waty i coraz większe wątpliwości czy ta eskapada nie jest ponad nasze siły. Podchodzimy po ruchomym piargu, popiołach wulkanicznych i pokrywach lawowych. Buty zapadają się głęboko w to ruchome podłoże. Te głęboko wcięte, erozyjnie doliny noszą nazwę barrancos. Idzie się po nich coraz trudniej Aż tu nagle słyszymy prośbę od jednego ze współtowarzyszy &#8222;&#8230; podnoście wyżej nogi bo strasznie kurzycie&#8230;&#8221;</i></p>
<p><i>Nie mamy nawet siły na głośny śmiech, ale każdy uśmiecha się głęboko w duszy. Bez przerwy spoglądamy na sąsiednią grań Mawenzi i ciągle zdajemy sobie sprawę, że nie osiągnęliśmy jeszcze jej wysokości &#8211; 5150 m n.p.m. Wiemy, że dokładnie na tej wysokości będziemy mieli chwilę wytchnienia i odpoczynku w grocie Meyera. Gdy do niej docieramy nasi przewodnicy częstują nas łykiem gorącej herbaty.</i></p>
<p><i>Świt już tuż, tuż, a przed nami ostatnie podejście, najbardziej stromy i eksponowany odcinek drogi Przed świtem robi się upiornie zimno, wzmaga się lodowaty, porywisty wiatr. Nasila się kryzys. Punkt Gillmansa, czyli krawędź krateru osiągamy prawie równo ze wschodem słońca. Usiłujemy się ukryć w załomach skalnych, i znaleźć miejsce na chwilowy odpoczynek. Nie jest to jednak takie proste, gdyż wielu z naszych poprzedników przeżyło tu jeszcze większy kryzys, dosięgały ich tu torsje. Podziwiamy za to jeden z piękniejszych wschodów słońca jaki udało nam się przeżyć. Olbrzymia czerwona kula wynurza się z za masywu Mawenzi. Z punktu Gillmansa podziwiamy rozległą krawędź krateru zewnętrznego, którego średnica wynosi ponad 2 km. W jego południowej części znajduje się kulminacja Uhuru Peak, czyli szczyt wolności &#8211; 5895 m n.p.m.</i></p>
<p><i>   Zdobywamy się jeszcze na jeden wysiłek i powoli wyruszamy w jego stronę. Po drodze mijamy rozległe pola lodowe podziwiając jak bardzo zróżnicowany kolorystycznie może być lód od przeźroczystego poprzez biel, seledyn do zieleni. Powierzchnia 11 znajdujących się tu lodowców w ostatnich latach uległa systematycznemu zmniejszeniu, jest to efekt ocieplania się klimatu. Powierzchnie lodowców wykazują też duże wahania w ciągu roku, w porach intensywnych opadów zwiększają się, by w okresach suszy kurczyć się. Po drodze mijamy też duże pola penitentów &#8211; lodowych iglic o wysokości do kilkudziesięciu centymetrów. Poza Kilimandżaro penitenty występują jeszcze tylko na zboczach Acanacaquy. W końcu o 7<sup>30</sup> udaje się nam stanąć w najwyższym miejscu całej Afryki, u naszych stóp cały ten rozległy kontynent. Jest jeszcze wczesny poranek, toteż widoczność jest bardzo dobra, podziwiamy rozległe panoramy. Na wierzchołku miłe spotkanie z rodakami, którzy weszli na szczyt inną drogą. Kilimandżaro należy w tej chwili do Polaków. Przeżywamy chwilę euforii, oszukujemy organizm i chwilowo zapomina on w uniesieniu o chorobie wysokogórskiej . Dokonujemy wpisu do księgi pamiątkowej umieszczonej w solidnej drewnianej skrzyni. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Proszę naszych znakomitych przewodników, aby pozowali do zdjęcia z egzemplarzem “Poznaj Świat” na okładce, którego widnieje &#8230;.. Kilimandżaro. Powoli wraca świadomość, złe samopoczucie, wszelkie objawy choroby wysokogórskiej. Najlepszym lekarstwem, a praktycznie jedynym jest jak najszybsze zejście na niższe wysokości. Schodząc do schroniska Kibo, widząc dobrze drogę, którą pokonaliśmy w nocy zdajemy sobie dopiero sprawę z trudów tej eskapady.</i></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/na-dachu-afryki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kilimandżaro cz. IV &#8211; Podnoście wyżej nogi bo strasznie kurzycie, czyli nocne wejście na szczyt</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Dec 1997 15:24:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1187</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Wstajemy kilka minut przed północą. Ubieranie się trwa krótko, bo leżeliśmy już odziani w kilka warstw ubrań. Nasi przewodnicy podają nam gorącą herbatę i po kilka herbatników. O północy stoimy przed schroniskiem, gotowi do wymarszu. Czeka nas tym razem podejście ponad 1100 m w górę, trasa jest ciężka z ostrymi podejściami. Ścieżka zakosami wznosi [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Wstajemy kilka minut przed północą. Ubieranie się trwa krótko, bo leżeliśmy już odziani  w kilka warstw ubrań. Nasi przewodnicy podają nam gorącą herbatę i po kilka herbatników. O północy stoimy przed schroniskiem, gotowi do wymarszu. Czeka nas tym razem podejście ponad 1100 m w górę, trasa jest ciężka z ostrymi podejściami. Ścieżka zakosami wznosi się ostro ku górze. Zaskakuje nas temperatura powietrza jest stosunkowo ciepło, tylko kilka stopni poniżej 0<sup>o</sup>C. Pięknie rozgwieżdżone niebo i księżyc w pełni oświetlają doskonale nasza trasę. Przygotowane wcześniej latarki okazują się niepotrzebne. Jest prawie bezwietrznie. Przewodnicy ustawiają nas w szeregu, na czele idzie Arusha główny przewodnik, za nim kobiety, a grupę &#8222;zamyka&#8221; &#8211; Alfred &#8211; asystent przewodnika. Idziemy wolno, tak aby tracić jak najmniej sił, wydaje się nam, że wysokość zdobywamy dość szybko. Dopiero rzut oka na widoczny cały czas Mawenzi uświadamia nam na jakiej wysokości jesteśmy. Cały czas poniżej 5100 m n.p.m. wpływa to na nas deprymująco, jeszcze tak wysoko, tak dużo podejść aby osiągnąć wymarzony punkt Gillmansa, czyli krawędź krateru.</p>
<p>Księżyc świeci nam prosto w twarz, idąc do góry widzimy cień swojego poprzednika, jest on naszym drogowskazem. Staramy się utrzymać właściwy rytm, tempo marszu, regulować swoje oddechy. Wchodzimy w stosunkowo wysoki żleb wypełniony żwirem i piaskiem. Sił ubywa, idzie się coraz trudniej, zaczyna brakować tchu. To pierwsze symptomy choroby wysokogórskiej. Robi się coraz chłodniej, czujemy silne podmuchy zimnego wiatru. Nagle z tyłu rozległa się prośba jednego ze współtowarzyszy wyprawy, &#8222;podnoście wyżej nogi, bo strasznie kurzycie&#8221;. Dobrze nam robi krótki odpoczynek. W załomach skalnych osłonięci od wiatru wypijamy po kilka łyków gorącej herbaty. W dole widać światła leżącego u podnóża Kilimandżaro &#8211; Moshi oraz pożar dżungli w okolicach schroniska Mandara, w nocy wygląda to niesamowicie.  W końcu widzimy, że osiągnęliśmy już wysokość Mawenzi, czyli trochę ponad 5 100 m n.p.m. Jest 3 <sup>00</sup> w nocy, do świtu pozostało około 3 godzin i tyle powinno nam wystarczyć na osiągnięcie punktu Gillmansa.</p>
<p>Sił jednak coraz mniej, w końcu przydają się bezużyteczne do tej pory kijki narciarskie. Robi się coraz zimniej, zaczynają drętwieć z zimna palce u nóg. Podejście staje się jeszcze bardziej strome, księżyc ginie za krawędzią krateru, robi się ciemniej i coraz bardziej wietrzenie. Czuję, że zaczynam tracić siły. Czy dam radę ? Do szczytu już niedaleko, nie mogę wycofać się pierwszy, muszę pokonać pierwsze oznaki kryzysu. Momentami tracę świadomość, widzę tylko buty kolegi idącego przede mną. Jedynym problemem w tej chwili jest świadomość by nie stracić tych butów z pola widzenia. Tak mijają kolejne dwie godziny. Większość z nas przeżywa takie chwile załamania, niepewność i słabość. Otuchy dodaje nam najsilniejszy w grupie, to bardzo pomaga w tych trudnych chwilach. Jeszcze ostatnie bardzo strome podejście i tuż przed świtem jesteśmy na krawędzi krateru, osiągnęliśmy punkt Gilmansa leżący na wysokości 5685 m n.p.m. Chronimy się przed silnym wiatrem za jednym z załomów skalnych, za moment będę mógł podziwiać jeden z piękniejszych wschodów słońca, olbrzymia czerwona kula wynurzy się z za masywu Mawenzi wspaniale go oświetlając.</p>
<p>Wielu z naszych poprzedników osiągnęło punkt Gillmansa, w podobnej lub jeszcze gorszej formie stąd wiele miejsc jest pokrytych grubą warstwą wymiocin. Zbieramy trochę sił by sobie wzajemnie pogratulować. Jest tak zimno, że nie ma sensu dalej tu tkwić, z ulgą myślę o zejściu w dół. Z drugiej strony świadomość, że do najwyższego punktu Kilimandżaro Uhuru Peak leżącego na wysokości 5895 m n.p.m. pozostało jeszcze półtorej godziny marszu nie daje mi spokoju. Za namową pozostałej części naszej ekipy wszyscy ruszamy dalej ku głównemu wierzchołkowi. Rozległe dno krateru, krawędzią którego idziemy do góry, pokryte jest ciemnymi, ciężkimi skałami wulkanicznymi i grubym kilku, kilkunastometrowym lodowcem. Co za wspaniały widok, jakże różne są jego barwy od przeźroczystego lodu poprzez biel aż do zieleni. Trawersując zbocze idziemy przez kilka minut osłonięci od wiatru. Chciałbym zrobić dużo zdjęć, ale brakuje siły. Przechodzimy przez słynne pole penitentów. Są tylko dwa miejsca na świecie, gdzie one występują, drugi znajduje się na stokach Aconcaguy, miałem okazję już je podziwiać.</p>
<p>Zaczynam się zataczać, tracić oddech, na ugiętych nogach, słaniając się wchodzę na szczyt. Co za szczęście, całej naszej grupie 5 os. udało się zrealizować plan wyprawy, chociaż mogło być jeszcze lepiej &#8211; wyjazd planowaliśmy w 8 osób z różnych względów zabrakło trójki. Na szczycie polskie spotkanie, o tej samej porze szóstka naszych znajomych z Poznania osiągnęła również &#8222;dach Afryki&#8221;, wchodząc na niego inną drogą. Robimy zdjęcia, rozwieszamy polski proporczyk, wpisujemy się do pamiątkowej księgi. W euforii odzyskuję na moment siły. Serdecznie nam gratulują nasi przewodnicy, my jesteśmy też im bardzo wdzięczni za pomoc i serdeczną, troskliwą opiekę. Uświadamiam sobie, że Arusha cały czas niósł moją kamerę, wypada mi z niej skorzystać. Dzięki temu ostatkiem sił robię kilka ujęć. Jeszcze tylko zdjęcia kolejnych pól lodowych, penitentów<br />
i w głowie kołacze się myśl aby jak najszybciej zejść w dół.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/kilimandzaro-cz-iv-podnoscie-wyzej-nogi-bo-strasznie-kurzycie-czyli-nocne-wejscie-na-szczyt/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przez chmury na &#8222;dach Afryki&#8221; &#8211; cz.III</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=przez-chmury-na-dach-afryki</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 07 Dec 1997 19:20:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1198</guid>
		<description><![CDATA[Zaraz po wyjściu ze schroniska Mandara Hut czekają nas pierwsze w tym dniu atrakcje. Droga do pierwszego oglądanego przez nas krateru w masywie Kilimandżaro &#8211; Maundi zajmuje zaledwie kwadrans. Krater jest niewielki, jego średnica ma około 150 m, jest on zupełnie zarośnięty trawami i krzewami. Rozpościera się stąd jedna z piękniejszych panoram na ginący w [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><b>     </b>Zaraz po wyjściu ze schroniska Mandara Hut czekają nas pierwsze w tym dniu atrakcje. Droga do pierwszego oglądanego przez nas krateru w masywie Kilimandżaro &#8211; Maundi zajmuje zaledwie kwadrans. Krater jest niewielki, jego średnica ma około 150 m, jest on zupełnie zarośnięty trawami i krzewami. Rozpościera się stąd jedna z piękniejszych panoram na ginący w chmurach wysoki, poszarpany szczyt Mawenzi. Dookoła łąki alpejskie porośnięte różnobarwnymi kwiatami. Widok który chce się zapamiętać na długie lata, bardzo kojący, uspakajający. Robimy liczne zdjęcia, kręcimy film chcemy przedłużyć chwilę pobytu w tym miejscu. Ruszamy jednak dalej, mijając po drodze duże połacie wypalonego lasu. Później podchodząc w nocy na szczyt Wielkiej Góry widzieć będziemy pożary lasów w masywie Kilimandżaro.</p>
<p>Podchodzimy do góry wąską gruntową ścieżką pnącą się niezbyt stromo do góry. Zgodnie z instrukcjami przewodnika idziemy wolno. Na wysokości około 3000 m n.p.m. wychodzimy z dżungli afrykańskiej i wchodzimy w nowe piętro roślinne tzw. sawannę alpejską. Dominują tu różne gatunki krzewów głównie z rodziny cyprysów oraz pięknie kwitnące proteę. Pod nami morze chmur i mgieł, które tworzy się przy górnej granicy lasu równikowego. Chmury &#8222;unoszą się&#8221; do góry, widoczność staje się bardziej ograniczona, robi się chłodniej. Do tej pory nie widzieliśmy koryt rzek i potoków górskich, teraz zaczynamy je przecinać. Pierwsze z nich są wyschnięte, pozbawione wody, wszak luty to koniec pory suchej. Wyżej położone potoki będą już niosły niewielkiej ilości wody. Roślinność staje się bardziej zróżnicowana poza rododendronami zaczynają pojawiać się wysokie senecje oraz kaktusopodobne lobele. Wśród chmur ukazuje się ponownie Mawenzi. Bezskutecznie wypatrujemy celu naszej eskapady krateru Kilimandżaro, cały czas jest on skryty w chmurach.</p>
<p>Jesteśmy na wysokości 3.720 m n.p.m. w środkowym schronisku Horombo Hut. Jest ono podobne do położonego niżej Mandara Hut, składa się z kilkunastu drewnianych domków dla turystów i osobnych zabudowań dla tragarzy, przewodników, kucharzy. Jest ono dwukrotnie większe niż Mandara gdyż nocują w nim grupy jadące do góry, schodzące ze szczytu, a także turyści którzy zdecydowali się na dzień aklimatyzacji na tej wysokości. Dzisiejsze podejście zajęło nam około 5 godzin, w trakcie których uporaliśmy się z kolejnym 1000 m wysokości, do szczytu zostało już, albo aż trochę ponad 2 km w górę.</p>
<p>Przed zachodem słońca giną chmury i naszym oczom ukazuje się w końcu szczyt Kilimandżaro. Widzimy go dopiero teraz po raz pierwszy. Z tej strony i o tej porze roku wygląda zupełnie inaczej niż na tradycyjnych zdjęciach. Pierwsze co zaskakuje to wydaje się, że powierzchnia lodowca jest znacznie mniejsza. Znów szybko zapada zmrok, wszyscy wokół szykują się do snu. Sąsiadom z za ściany przeszkadzają nasze rozmowy to też niewiele po 20  idziemy spać. Rytm dnia wyznacza nam słońce, chętnie się do niego dostosowujemy.</p>
<p>Decydujemy się na jednodniową aklimatyzację, następnego dnia wybieramy się na wycieczkę do podnóża Mawenzi. Pozostali turyści idą w stronę szczytu lub schodzą w dół. Czy ta zaplanowana przez nas aklimatyzacja będzie przydatna w decydujących chwilach wejścia na szczyt. Tego na razie jeszcze nie wiemy, ale ciągle czujemy duży respekt przed Górą. W początkowym odcinku drogi towarzyszą nam cały czas wspaniałe wysokie, smukłe lobele. Rano podobnie jak wieczorem niebo jest bezchmurne to też możemy podziwiać dwa wierzchołki zarówno Kilimandżaro i Mawenzi.</p>
<p>W połowie drogi mijamy charakterystyczny punkt tzw. Zebra Ponit, skałę w duże czarno &#8211; białe pionowe pasy. Kilkaset metrów dalej rozgałęziają się drogi wiodące do schroniska Kibo i pod Mawenzi. Przed nami istny teatr przyrody, sceneria zmienia się co chwilę. Widzimy całą rozległą, ostrą, poszarpaną i zaśnieżoną grań Mawenzi, za chwilę cały szczyt ginie w chmurach, by po niewielkim upływie czasu znów ukazać, tym razem tylko swoją część. Po 2,5 godz. spokojnego marszu docieramy pod ścianę Mawenzi, jesteśmy na wysokości ok. 4700 m n.p.m. czyli zaliczyliśmy swoją dzienną porcję tj. 1000 m wejścia w górę. Dalsze wejście na szczyt osiągalne jest tylko dla wspinaczy posiadających specjalistyczny sprzęt. Robimy długi odpoczynek w pobliżu małego, drewnianego schronu, chętnie pijemy herbatę z termosu, podziwiamy wspaniałe panoramy i ukradkiem zerkamy w stronę Kilimandżaro, który zginął już całkowicie w chmurach. Czy za dwie doby będziemy mogli podziwiać panoramę z jego wierzchołka ?  Po południu odpoczywamy w Horombo, obserwujemy pracę kucharzy, robimy zdjęcia, filmujemy oraz gramy w karty. Pełny relaks.</p>
<p>Kolejny dzień to podejście do najwyżej położonego schroniska Kibo. Można do niego dojść dwoma ścieżkami górną i dolną. Wybieramy ścieżkę dolną, gdyż nie chcemy częściowo dublować wczorajszej trasy. Na wysokości ok. 4000 m n.p.m. żegnamy ostatnie lobele, do których przywykliśmy. Wchodzimy w piętro łąk alpejskich. Jest ciepło, świeci słońce, humory dopisują, forma chyba też nienajgorsza, byleby tylko nie zapeszyć. Po 3 godzinach wędrówki osiągamy przełęcz na wysokości 4400 m n.p.m. zrywa się ostry wiatr, gwałtownie się ochładza, kończy się roślinność. Wchodzimy w strefę pustynną, pozbawioną zupełnie roślinności, co najwyżej gdzieniegdzie niewielkie suchorośla. Jesteśmy na rozległym płaskowyżu, cały czas widzimy cel naszej wyprawy, krawędź krateru. Chmury na tej wysokości nie przesłaniają już samego szczytu. Mijamy liczne grupy tragarzy i turystów, którzy schodzą już w dół. Ciekawe ilu z nich udało się wejść na szczyt. Około 14 <sup>00</sup> docieramy do najwyżej położonego schroniska Kibo, znajduje się ono na wysokości 4750 m n.p.m. Schronisko składa się z dwóch parterowych, murowanych budynków. Mniejszy z nich przeznaczony jest dla tragarzy i kucharzy, a większy dla turystów. Do ich dyspozycji jest pięć dużych 12- osobowych sal z łóżkami piętrowymi.</p>
<p>W schronisku nie ma bieżącej wody, potrzebne do posiłków jej zapasy wnoszone są przez tragarzy z dołu. O myciu nie ma już mowy. W schronisku towarzystwo międzynarodowe. Wyczuwa się pewien niepokój przed decydującym podejściem. Wszyscy dokładnie segregują rzeczy, które mają zamiar zabrać na górę. Szkoda byłoby o czymś zapomnieć, zabrać za dużo to niepotrzebne narażenie się na zbyteczny wysiłek. Szykuję także swój plecak, pakuję do niego aparat fotograficzny, kamerę video, zapasowe filmy, okulary przeciwsłoneczne, krem, trochę słodyczy i owoców &#8211; to cały potrzebny ekwipunek. Po 18 <sup>00</sup>  ostatni ciepły posiłek, mięso, makaron, kapusta z bakłażanem i ananasy na deser. Jemy mało, boimy się abyśmy nie mieli kłopotów z niestrawnością. W schronisku jest zimno do posiłku zasiadamy ubrani w grube kurtki, ciepłe czapki, rękawiczki. Jeszcze ostatni rzut oka na ginący w chmurach szczyt Mawenzi i około 19 <sup>00</sup> kładziemy się na krótki odpoczynek.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/przez-chmury-na-dach-afryki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przez dżunglę w stronę Kilimandżaro &#8211; cz.II</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/przez-dzungle-w-strone-kilimandzaro-cz-ii/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=przez-dzungle-w-strone-kilimandzaro-cz-ii</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/przez-dzungle-w-strone-kilimandzaro-cz-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 03 Dec 1997 19:12:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Tematy]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1194</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Nasza wędrówka w stronę &#8222;dachu Afryki&#8221; rozpoczyna się stosunkowo późno, z wioski Marango, gdzie znajduje się brama wejściowa do Parku Narodowego, wyruszamy ok. 14 00. Park Narodowy Kilimandżaro powstał w 1973 roku i ma powierzchnię ok. 756 km 2. Przy wejściu na szlak pomnik niemieckiego geografa Hansa Meyera pierwszego zdobywcy szczytu, czynu tego dokonał [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Nasza wędrówka w stronę &#8222;dachu Afryki&#8221; rozpoczyna się stosunkowo późno, z wioski Marango, gdzie znajduje się brama wejściowa do Parku Narodowego, wyruszamy ok. 14 <sup>00</sup>. Park Narodowy Kilimandżaro powstał w 1973 roku i ma powierzchnię ok. 756 km <sup>2.</sup> Przy wejściu na szlak pomnik niemieckiego geografa Hansa Meyera pierwszego zdobywcy szczytu, czynu tego dokonał on przed ponad 100 laty, w 1889 roku.</p>
<p>Przed nami zaplanowana na zaledwie 3 godziny wędrówka do pierwszego schroniska Mandara leżącego na wysokości ok. 2700 m n.p.m. Do pokonania mamy ok. 1000 m w górę. To będzie nasza stała codzienna &#8222;porcja&#8221; 1 km do góry, za to odcinki do przejścia będą już znacznie dłuższe. W pierwszym dniu wędrówki mamy możliwość podziwiania piękna dżungli afrykańskiej. Cały czas idziemy przez wysokopienny las tropikalny, bardzo duża różnorodność gatunków drzew. Mamy możliwość podziwiania figowców, drzew kamforowych, wysokich eukaliptusów, a także drzewiastych paproci.</p>
<p>Wokół bogate podszycie, zwisające z drzew liany. Na długich odcinkach drogi towarzyszą nam liczne stada krzykliwych małp. Poza nami nie widać innych turystów, grupy idące do góry wyszły znacznie wcześniej przed nami. Wracający z góry turyści też już dawno osiągnęli Marango. Są wśród nich usatysfakcjonowani, czyli ci którym udało się zdobyć najwyższy szczyt kontynentu, ale są również i ci co przełknęli gorycz porażki. Ciągle się zastanawiam do których będziemy my należeć. Czuję wielki respekt przed tym potężnym stożkiem wulkanicznym, czy będzie dla nas łaskawy, czy pozwoli nam wejść na niebotyczną dla nas wysokość prawie 6000 m n.p.m. Jeszcze kilka dni niepewności. Idziemy do góry stosunkowo szybko, nasze małe plecaki są lekkie, mamy tylko aparaty fotograficzne, kamerę video i mały prowiant na drogę. Tragarze z całą resztą dobytku są już wyżej, idą kilkanaście minut przed nami. Nasz przewodnik Arusha ciągle studzi nasz zapał i tempo marszu. Tłumaczy nam cały czas, żeby oszczędzać siły i iść znacznie wolniej.</p>
<p>Do takiego rytmu marszu musimy się już przyzwyczajać, aby w górze nie zabrakło tak potrzebnych wtedy sił. Pod koniec pierwszego dnia wędrówki roślinność zaczyna się trochę zmieniać wysokopienny las, staje się trochę niższy i czasami pojawiają się pierwsze wysokie na 3-4 m krzewiaste zarośla, jest to początek jak ją nazwaliśmy &#8222;afrykańskiej kosodrzewiny&#8221;.</p>
<p>Na wysokości ponad 2600 m n.p.m. mijamy tez stada wypasającego się w lesie bydła. Las rzednie wchodzimy na rozległą polanę, na której wybudowano w połowie lat 70-tych schronisko Mandara Hut. Składa się ono z głównego, drewnianego budynku, w którym na dole ulokowano schroniskową jadalnię, a na wyższej kondygnacji znajduje się duża 20 -to osobowa sala noclegowa. Dookoła dużo mniejszych 4 &#8211; 6 osobowych drewnianych domków. We wszystkich są rozlokowani już turyści. Dla naszych potrzeb dostajemy miejsca w położonym na uboczu murowanym pawilonie, w dużych kilkunastoosobowych salach wyposażonych w łóżka piętrowe. W schronisku międzynarodowe towarzystwo, spotkać tu można dosłownie turystów ze wszystkich kontynentów, najliczniej reprezentowani są Niemcy, ale nie brak również Japończyków, Australijczyków, Amerykanów, Nowozelandczyków. Wszyscy turyści wypoczywają po niewielkich trudach pierwszego dnia wędrówki, cieszą się wspaniałą przyrodą i myślą o najbliższych dniach. W trakcie kiedy my odpoczywamy nasi tragarze i kucharze nadal pracują. Po przyniesieniu do schroniska bagaży oraz wszystkich zabranych z dołu wiktuałów zabierają się do gotowania gorącej obiadokolacji. Do tego celu służył osobno wyznaczony sektor, w którym znajdują się duże metalowe paleniska, na których przyrządzane są wszystkie gorące posiłki. W sektorze tym zlokalizowano kilka drewnianych domków o niższym standardzie, służą one naszej obsłudze jako miejsca noclegowe. W czasie gdy nasi kucharze szykują posiłek my korzystamy z dobrodziejstw bieżącej wody i zmywamy z siebie grubą warstwę kurzu. Przy schronisku funkcjonuje kilka kamiennych zlewów z zimną bieżącą wodą, są też prysznice i porządne toalety.</p>
<p>Przed kolacją jest jeszcze czas na wypicie piwa. Płacić można w szylingach tanzanijskich lub w amerykańskich dolarach. Kurs oczywiście jest znacznie gorszy niż na dole, tu za 1 dolara otrzymuje się zaledwie 500 szylingów, a na dole o 100 więcej. Przed 20 dostajemy kolację. Nasi tragarze zabezpieczają dla nas specjalne miejsca przy stołach w jadalni. Stoły nakrywają serwetami, przynoszą lekką nietłukącą się plastikową zastawę, którą będą dalej wnosić dla nas do wyżej położonych schronisk. Jesteśmy głodni to też z dużą przyjemnością zjadamy obfity posiłek składający się z zupy z kurczaka, dużego kawałka gotowanego mięsa, ziemniaków oraz kapusty z marchwią. Na deser doskonała miejscowa kawa oraz owoce mango i arbuzy.</p>
<p>Na tej szerokości geograficznej, jesteśmy blisko równika, zmrok zapada szybko, temperatura znacznie się obniża. Obserwujemy jeszcze mocno rozgwieżdżone niebo, jakże odmienne od znanego nam z półkuli północnej i idziemy spać. Jutro już będziemy na wysokości ok. 3 700 m n.p.m.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>c.d.n.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/przez-dzungle-w-strone-kilimandzaro-cz-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
