<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>PolskimSzlakiem.pl</title>
	<atom:link href="/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://polskimszlakiem.pl</link>
	<description>PolskimSzlakiem.pl</description>
	<lastBuildDate>Fri, 25 Sep 2015 13:15:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>Szlakiem Skaldów</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/prezentacja-ksiazki-i-nietylko-9-listopada/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=prezentacja-ksiazki-i-nietylko-9-listopada</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/prezentacja-ksiazki-i-nietylko-9-listopada/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 25 Sep 2015 12:55:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1631</guid>
		<description><![CDATA[<a href="/wp-content/uploads/2015/02/szklakiem-skaldow.png"><img class="size-medium wp-image-1679 alignleft" alt="szklakiem-skaldow" src="/wp-content/uploads/2015/02/szklakiem-skaldow-300x147.png" width="350" height="170" /></a><b></b>
<p>

<b>Razem z Jackiem Kabatą oraz Mariuszem Szylakiem wytyczyliśmy nowe trasy turystyczne wiodące przez Kraków i okolice, a także przez Zakopane i Tatry. </b>Proponujemy wędrówki szlakami które kojarzą się ze Skaldami obchodzącymi w tym roku jubileusz 50. lecia powstania zespołu. Możliwość zakupu przewodnika w cenie 30 zł.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><a href="/wp-content/uploads/2015/02/szklakiem-skaldow.png"><img class="size-medium wp-image-1679 alignleft" alt="szklakiem-skaldow" src="/wp-content/uploads/2015/02/szklakiem-skaldow-300x147.png" width="333" height="163" /></a><b></b></p>
<p><b>Razem z Jackiem Kabatą oraz Mariuszem Szylakiem wytyczyliśmy nowe trasy turystyczne wiodące przez Kraków i okolice, a także przez Zakopane i Tatry. </b>Proponujemy wędrówki szlakami które kojarzą się ze Skaldami obchodzącymi w tym roku jubileusz 50. lecia powstania zespołu. Możliwość zakupu przewodnika w cenie 30 zł.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/prezentacja-ksiazki-i-nietylko-9-listopada/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Możliwość organizacji prezentacji multimedialnych na temat:</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/aktualnosc-2/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=aktualnosc-2</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/aktualnosc-2/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 06 Sep 2014 16:53:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=183</guid>
		<description><![CDATA[- Polaków w krajach Ameryki Południowej
- Polaków na świecie
- Polskich nazw na mapie świata
- W pustyni i w puszczy, w górach i na wodzie - największe przygody Jarosława Fischbacha
- Góry świata, Afryki, Andy ....
- Miasta Ameryki Południowej
- Afrykańskie szlaki: Madagaskar, Tanzania, Zanzibar, Maroko ...
- Indochiny ( Laos, Wietnam, Kambodża )
- Uroki Ameryki Południowej, Afryki, Azji ....]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>- Polaków w krajach Ameryki Południowej<br />
- Polaków na świecie<br />
- Polskich nazw na mapie świata<br />
- W pustyni i w puszczy, w górach i na wodzie &#8211; największe przygody Jarosława Fischbacha<br />
- Góry świata, Afryki, Andy &#8230;.<br />
- Miasta Ameryki Południowej<br />
- Afrykańskie szlaki: Madagaskar, Tanzania, Zanzibar, Maroko &#8230;<br />
- Indochiny ( Laos, Wietnam, Kambodża )<br />
- Uroki Ameryki Południowej, Afryki, Azji &#8230;.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/aktualnosc-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa geografów Uniwersytetu Łódzkiego &#8211; AZJA&#8217;78&#8243;</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/dodatek-historia-w-dzienniku-lodzkim/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=dodatek-historia-w-dzienniku-lodzkim</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/dodatek-historia-w-dzienniku-lodzkim/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 May 2014 20:07:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1600</guid>
		<description><![CDATA[<a href="/wp-content/uploads/2013/12/9.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-1620" alt="9" src="/wp-content/uploads/2013/12/9-150x150.jpg" width="150" height="150" /></a>9 maja ( piątek ) godz. 18.00 w Klubie Nauczyciela w Łodzi ul. Piotrkowska 137 zaprezentuję temat <b><span style="font-size: large;">"Wyprawa geografów Uniwersytetu Łódzkiego - AZJA'78"</span></b>. Będzie niepowtarzalna okazja spotkać się z uczestnikami wyprawy sprzed 36 lat!!!]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><a href="/wp-content/uploads/2013/12/9.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-1620" alt="9" src="/wp-content/uploads/2013/12/9-150x150.jpg" width="150" height="150" /></a>9 maja ( piątek ) godz. 18.00 w Klubie Nauczyciela w Łodzi ul. Piotrkowska 137 zaprezentuję temat <b><span style="font-size: large;">&#8222;Wyprawa geografów Uniwersytetu Łódzkiego &#8211; AZJA&#8217;78&#8243;</span></b>. Będzie niepowtarzalna okazja spotkać się z uczestnikami wyprawy sprzed 36 lat!!!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/dodatek-historia-w-dzienniku-lodzkim/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WYPRAWA  NA  DACH  ATLASU</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=wyprawa-na-dach-atlasu</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Nov 2013 12:11:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[W Górach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1481</guid>
		<description><![CDATA[Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Afryka każdemu globtroterowi może zaproponować wiele atrakcyjnych i magicznych miejsc. Jednak, aby wybrać się w afrykańskie góry wysokie propozycji jest stosunkowo niewiele. Najbliższe Europie góry to Atlas, pasmo położone w północnej części kontynentu, na przedpolu Sahary. Góry dzielą się na trzy równoleżnikowo położone pasma. Najbliżej wybrzeża Morza Śródziemnego znajduje się Atlas Średni, za nim Atlas Wysoki i dalej na południe Antyatlas.</p>
<p>Najwyższym szczytem Atlasu jest Jebal Toubkal  ( Dżabal Tubkal ) położony w Atlasie Wysokim, w odległości około 70 km na południe od Marrakeszu. Jego wierzchołek sięga 4.167 m n.p.m. Pierwsze wejście Europejczyków V. Bergera oraz M. Dolbeau na szczyt miało miejsce dopiero 12 czerwca 1923 roku. Polscy wspinacze dotarli tu niewiele później, bo w 1934 roku. Uczynił to w trakcie pierwszej polskiej wyprawy w góry Afryki. Na szczycie Tubkalu stanął organizator i kierownik wyprawy Kazimierz Dobrawski. Dżebal Tubkal znajduje się na terenie rozległego parku narodowego o powierzchni około 360 km<sup>2</sup>. To pierwszy założony na terenie dzisiejszego Maroka park narodowy, utworzony już w 1942 roku przez francuskich kolonizatorów.</p>
<p>Szlaki w Atlasie nie są wyznaczone tak precyzyjnie jak w naszych górach, ale dla turysty mającego wprawę w wędrówkach górskich przemierzanie ich nie powinno sprawić większego kłopotu. Są to zarówno krótkie jednodniowe szlaki, jak i kilkudniowe wędrówki górskie, w czasie których zdobyć można nieco niższe szczyty, podziwiać piękne panoramy. Jeśli ktoś ma obawy przed samodzielną wyprawą może skorzystać z pomocy tubylców. Chętnie przemienią się w przewodników, tragarzy, kucharzy… Proponują oni też różnorodne dodatkowe usługi i ułatwienia np. poznawanie gór z grzbietu konia, muła czy osła, wynajęcie mułów wraz z mulnikami. Atrakcję mogą też wzrosnąć, gdy na jednym z lokalnych targów kupimy muła, aby go później, po zejściu z gór odsprzedać. W Atlasie nie brakuje też osób, które wspinają się po urwistych ścianach gór, przemierzają szlaki na rowerach trekkingowych, a zimą korzystają z uroków narciarstwa zjazdowego.</p>
<p>Miesiące letnie są najdogodniejszym okresem na wędrówkę po masywie Tubkalu, gdyż na wysokich szczytach Atlasu nie ma pokrywy śnieżnej, a temperatura jest dodatnia. Minusem tego okresu jest stosunkowo duże natężenie ruchu turystycznego.</p>
<p>Na szczyt wiedzie kilka tras turystycznych, najbardziej popularna i dająca największy komfort to znaczy możliwość noclegów w schroniskach bądź kwaterach prywatnych zwanych tutaj <i>– gite,</i> <i> </i>wiedzie z berberyjskiej wsi Imlil położonej na wysokości około 1.740 m. n.p.m. Dysponując zaledwie kilkoma dniami przeznaczonymi na górskie eskapady decydujemy się na ten szlak. Inne trasy są zdecydowanie mnie oblegane przez turystów, jednak wybierając się na nie należy zabrać ze sobą namioty, nie ma tam żadnej stałej bazy noclegowej.</p>
<p>Po nocy spędzonej w Marrakeszu, wczesnym rankiem dojeżdżamy dwiema mniejszymi taksówkami tzw. <i>petit taxi </i>na obrzeża miasta<i>. </i>Taksówki tego typu kursować mogą tylko w granicach miasta.<i> </i>Tu wynajmujemy dużą taksówkę tzw. <i>grand taxi</i>, która może zabrać do 6 pasażerów. Kurs <i>grand taxi</i> zamówić można jedynie na specjalnym dworcu przygotowanym tylko dla tych pojazdów. W każdym marokańskim mieście taksówki pomalowane są na jednolity kolor, w różnych ośrodkach mają one odmienne barwy. W Marrakeszu są koloru jasnobrązowego. <i>Grand taxi </i>to zazwyczaj stare wysłużone mercedesy tzw. <i>beczki. </i>Po pojawieniu się naszej pięcioosobowej grupki na dworcu taxi robi się spory ruch, wiadomo, że zapowiada się nienajgorszy kurs.  Kierowcy zapraszają nas do swoich pojazdów, ale decyzję tu podejmuje szef dworca. <i> </i>Zamawiamy u niego kurs do Ansi, dużej wsi targowej położonej u podnóża masywu Tubkal.</p>
<p>Kierowca naszej taksówki jest starszy, nieogolony mężczyzna, w brudnym granatowym roboczym fartuchu, czapce bejsbolówce założonej na bakier. Wygląda niechlujnie i niesympatycznie. Na całej naszej grupie wywiera złe wrażenie. Nie mamy żadnego wyboru,  decyzję podjął kierownik dworca <i>grand taxi</i>, a jak się nam nie podoba to możemy nie jechać. Sposób obsługi i wygląd kierowcy wywołują u mnie wspomnienie sprzed 20 lat, gdy w Zakopanem kierowca decydował, których pasażerów zabierze do autobusu. Na szczęście te czasy bezpowrotnie za nami.</p>
<p>Wiemy, że z kierowcą trzeba z góry ustalić cenę za kurs. Widząc obcokrajowców stawka znacznie rośnie, ale my znamy obowiązującą taryfę za dojazd do Ansi. Wynosi ona 15 dirham od osoby i taką cenę ostatecznie ustalamy. Jest nas pięcioro więc mamy dopłacić za jedno niewykorzystane miejsce. Styl jazdy potwierdza nasze złe wrażenia. Każdy pojazd jadący przed nami staje się wrogiem, którego należy jak najszybciej wyprzedzić, a kto miał mniejszy bądź słabszy pojazd był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kilku mijanych motocyklistów omal nie wylądowało w przydrożnym rowie. Każdy spotkany na drodze pojazd to rywal, obowiązkowo trzeba z nim podjąć walkę. Wygrywa ten co ma silniejsze nerwy. Droga jest wyjątkowo kręta, widoczność bardzo ograniczona. Pojazdy pędzą środkiem jezdni, ścinają zakręty, trąbią, nikt nie zamierza ustąpić. W końcu, w ostatniej sekundzie ten bardziej tchórzliwy, ten o słabszych nerwach zjeżdża na bok.</p>
<p>W Ansi zmieniliśmy taksówkę i dalej do Imlil jedziemy już ze spokojniejszym kierowcą. Nawierzchnia drogi zupełnie inna, w asfalcie pojawiając się głębokie dziury, wyrwy, tempo jazdy spada. Jezdnia z każdym przejechanym kilometrem staję się węższa. Jadąc doliną Wadi Rhirtaia podziwiamy wspaniałe widoki wysokich szczytów Atlasu wśród których króluje nasz Tubkal.</p>
<p>W Imlil robimy ostatnie zakupy, kupujemy: pieczywo, sery topione, wodę mineralną. Sklepów, barów, kawiarni, schronisk i hoteli jest tu dużo. Ruch we wsi jest spory. Mieszkańcy okolicznych wiosek przyjechali tu samochodami, motocyklami, rowerami, na koniach, mułach bądź osłach, aby dokonać  zakupów. Jest też dużo turystów, zarówno Marokańczyków jak i gości z innych kontynentów. Ci którzy nie wychodzą w góry udają się  na duży kamping należący do CAF – Club Alpin Francaise.</p>
<p>Przedstawiciele lokalnych agencji turystycznych proponują nam swoje usługi. Aby nie dźwigać naszych plecaków możemy wynająć muły lub osły. Oferują nam wynajęcie przewodnika górskiego. Ceny tych usług nie są wygórowane, ale ambitnie liczymy na własne siły. Przedstawiciele komisów ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym nachalnie ciągną nas do swoich sklepów. Dowiadujemy się od nich jak wielu potrzebnych, niezbędnych wręcz sprzętów nam brakuje, a tu takie niskie ceny, taki duży wybór. Możemy tu zaopatrzyć się w : buty górskie, namioty, śpiwory, plecaki, a nawet raki i narty. Jedyny zysk z zaglądania do komisów to możliwość nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy właśnie zeszli ze szlaków turystycznych. Od nich uzyskujemy pożyteczne rady.</p>
<p>Dość późno wyruszamy w góry, nie spieszymy się. Aby lepiej zaaklimatyzować się zdecydowaliśmy się na dwa noclegi na trasie. Mamy nadzieję, że w ten sposób unikniemy choroby wysokogórskiej. W pierwszym dniu górskiej wędrówki chcieliśmy poznać  wioski berberyjskie i ich gościnnych mieszkańców. Berberowie to rdzenni mieszkańcy tych ziem, są tu od zawsze. Z tego dzielnego i dumnego ludu wywodzi się m.in. święty Augustyn filozof i teolog żyjący na przełomie IV i V stulecia . Zasłynął z tego, że w trakcie swojego żywota ani razu się nie spowiadał!</p>
<p>Początkowo prowadzi nas 10. letni mieszkaniec Imlilu, proponuje, że pokaże nam szczególną atrakcję. Przystajemy na tę propozycję i po kilkunastu minutach spaceru docieramy do wodospadów w pobliżu wioski. Jest to  wyjątkowe miejsce, gdzie spotykamy tubylców. Przyszli tu z małymi dziećmi, całymi rodzinami. Sporo jest też samotnych kobiet, są w różnym wieku. Jesteśmy mile zaskoczeni, gdyż nasza obecność nie wprawia ich w zakłopotanie.  Możemy bez problemu robić zdjęcia, co w Maroku nie zdarza się często.  Dzień jest słoneczny i ciepły więc my też z przyjemnością zażywamy kąpieli w zimnej, orzeźwiającej wodzie.</p>
<p>Następnie wąską ścieżką podchodzimy ostro do góry i wracamy na szlak wiodący na Tubkal, aby po kilkunastu minutach marszu dotrzeć do kolejnej wioski Armud. Jest ona pięknie wkomponowana w górskie zbocze, zabudowania położone są amfiteatralnie na wysokości 1.840 – 1.950 m n.p.m. Wieś otoczona jest sadami i ogrodami. Wilgotne masy powietrza z nad Morza Śródziemnego i Atlantyku zasilają tu kilka rzek,  z których większość spływa do Oceanu Atlantyckiego. Rzeki zapewniają tak potrzebną słodką wodę, dzięki, której północne Maroko stało się zapleczem sadowniczym, dostarczając: mandarynki, pomarańcze, cytryny, granaty,  migdały, figi, jabłka, wiśnie, orzechy włoskie, oliwki oraz winogrona. Na łąkach pasą się kozy i owce.</p>
<p>W Armud, jak w każdej marokańskiej osadzie dominującą budowlą jest meczet z wysoką wieżą minaretu, z którego codziennie pięć razy słychać nawoływanie  muezina do modlitwy. Wieś przecięta jest szerokim uedem tj. suchym korytem rzecznym, które wypełnia się wodą tylko po gwałtownych ulewach.</p>
<p>Błędnie zakładaliśmy, że Imlil to ostatnia osada, gdzie można dokonać zakupów. W Armud sklepów również nie brakuje. Ale ceny są tu już wyższe. We wrześniu dzień jest długi, mamy  jeszcze dużo czasu podejmujemy więc trud podejścia do wioski Sidi Chamharouch, słynącej z sanktuarium dostępnego tylko dla wyznawców islamu. Dalsza droga wiedzie wzdłuż górskiego potoku Mizam, jest to typowa polodowcowa U-kształtna dolina. Przez większość trasy wspinamy się ostro do góry, szybko zdobywamy wysokość, ale tracimy też wiele sił. Można je zregenerować zatrzymując się przy kramach położonych przy szlaku. Jednak z każdym krokiem ceny w nich rosną. Ostatni odcinek trasy to strome podejście 400 metrów w górę. W tracie wędrówki uciążliwością są spotkania na wąskich ścieżkach z objuczonymi mułami i osłami. Uparte, zmęczone zwierzęta za nic nie usuną się z drogi, to my musimy im zawsze ustąpić miejsca, zejść ze ścieżki. W końcu dostrzegamy samotne, suche drzewo, na którym zawiązanych jest kilka tasiemek. Ma ono ponoć magiczną moc, a dla nas jest drogowskazem, że zbliżamy się do celu pierwszego etapu peregrynacji ku szczytowi Tubkala.</p>
<p>Popołudniem docieramy do celu, berberyjskiej wioski wtopionej w zbocze góry Aksouala – Sidi Chamharouch.  Pierwsze kroki kierujemy do świątyni z białą kopułą, znajdującej się po drugiej stronie potoku. Wchodzi się przez niewielką kładkę. Napis przy niej zakazuje innowiercom wstępu.<i> </i>Świątynia jest miejscem spoczynku marabuta, czyli świętobliwej osoby, która ma zdolność bezpośredniego obcowania z Najwyższym. Marabut, uważany przez Berberów za osobę obdarzoną świętością, ma moc uzdrowicielską, może też przekazywać <i>baraka</i>, czyli błogosławieństwo otrzymane od Boga. W pobliżu świątyni znajduje się kilka grot, w których płoną znicze zapalone przez pielgrzymów.</p>
<p>. Celem licznych pielgrzymek jest świątynia, a w niej grób miejscowego świętego – marabuta. Przybywają tu głównie rodzice ze swoimi pociechami dotkniętymi upośledzeniem umysłowym. Wizyta w tym świętym miejscu ma im pomóc w przezwyciężeniu choroby. Na szlaku mijamy ojców wnoszących do tego świętego miejsca dzieci. Starsze pociechy wjeżdżają na mułach lub osiołkach. My po kilkugodzinnym marszu zasłużyliśmy na ciepły posiłek .Wybór dań w miejscowej jadłodajni jest bardzo ograniczony, ale z dużą przyjemnością decydujemy się na dobrze już nam znany tadżin. Jest to tradycyjny marokański posiłek przygotowywany na ogniu w dużym glinianym naczyniu., o takiej samej co danie nazwie. W oczekiwaniu na danie główne raczymy się kolejnym tutejszym specjałem. Zamawiamy <i>Berber whisky, </i>czyli gorącą miętę z domieszką miejscowych ziół, głównie tymianku. Ten bardzo słodki napój przygotowywany jest w dużym aluminiowym dzbanku i nalewany do małych szklanek z dużej wysokości, tak aby mocno się pienił. „Whisky” jak to  whisky szybko nas rozgrzewa i dobrze gasi pragnienie. Tadżin też nam smakuje, jest  to kasza kuskus z dużą ilością różnych warzyw i mięsem drobiowym. Do tego podaje się cienkie placki z  mąki pszennej. Wszyscy jemy z jednej wspólnej misy nie używając sztućców. Do jedzenia służy „czysta” prawa ręka. Posiłek powinno się wkładać do ust trzema pierwszymi palcami tej dłoni. Absolutnie nie wolno brać pożywienia do lewej „nieczystej” dłoni. Dzielnie walczymy z posiłkiem, jesteśmy już trochę oswojeni z miejscowymi zwyczajami. To zawsze wzbudza dobre uczucia u gospodarzy. Po posiłku wracają siły i dobry humor. Na nocleg zostajemy w Sidi Chamharouch. Nie ma tu schroniska, ani innego punktu noclegowego dostępnego dla turystów. Jedyna możliwość to spanie na podłodze w pomieszczeniu przypominającym garaż. Trudno, wyboru nie ma. Gospodarze rozkładają na murowanej posadzce dywany, do dyspozycji dla 5 osób dostajemy jeden materac, ale cena jest adekwatna do zaproponowanych warunków. To nasz najtańszy nocleg w Maroku. Snujemy się po tej malutkiej osadzie, w której na stałe mieszka kilkanaście osób, nawiązujemy kontakty z właścicielami sklepiku z pamiątkami, restauracji i naszego „garażu”. Chłoniemy specyficzny klimat tego odizolowanego od świata miejsca. Są widoki, które na trwałe zapisują się w mojej pamięci. Zapamiętuję wiszące w oknie na sznurku stare poprute majtki oraz znoszone dziurawe skarpetki, więcej jest w nich dziur niż pozostałości skarpetki.</p>
<p>Obserwujemy,  jak pielgrzymi zażywają rytualnych kąpieli w potoku i pod małym wodospadem. Większość z nich jest bardzo dobrze zaznajomiona z tym miejscem, gdyż przebywają tu od wielu tygodni. Przybyli z upośledzonymi dziećmi, aby wróciły tu do zdrowia wymagana jest dłuższa „kuracja”, kilkutygodniowy pobyt w świętym miejscu. Tych bardziej zamożnych stać na opłacenie kąta do spania, zaś biedniejsi lokują się grotach. Nocują w nich również pielgrzymi, którzy dotarli tu na krócej. Chcą jedynie odbyć medytacje i zapalić świeczkę. W czasie wędrówki wzdłuż potoku jesteśmy świadkami dramatycznej walki o życie. Jeden z kąpiących się chłopców wpada w bystry nurt rzeki i zaczyna się topić. Usiłujemy pomóc, wspólnymi siłami udaje się uratować młode życie, choć do tragedii niewiele brakowało. Wyciągnięty z wody nieprzytomny, dzięki reanimacji przeprowadzonej przez jego kolegów szybko odzyskał świadomość.</p>
<p>Jesteśmy na wysokości ponad 2.200 m n.p.m.,  szybko robi się zimno i ciemno. Do wioski nie dociera energia elektryczna,  jeżeli gdzieś palą się światła to znaczy, że przy domu działa generator prądotwórczy. Jeszcze tylko wieczorna toaleta tj. mycie w zimnej wodzie w potoku, bo toalety przy naszym garażu nie ma.  Później gorąca zupa, podziwianie rozgwieżdżonego nieba i po 20.oo idziemy spać. Noc niezbyt miła, ciasno, zimno i niewygodnie, toteż wcześnie rano zrywamy się i po  śniadaniu ruszamy do góry. W planach na dzisiejszy dzień jest podejście 1000 m w górę, do schroniska położonego na wysokości 3.200 m n.p.m. Zajmie nam to około 4 godzin marszu. Słońce szybko ogrzewa powietrze, robi się ciepło, przyjemnie. Nie zapominamy posmarować się kremem ochronnym, z wysokim filtrem, o poparzenie słoneczne bardzo łatwo. Podchodząc podziwiamy kolejne wspaniałe górskie panoramy. Aklimatyzujemy się i oszczędzamy siły na następny dzień przeznaczony na atak szczytowy. Ruch na szlaku dość intensywny, często mijamy mulników prowadzących zwierzęta na grzbietach których wwożone są bagaże co bardziej  zamożnych lub leniwych turystów, a także produkty spożywcze oraz butle gazowe, które trzeba dostarczyć do schroniska. Początkowo podejście jest dość uciążliwe, krótkimi ostrymi zakosami wspinamy się do góry. W połowie drogi mijamy ostatni punkt gastronomiczny. Można tu nabyć mocno schłodzone w wodzie potoku zimne napoje. Nieliczni zainteresowani kupują okazy geologiczne. Sprzedawcy proponują róże pustyni oraz skamieniałości, głównie trylobity.</p>
<p>Tu po raz pierwszy, ale nie ostatni spotykamy naszych rodaków. Są to mili młodzi ludzie, którzy przed kilkoma laty wyemigrowali do Irlandii i za zarobione tam pieniądze mogą poznawać świat.</p>
<p>Z daleka w dużym, płaskim kotle polodowcowym, dostrzegamy bryłę schroniska. Jest ono zbudowane z kamienia, więc wtapia się w pejzaż. Sylwetka schroniska jest tak wielka, że wydaje się  iż do celu dzisiejszej wędrówki pozostało już niewiele. Ale po kilkudziesięciu minutach żmudnego podejścia widać, że są to dwa schroniska. Czytając przewodniki nigdzie nie natrafiliśmy na informacje o rozbudowie tutejszej bazy noclegowej. Może mimo dużej ilości turystów nie będzie kłopotu ze znalezieniem miejsc noclegowych. Przed dojściem do schroniska mijamy intensywnie zieloną łąkę, na której rozstawionych jest kilka namiotów, a pomiędzy nimi wypasają się  muły.<i> </i></p>
<p><i>  </i>Schroniska położone są na wysokości około 3.200 m. n.p.m. Stare nazywane Refuge du Tubkal należące do CAF, zlokalizowane jest trochę wyżej, a nowe &#8211; Les Mouflans, wzniesione kilka lat temu leży parę metrów poniżej. Oba budynki  wyglądają bardzo solidnie. Mile zaskakuje nas standard obiektów, u nas w Polsce takich nie znajdziemy. Przy wejściu do schroniska bufet, można w nim kupić napoje i słodycze, dalej recepcja, kuchnia schroniskowa i duża kuchnia samoobsługowa dla turystów oraz wielka sala jadalna. Są tu potężne solidne stoły, wygodne krzesła, a pod ścianami wielkie kanapy. Z sufitu zwisają olbrzymie kryształowe żyrandole, chociaż energia elektryczna dostępna jest z generatorów prądotwórczych w określonych godzinach.  Pokoje różnej wielkości, dostajemy miejsca do spania w dużej 16-osobowy sali. Jest ona wyposażona w nowe wygodne łóżka piętrowe z grubymi materacami, jest czysto. Największe zaskoczenie to możliwość gorącej kąpieli, w łazienkach są butle gazowe, dzięki którym można podgrzać wodę!!!!Kąpiel była naprawdę gorąca. Co za luksus !!!!</p>
<p>Do schroniska dociera coraz więcej osób. Jest jeszcze wcześnie toteż wszyscy spotykamy się przed budynkiem, rozmawiamy o jutrzejszym wejściu na szczyt, słuchamy relacji tych co z niego zeszli. Relacje jak zwykle różnorodne, od opinii, że wejście jest bardzo proste i nieuciążliwe, zajmuje ono jedynie około 2,5 godziny, po opowieści o dużym wysiłku fizycznym i wyprawie trwającej dwa razy dłużej. Towarzystwo w schronisku bardzo zróżnicowane od młodych 20-letnich ludzi po seniorów liczących ponad 70 wiosen. Pochodzą oni z bardzo różnych zakątków świata. Dziwi nas obecność turystów z Maroka, spotykamy też Australijczyków, Czechów, Szwajcarów, Hiszpanów, Hindusa, ale dominują nasi rodacy.</p>
<p>Tymczasem ogarnia nas lenistwo. Grzejemy się w promieniach słońca, uzupełniamy notatki, rozkoszujemy się słodyczami przywiezionymi z Polski. Podziwiamy piękne panoramy górskie, przypominają trochę nasze Tatry Zachodnie, choć skala gór zupełnie inna, nieporównywalna. Zaglądamy do drugiego starego schroniska, wygląda ono równie sympatycznie jak nasze. Standart w schronisku jest tak wysoki, że przy wejściu do niego należy zmienić obuwie.  Zamawiamy tu doskonałą sałatkę warzywną  z tuńczykiem. Brakuje tylko piwa, ale to przecież kraj muzułmański. W naszym schronisku spotykamy się o godzinie 19.00, serwowana jest wtedy wspólna dla wszystkich turystów kolacja. Elegancko nakryte stoły i jednorodne menu: zupa jarzynowa i spaghetti. Turystka z Maroka próbuje na stole postawić butelkę wina, ale spotyka się to z natychmiastową ostrą reakcją pracowników schroniska.</p>
<p>Noc jest zaskakująco ciepłą, śpimy czujnie i po kilku falstartach wstajemy podobnie jak większość mieszkańców  schroniska o 5.3o.Przygotowane na wyjście plecaki są małe i lekkie, mamy trochę słodyczy, owoców, aparat fotograficzny, kamerę i zapasowe baterie. Resztę rzeczy pozostawiamy w schronisku. Ciepłe rzeczy wkładamy na siebie. Gdy wychodzimy ze schroniska zaczyna świtać. Temperatura powietrza około 0 C, bezwietrznie. Przed nami na szlak wyszło kilka małych grupek, wytyczają nam  trasę. Na szczyt wiedzie kilka różnych ścieżek. Łatwo zabłądzić, gdyż trasa turystyczna oznakowana jest małymi, niezbyt widocznymi kamiennymi kopczykami. Idziemy w środku stawki, tempo dość wolne, spokojne i rytmiczne, decydujemy się na częste, ale krótkie odpoczynki. Ścieżka wiedzie przez liczne pola piargów. Podchodzi się trudno, małe kamienie osuwają się spod nóg. Trzy kroki do przodu i jeden w tył. Tubkal ginie nam z oczu, nie widzimy celu naszej wspinaczki. Patrzymy na zegarki idziemy już prawie 2 godziny, czyli do szczytu powinno być już blisko, ale ktoś wyprowadza nas z błędu i mówi, że nie zaliczyliśmy jeszcze połowy drogi. Słońce zaczyna oświetlać kolejne szczyty, widoki coraz ładniejsze. W końcu ukazuje się naszym oczom przełęcz położona na wysokości około 4.000 m n.p.m. Na przełęczy krótki odpoczynek, zaczyna wiać coraz silniejszy wiatr. Zostało nam jeszcze około 200 m podejścia. Na szczyt wiodą teraz dwie wyraźne ścieżki, jedna przez olbrzymie pole piargów, a druga prowadzi samą granią. Mamy dość podejść po piargach. Wybieramy ten drugi wariant drogi. Przed 10.oo jesteśmy na szczycie zbudowanym ze skał wulkanicznych – andezytów. Pogoda nam sprzyja jest słonecznie, wiatr słabnie. Podziwiamy panoramy, jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że pomimo chwilowych słabości i kryzysów udało się wygrać tę walkę z górą. Na szczycie jest  już kilkadziesiąt osób, wszyscy gratulujemy sobie, robimy zdjęcia, wymieniamy się e-mailami. Czesi częstują nas whisky i ich najlepszym piwem Pilzner Urquel. Czujemy satysfakcję, rozglądamy się dookoła, wszystkie okoliczne szczyty położone są niżej. W tej chwili uświadamiamy sobie, że stoimy na najwyższym szczycie północnej Afryki. Wyżej wejść już się nie da. Dusza geografa raduje się wspaniałym krajobrazem gór o rzeźbie typowo alpejskiej. Patrzę na poszarpane szczyty leżące poniżej Tubkalu, na cyrki i kotły polodowcowe, na charakterystyczne szerokie U-kształtne doliny, którymi wcześniej spływały jęzory lodowców górskich. Stąd doskonale widać piętrowość roślinności w Atlasie Wysokim. Do wysokości mniej więcej 2.200 m n.p.m. rosną lasy, w których można spotkać sosny, dęby oraz cedry. Nie brakuje też eukaliptusów, drzew wprowadzonych tu sztucznie, ze względu na duże i szybkie przyrosty. Powyżej 3.500 m n.p.m. występuje już tylko bardzo uboga roślinność turniowa, głównie porosty i mchy.</p>
<p>Najwyższy punkt Tubkalu oznaczony jest wieżą, z 4 poprzecznymi deskami, które mają symbolizować  jego wysokość ponad 4.000m n.p.m., dokładnie 4.167 m n.p.m. Po odpoczynku i radości ze zdobycia „dachu Atlasu” rozpoczynamy uciążliwe zejście. Na piargach trzeba bardzo uważać, gdyż co chwilę ktoś się potyka i przewraca. Zejście jest bardzo uciążliwe i powolne. Nogi drżą, czuję zmęczenie, gubię właściwą drogę i przez to schodzimy trochę mniej wygodną i dłuższą trasą. Do schroniska docieramy około 14.oo, krótki odpoczynek i podejmujemy szybką decyzję o zejściu. Nie chcemy już spać w „garażu” w Sidi Chamharouch powinniśmy więc dotrzeć do Armud, a to kawał drogi. Początkowo tempo marszu bardzo przyzwoite, ale później zmęczenie daje o sobie znać. W Sidi Chamharouch spotykamy poznanych dwa dni wcześniej właścicieli kramów, proponują nam nocleg i kolację u siebie w domu w Armud, więc natychmiast, bez odpoczynku ruszamy dalej. Skracamy sobie drogę do naszej kwatery i idziemy skrótem tzw. ”ścieżką Berberów”, jest ona wąska i mocno eksponowana, z pięknymi widokami na wioskę,  oued  i na masyw Tubkalu. Ale na podziwianie widoków chęci coraz mniejsze, daje o sobie znać wielkie zmęczenie. Po zachodzie słońca docieramy w końcu do naszej bazy. Teraz  czas na spanie, na radość z przebywania w pięknych górach przyjdzie czas jutro o świcie. Nie pamiętam kiedy i jak znalazłem się w śpiworze, zasnąłem dosłownie na stojąco jeszcze przed wejściem do niego.</p>
<p>Rano wiem, że żyję, bolą wszystkie kości i mięśnie, ale radość i satysfakcja z obcowania z Atlasem olbrzymia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/wyprawa-na-dach-atlasu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>PRZEZ BEZDROŻA W KRAJU KWITNĄCYCH PŁOTÓW</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Nov 2013 12:08:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarek Fischbach</dc:creator>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[W Puszczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=1478</guid>
		<description><![CDATA[&#160; Madagaskar czwarta pod względem wielkości wyspa świata, po Grenlandii, Nowej Gwinei i Borneo, nie została jeszcze odkryta przez rzesze turystów. Takich dziewiczych i odludnych miejsc na globie pozostało już niewiele. O znikomej penetracji turystycznej decyduje  też znaczna odległość od Europy i Azji skąd rekrutuje się większość obieżyświatów, którzy docierają na wyspę. Nie ma tu [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>&nbsp;</p>
<p>Madagaskar czwarta pod względem wielkości wyspa świata, po Grenlandii, Nowej Gwinei i Borneo, nie została jeszcze odkryta przez rzesze turystów. Takich dziewiczych i odludnych miejsc na globie pozostało już niewiele. O znikomej penetracji turystycznej decyduje  też znaczna odległość od Europy i Azji skąd rekrutuje się większość obieżyświatów, którzy docierają na wyspę. Nie ma tu starych zabytków, ale znaleźć można dziewiczą, niespotykaną nigdzie indziej, mało przeobrażoną przez człowieka przyrodę. Jest to jedyne miejsce gdzie gatunki endemiczne, czyli takie które nie występują w żadnym innym miejscu na kuli ziemskiej stanowią 90 % całej flory. Jest to efektem izolacji wyspy położonej na Oceanie Indyjskim. Madagaskar około 150 mln lat temu oderwał się od kontynentu afrykańskiego. Pomimo bliskości, od kontynentalnej Afryki oddziela wyspę Kanał Mozambicki, który w najwęższym miejscu ma szerokość 392 km, nie ma ona większych związków z Czarnym Lądem. Ludzie, języki, flora, fauna, a nawet budowa geologiczna są zupełnie odmienne. Znacznie im bliżej do odległych o 6.000 mil morskich: Polinezji, Oceanii, wysp Azji Południowo-Wschodniej niż Afryki. Język malgaski używany na wyspie należy do grupy języków malajsko-polinezyjskich. Malgasze są potomkami przybyszów z wysp polinezyjskich i malajskich. Większość mieszkańców wyspy ma ciemny kolor skóry lecz brak u nich cech typowych dla rasy negroidalnej. Rysy ich twarzy zbliżone są do polinezyjskich a nawet europejskich. Również dzisiejsze powiązania gospodarcze są znacznie silniejsze z krajami azjatyckimi i europejskimi niż z sąsiadami z Afryki.</p>
<p>Wyspa ma też swój osobliwy świat zwierzęcy. Żyje tu ponad połowa ze wszystkich znanych gatunków lemurów. Często spotkać można kameleony, te wielkie zmieniające barwę jaszczurki dorastają nawet do 50 cm. Mają długi chwytny ogon i mocno wyłupiaste oczy.</p>
<p>Pragnąc zobaczyć dziewiczy fragment Madagaskaru wybraliśmy się na północny kraniec wyspy. Dotarcie do niewielkiej osady Ambilobe nie należało do najłatwiejszych zadań. Udało nam się tu dotrzeć samochodem  z Ambanja. Odległość ponad 100 km dzielącą obie miejscowości przebyliśmy w niespełna 4 godzin. Wcześniej podróżowaliśmy samochodem ze stołecznego Antananarivo do Mahajanga oraz samolotem z Mahajanga na wyspę Nosy Be i łodzią z wyspy w okolice Ambanja. Podróże nie sprawiały większego kłopotu wszystko przebiegało  zgodnie z wcześniejszymi założeniami.</p>
<p>Zdawaliśmy sobie sprawę, że komfort tych podróży, poza lotami samolotem jest niewielki. W kraju jest zaledwie kilka dróg o nawierzchni asfaltowej, duże odcinki trzeba pokonywać drogami  gruntowymi. Nie sprzyja nam też pora roku, marzec na północy Madagaskaru, to  koniec pory deszczowej. Intensywne deszcze  padały przez kilka ostatnich miesięcy.</p>
<p>Pragniemy dostać się z Ambilobe na wschodnie wybrzeże do Vohemar. To odległość zaledwie 160 km. Według mapy to jedna z głównych dróg w kraju, oznaczona jest symbolem 5a.  Jest późne popołudnie i nikt nie chce z nami rozmawiać o ewentualnej dzisiejszej podróży. Właściciele samochodów nawet tych z napędem na 4 koła wspominają o  wyjeździe nazajutrz. Nie mając innego wyjścia  godzimy się na niespodziewaną przerwę w podróży i nocleg w Ambilobe. Następnego dnia zmiana planów. Idziemy w góry, zwiedzić  rezerwat  Ankarana. To obszar chroniony, od 1990 roku wpisany jest na światową listę dziedzictwa UNESCO, a kilkanaście miesięcy przed naszą wizytą utworzono tu park narodowy. Znany jest z fantastycznych form skalnych oraz wyjątkowo intensywnych procesów krasowych. Zauroczyły nas wysokie, szpiczaste iglice, kamienne kolce o wysokości dochodzącej nawet do 50m, nazywane przez Malgaszy tsingami. Jest ich tu tyle, że czujemy się jakbyśmy weszli do gęstego kamiennego lasu, do tajemniczego skalnego labiryntu. Podziwiamy również wspaniałe, wielkie jaskinie w których gniazdują olbrzymie nietoperze. W innych jaskiniach, do których nie dotarliśmy, ponoć spotkać można krokodyle. Podziwiamy kilka wodospadów i fragment pierwotnej dżungli, z wysokimi drzewami oraz roślinnością mangrową. Po raz kolejny mamy możliwość obserwacji skaczących po gałęziach drzew lemurów. To najbardziej charakterystyczne i najczęściej spotykane na wyspie zwierzęta. Mają wielkie oczy, długi ogon oraz łapki zakończone jednym ostrym pazurem. Żyją w stadach, w których przywódczą rolę spełnia zawsze samica. Jest ich tu kilkadziesiąt gatunków, część z nich wykazuje się aktywnością w nocy, inne zaś w ciągu dnia. Niektóre są małe wielkości myszy, większe wielkością dorównują małpom.</p>
<p>Tak duże tereny zielone robią na mnie wrażenie, gdyż większość wyspy pozbawiona jest lasów. To efekt długoletniej działalności węglarzy i  wyrębu drzew. Przetwarza się je na podstawowy surowiec energetyczny, czyli węgiel drzewny, który od dawna stanowi główne źródło opału. Równie wielkim problemem jest wypalanie lasów. Czyni się to w celu pozyskania nowych pól uprawnych. Ten niekontrolowany wyręb i wypalanie lasów powoduje olbrzymią erozję gleb. Zerodowane gleby wyglądają przygnębiająco. W ziemi o barwie czerwonej tworzą się głębokie parowy, żleby. Przypominają mi wielkie krwawiące rany.   Gdy nadchodzi pora deszczowa opady wypłukują z nich kolejne drobne cząstki gleby. W ten sposób rany pogłębiają się.</p>
<p>Po tym dziewiczym terenie poruszamy się w towarzystwie aż dwóch przewodników. Po raz pierwszy mam do czynienia z takimi fachowcami, jeden z nich zna tylko miejscowe narzecze, a drugi jest  &#8230; niemową. Kolejne nasze zdziwienie nasze budzi fakt, że przez kilka godzin spędzonych na szlaku nie spotkaliśmy żadnych innych globtroterów.</p>
<p>Następnego dnia rano umówieni jesteśmy z kierowcą, że podjedzie do hotelu o 8 00 rano. Znając miejscowe zwyczaje zdziwieni jesteśmy, gdy zjawia się przed czasem. Wcześniej na wyspie nigdy nas to nie spotkało. Tu żyje się powoli, bez pośpiechu. Wszyscy mieszkańcy wyspy powtarzają „<i>mura, mura</i>”, czyli powoli, powoli. Tu nie ma się gdzie spieszyć, poza tym jeśli jesteś ważnym człowiekiem to i tak będą na ciebie czekać.</p>
<p>Zaskoczenie nasze potęguje fakt, że w szoferce obok kierowcy jest jeszcze trzech pomocników. Zdumiewa również wygląd samochodu. Jest to duży ciężarowy Mercedes przystosowany do jazdy terenowej, z metalową “budą”, w której po bokach zamontowano małe drewniane ławki. ”Buda” jest mała i niska.  Jest potwornie duszno i niewygodnie. W samochodzie niewyobrażalny tłok, na ławkach, które mogą pomieścić około 10 osób jest już nadkomplet. Każdy z pasażerów ma olbrzymie bagaże, wielkie worki, kosze, pudła. Bagaże ułożone są w środku samochodu pomiędzy ławkami, a część   załadowana jest także na bagażniku nad szoferką. W środku w niesamowitym ścisku siedzi już około 30 osób. Potworny tłok, harmider i smród. Zapachami jesteśmy mocno zdziwieni, gdyż do tej pory Malgasze kojarzyli się nam, jako ludzie czyści, przestrzegający higieny, dbający o  swój wygląd. Zagadka nieprzyjemnych zapachów wyjaśni się następnego dnia. Z obawami i przerażeniem patrzymy, jak nasza siedmioosobowa grupa z dużą ilościom bagaży ma się zmieścić do środka samochodu. Wydaje się to niewykonalne, ale nam udało się  prawie w 100 %, poza  jednym drobiazgiem. Jeden z kolegów  nie mieści się już w samochodzie, początkowo siedzi w otwartych drzwiach „budy”. Z jednej strony zazdroszczę mu, nie czuje wszystkich zapachów, na które w środku pojazdu jesteśmy narażeni, ale jazda w takich warunkach na dłuższą metę jest nie możliwa. Przenosi się szybko na dach szoferki. Podróż staje się dla niego mocno ryzykowana przy licznych podskokach samochodu nie ma się czego przytrzymać, ale ma za to wyjątkową możliwość robienia ciekawych zdjęć. Trochę gorzej, gdy zaczyna padać  deszcz, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Coraz bardziej urzeka nas koloryt wyspy. Ostro kontrastują ze sobą kolory, błękit nieba, czerwień ziemi i zieleń roślinności.</p>
<p>My z tyłu samochodu początkowo jedziemy w milczeniu. Każdy z nas zastanawia się czy wytrzymamy w tych warunkach te 160 kilometrów. Jak długo możemy jechać? Najwięksi pesymiści mówią o 8 godz. to daje przeciętną 20 km/godz., tyle co na rowerze. Zaciskam mocno zęby, co 5 &#8211; 10 min. patrzę na zegarek, ile zostało do końca podróży.</p>
<p>Po przejechaniu kilku kilometrów droga staje się coraz trudniejsza do pokonania. Koleiny początkowo kilkunastocentymetrowe, stają się głębsze niż koła samochodu. Kałuże i  rozlewiska są coraz większe, trudniejsze do pokonania. Na poboczach stoją samochody, które ugrzęzły w błocie. Młodzi mężczyźni z łopatami pomagają wykopywać pojazdy z błota.  Nasz Mercedes 91l z napędem na wszystkie koła dzielnie walczy, jednak kilka razy mocno go  zarzuca. Niewyobrażalne, ale tempo jazdy jeszcze spada. Tubylcy  wychodzą   z samochodu, dalej idą pieszo. Są do tego odpowiednio przygotowani, z nóg zdejmują japonki i dalej brną boso. Mnie zupełnie niespieszno do wodno-błotnych kąpieli, zrezygnowany siedzę w środku czekając aż kierowca kolejny raz upora się z coraz większą przeszkodą. Raduję się, bo w końcu jest tyle miejsca, że mogę wyprostować choć jedną nogę. Co za ulga. Coraz większy upał w rozgrzanej blaszanej “budzie” i mnie zmusza do opuszczenia samochodu. Dalej krok za krokiem brnę w czerwonym wszech otaczającym błocie. Przez kilka najbliższych  godzin na zmianę, niewielki odcinek idę piechotą, by kolejne  kilkaset metrów przejechać samochodem. A potem znów udać się  na kolejną pieszą wędrówkę. W końcu samochodem  tak zarzuca, że staje w poprzek drogi, a jego “buda” wpada w rosnące przy drodze zarośla. Po kilkudziesięciu minutach  uporczywej walki kierowcy udaje się ponownie wyjść z opresji. Pomagają mu w tym młodzi pomocnicy. Jedziemy dalej. Z przeciwnej strony mijają nas wolno poruszające się samochody. Najwięcej wśród nich jeepów, oczywiście z napędem na cztery koła. W oknach tych pojazdów widzimy samych „białasów”. Większe pojazdy formują konwoje po 3 &#8211; 4 samochody połączone łańcuchami. Wzajemnie sobie pomagają, inaczej trasa byłaby nie do przejechania.</p>
<p>Po 4 godzinach naprzemiennej jazdy i “spacerów” stwierdzam, że pokonaliśmy około<br />
8 &#8211; 10 km. Zastanawiamy się jak wrócić do Ambilobe, lecz odwrotu  już nie ma. Kiedy dotrzemy do celu, ile potrzeba na to czasu? Jak się okazuje, jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do tej   podróży. Brakuje nam wszystkiego: jedzenia, picia, właściwego ubioru, a przede wszystkim  nie jesteśmy do niej przygotowany psychicznie.</p>
<p>Rozglądam  się i patrzę na współtowarzyszy podróży. Oni z równą ciekawością i sympatią  obserwują naszą grupę. Nie widzieli jeszcze aby biali turyści  podróżowali  w takich warunkach. Wyraźnie nawiązuje się między nami nić sympatii. Widząc nasze nieprzygotowanie do  tej podróży starają się nam pomóc. Od młodej Malgaszki &#8211; Catherine dostaję pomarańczę i miły uśmiech.</p>
<p>Zaczyna do mnie docierać, że część naszych współtowarzyszy podróży jedzie do Vohemar w celach handlowych. Wiozą dużą ilość towarów na sprzedaż. Jeden z młodych tubylców ma ze sobą 2 ”garnki” zrobione z puszek po konserwach i 8 sitek tj. małych puszek  po konserwach z podziurawionym gwoździami dnem. To cały jego dobytek, który zamierza sprzedać na targu w Vohemar. Catherine wiezie na sprzedaż trzy duże kosze żywych krabów. Na kolejnych postojach wyjmuje je obmywa je wodą i ponownie pakuje do kosza. W ten sposób przedłuża im żywot, a sobie nadzieję na sprzedaż na targu żywych krabów. Otrzyma wtedy za nie wyższą cenę. Te kraby, które nie wytrzymały trudów podróży trafiają prosto do garnków i stanowią pożywienie dla pozostałych towarzyszy podróży. Z każdym postojem, z każdą kolejną godziną jazdy opłacalność takiego wyjazdu maleje. Krabów ubywa. Catherine w Ambilobe za trzy kosze krabów zapłaciła 20.000F, liczyła, że w Vohemar otrzyma za nie 30.000 F. Zarobek niewielki, a do tego dochodzą jeszcze koszty biletów w obie strony i opłaty za duży bagaż. Całe przedsięwzięcie zajmie jej około tygodnia, ale to najmniej istotne. Czas na Madagaskarze ma wyjątkowo małą wartość. Zastanawia mnie dlaczego tak wielu Malgaszy zajmuje się handlem. Uświadamiam sobie, że inne formy działalności wymagają większych inwestycji. Aby zostać krawcem trzeba mieć swoją maszynę do szycia, aby otworzyć warsztat rowerowy najpierw należy zainwestować w zakup kluczy rowerowych, a mało kogo na to stać.</p>
<p>Około 22 00, czyli po 14 godzinach jazdy docieramy do niewielkiej osady Dariana. Przejechaliśmy około 90 km. Spoglądam na pięknie rozgwieżdżone niebo. Takiej ilości gwiazd do tej pory nie widziałem nawet w planetarium. Nadszedł w końcu czas na upragniony  wieczorny posiłek. Cieszymy się z tego, bo głód już od kilku godzin daje o sobie znać.  Lecz po tym co zobaczyliśmy i poczuliśmy w kuchni większość z nas rezygnuje z kolacji. Po kilkunastu godzinach podróży mamy też nadzieję na wieczorną toaletę, ale nie ma nawet gdzie umyć rąk. Czekamy na dalszą nocną jazdę, lecz  okazuje się, że noc spędzimy w Dariana. Pytamy kierowcę o miejsce na nocleg. Jak się okazuje mamy dwie możliwości; możemy przesiedzieć noc na krześle przy stole bądź przespać się na podłodze. Po długich namysłach wybieramy ten drugi wariant. Nie mamy śpiworów, koców ani nawet karimaty, są one schowane w naszych niedostępnych bagażach ulokowanych na dachu samochodu. W nocy jest zimno i dają o sobie znać moskity. Nie jest ich dużo, są małe, ale wyjątkowo uciążliwe. Niestety nie dysponujemy też moskitierą. Czy poza swędzącymi bąblami będą jakieś konsekwencje tego nocnego spotkania ? Po kilku miesiącach okazało się, że tak. Pomimo regularnego brania środków antymalarycznych nie ustrzegłem się choroby. Na szczęście malaria była szybko zdiagnozowana, właściwie leczona więc jej przebieg był stosunkowo łagodny.</p>
<p>Nasi współtowarzysze podróży rozbiegają się na nocleg po okolicznych domostwach. Na następny dzień są wypoczęci i dobrze przygotowani do podróży. Są czyści, umyci, zmienili ubrania, w przeciwieństwie do nas. Kobiety, jak wszędzie na świecie, dbają o wygląd. Na głowach zawiązane nowe, czyste chustki, na palcach dłoni, rękach i szyjach biżuteria. Dookoła pustka, malutkie wiejskie domostwa, a tu taka elegancja. My nieumyci, w starych, brudnych ubraniach czujemy się mało komfortowo. Nasza obecność we wsi zostaje zauważona, zbiegają się dzieci. Pilne nas obserwują, co odważniejsze dotykają. Wszyscy radośnie i głośno witają nas okrzykami <i>sali vazaha, </i>czyli witaj, bądź pozdrowiony biały człowieku.</p>
<p>W drugim dniu podróży czekają nas kolejne nieprzewidziane przygody. Ze względu na wyjątkowo trudne warunki przejazdu, spalanie paliwa jest znacznie większe, ponad normatywne. Kierowcy nagle kończy się paliwo. Nigdzie w pobliżu nie ma stacji benzynowej. Koniec jazdy. Jest południe, słońce grzeje coraz mocniej, robi się gorąco, duszno, a do tego jeszcze wyjątkowa wilgotność. Wszyscy autochtoni wybiegają z samochodu szukając miejsca w cieniu. Sadowią się pod dużą rozłożystą palmą z postrzępionymi liśćmi przypominającymi liście bananowca. To słynna ravenala, symbol wyspy. Popularnie nazywana jest drzewem podróżników lub pielgrzymem madagaskarskim. Jak się później dowiaduję ravenala nie jest palmą, a krzewem. Jest na tyle charakterystyczną rośliną, że występuje w godle państwa, a także w logo linii lotniczych Air Madagaskar. To tu w jej cieniu współtowarzysze podróży odpoczywają, szykują posiłek, a my znów niepotrzebnie denerwujemy się. Do celu podróży niby już niedaleko, a ile czasu spędzimy tu zupełnie bezczynnie. Na co czekamy? Okazuje się, że na przejeżdżające pojazdy, może któryś z nich będzie miał nadmiar paliwa i zechce nam je odstąpić. Samochody jeżdżą tu z częstotliwością mniej więcej co 2 godziny jeden pojazd. W końcu udaje się nam, gdy trzeci z nich ma trochę paliwa na zbyciu. Brakuje tylko lejka, więc Malgasze robią go z &#8230; gazety. Znów się udaje. Po 6 godzinach bezczynności ruszamy dalej. Mijamy kolejne wioski.    Dostrzegamy, że Madagaskar to faktycznie jeden z najuboższych krajów świata, ale ludzie są to uśmiechnięci, radośni, potrafiący cieszyć się z prostego życia. W odróżnieniu od innych krajów afrykańskich pozostawał on bardzo długo poza zainteresowaniem europejskich kolonizatorów. Podbity został przez Francuzów dopiero w 1885 roku i był pod ich panowaniem do 1960 roku. Po odzyskaniu niepodległości przez pewien czas dostał się pod orbitę wpływów radzieckich. Mimo ubóstwa nie widać głodu, to zasługa klimatu, jest ciepło i wilgotno. Do tego urodzajne, powulkaniczne gleby zapewniają częste i dobre plony. Zbiorów można dokonywać 2 &#8211; 3 razy w roku. Symbolem urodzaju są dla mnie kwitnące płoty. Po raz kolejny zauważam, że wetknięta w ogrodzenie drewniana żerdź, po kilku tygodniach zakorzenia się i wypuszcza liście. Jest to możliwe chyba tylko na Madagaskarze.</p>
<p>Kolejne zaskoczenie, z naszego dużego samochodu musimy się przesiąść do dwa razy mniejszego busa. Dlaczego tak się dzieje nikt nie potrafi wytłumaczyć. To co wydaje się, w pierwszej chwili, zupełnie niemożliwe udaje się jednak zrealizować. Wszyscy w busie się mieszczą. To jest możliwe tylko w Afryce. Po pół godzinie jazdy kierowca zatrzymuje samochód i każe wszystkim wysiadać. Okazuje się, że zapomniał prawa jazdy i musi po nie wrócić do domu. Dopiero po chwili dociera do mnie, że pojechał ze wszystkimi naszymi bagażami, ale to na szczęście Madagaskar, a nie Europa. Tu nic nie ginie. Po godzinie oczekiwania pojawia się znów. Kolejna niespodzianka samochód jest wypełniony nowymi pasażerami. Tym razem już naprawdę wszyscy się nie zmieścimy. Trwają długie dyskusje, kto pojedzie dalej, a kto zostanie w buszu. Nam, jako cudzoziemcom, udaje się. Jesteśmy wybrańcami i ruszamy w dalszą drogę, aby po półgodzinnej  jeździe usłyszeć rozpaczliwy płacz kobiety. Okazuje się, że z poprzedniego postoju małżeństwo zapomniało zabrać swoją trzyletnią pociechę. Znowu wysiadamy, kierowca wraca z zrozpaczoną kobietą szukać dziecka. Wracają, nie wiem po jakim czasie, tracę już rachubę. Poszukiwania okazują się nieskuteczne. Kierowca pozostawia zdesperowaną kobietę na miejscowym posterunku policji. Rodzice wraz z policjantami dalej  poszukują zaginionego dziecka. Zastanawiam się, jak to możliwe, aby podróżujące wspólnie małżeństwo z jednym małym dzieckiem mogło o nim zapomnieć. No cóż, to uroki i magia  Afryki.</p>
<p>Dalszą nocną podróż urozmaicają nam wspaniałe śpiewy kobiet. Zauroczeni, oczarowani muzyką i pięknymi głosami chłoniemy specyfikę Madagaskaru. Przez dwie doby wspólnej podróży wszyscy jej uczestnicy zaprzyjaźnili się i teraz na zakończenie wspólnej eskapady serdecznie się ze sobą żegnamy, życząc sobie wiele szczęścia w dalszych etapach podróży. Po dwóch dobach podróży udaje się nam w końcu dotrzeć do celu. Jesteśmy w Vohemar.</p>
<p>Po tych doświadczeniach wiem, że kolejne etapy naszej wędrówki po Madagaskarze odbędę samolotem. Przede mną daleka droga do stołecznej Antananarivy, do polskich misjonarzy. Oblaci przybyli tu w latach 70. XX stulecia, założyli tu dom formacyjny. Ich siedziba znajduje się w dzielnicy Soavimbahoaka, położonej na jednym z 14 stołecznych wzgórz wulkanicznych. Polscy misjonarze pracujący w wielu rozrzuconych po wyspie parafiach przybliżają autochtonom wiarę katolicką oraz pomagają w rozwiązywaniu codziennych problemów. Często niosą im pomoc medyczną i dostarczają lekarstwa. Wśród tubylców cieszą się szacunkiem i sympatią. Praca duszpasterska jest trudna, gdyż katolicy stanowią niespełna ¼ populacji. Wśród Malgaszy nadal najbardziej popularny jest animizm.</p>
<p>Dziś wszelkiego rodzaju kontakty pomiędzy Polską, a Madagaskarem są minimalne. Nie ma tu polskiej placówki konsularnej. Kontakty handlowe praktycznie nie istnieją, polscy turyści i globtroterzy pojawiają się sporadycznie. Jedynymi przedstawicielami naszego kraju są misjonarze, którzy zawsze chętnie wspomagają będących w potrzebie rodaków. Dzięki nim udaje się nam odszukać Polaków, którzy wybrali wyspę jako swoje nowe miejsce do życia.</p>
<p>Jest ich bardzo niewielu. Poznajemy Leszka Borakiewicza i jego rodzinę. Przybył on na wyspę przed 5 laty. Jeszcze w Polsce ożenił się z Malgaszką Ania, która studiowała w naszym kraju. Tu urodziła się ich pierwsza córka, druga przyszła na świat już na Madagaskarze. Młodzi Borakiewiczowie chcieli ułożyć sobie życie nad Wisłą, niestety ze względu na rasizm zdecydowali się wyjechać z Polski. Leszek jest dziś cenionym na wyspie specjalistą w zakresie usług internetowych, zajmuje się wdrażaniem internetu. Dużą pomoc rodzina otrzymała od polskich misjonarzy ze stołecznej Antananariwy. Inny z naszych rodaków, mieszkający na zachodnim wybrzeżu w okolicy Mahajangi najbardziej upalnego miasta wyspy, położonego w delcie rzeki Betsiboka,  ma duże przedsiębiorstwa zajmujące się połowem ryb i owoców morza.</p>
<p>Warto wspomnieć, iż oddalony od Polski o tysiące kilometrów Madagaskar od dawna wzbudzał nasze zainteresowanie. To tu pod koniec XVIII stulecia dotarł Maurycy Beniowski żołnierz, podróżnik, konfederata barski. Trudno jednoznacznie określić jego narodowość. Raz podaje się, że był Polakiem, innym razem Węgrem, a przyznaję się do niego także Słowacy. Przybył tu w charakterze najeźdźcy, a później przekształcił się w przyjaciela Malgaszy, zyskał ich uznanie, zdobył autorytet. Na Madagaskar przypłynął w 1773 roku jako wysłannik króla Ludwika XV, który miał dokonać próby kolonizacji wyspy. Nie wypełnił swojego zadania, zaprzyjaźnił się z Malgaszami z czasem podporządkował sobie miejscowe plemiona i 10 października 1776 roku został wybrany ich królem.  Za żonę pojął Malgaszkę.  Spłodził wiele pięknych dzieci. Ponoć do dziś wśród mieszkańców tego regionu znaleźć można ciemnoskórych Malgaszy o błękitnych oczach. Po latach, w 1785 roku ponownie wrócił na Madagaskar i tu rok później 23 maja 1786 roku zginał w czasie potyczki z wojskami francuskimi. Pamięć o Beniowski przetrwała do dziś, w stolicy jedna z ulic nosi jego imię.</p>
<p>W okresie międzywojennym Polska zainteresowana była kolonizacją tej wielkiej wyspy. W lecie 1937 roku rząd wysyłał do północnej części Madagaskaru, w dolinę rzeki Maeverano, swoich przedstawicieli, aby rozeznali sytuację, dokonali penetracji terenu. Jako dwaj niezależni eksperci tej  egzotycznej misji podjęli się Arkady Fiedler oraz Mieczysław Lepecki. Napisali oni dwie zupełnie odmienne sprawozdania. Lepecki, jako kierownik komisji oraz znawca i ekspert do spraw kolonizacji, wcześniej był przedstawicielem rządu w krajach Ameryki Południowej, odniósł się akcji kolonizacji pozytywnie, widział możliwość przysłania tu kilkudziesięciu tysięcy polskich osadników, głównie rolników pochodzenia żydowskiego. Arkady Fiedler, który przebywał na wyspie znacznie dłużej, półtora roku, do propozycji tej odniósł się krytycznie. Życie zweryfikowało te plany i wybuch II wojny światowej  przerwał wszelkie dyskusje.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/przez-bezdroza-w-kraju-kwitnacych-plotow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Chile kusi turystów</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=chile-kusi-turystow</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:34:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=260</guid>
		<description><![CDATA[Chile &#8211; jeden z najbardziej odległych od Polski krajów, pozostaje cały czas dla nas egzotyczny i enigmatyczny. Niewielu Polaków, w ostatnim czasie tam dotarło. Zazwyczaj cały czas Chile kojarzy się nam w Polsce z dyktaturą Pinocheta, z poezją Pabla Nerudy, a nielicznym z filmem i wydaną ostatnio u nas książką “Dom dusz”. Chile jest jednym [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690006.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-784" alt="urozmaicona rzeżba powierzchni na pustyni Atacama" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690006-198x300.jpg" width="198" height="300" /></a>Chile &#8211; jeden z najbardziej odległych od Polski krajów, pozostaje cały czas dla nas egzotyczny i enigmatyczny. Niewielu Polaków, w ostatnim czasie tam dotarło. Zazwyczaj cały czas Chile kojarzy się nam w Polsce z dyktaturą Pinocheta, z poezją Pabla Nerudy, a nielicznym z filmem i wydaną ostatnio u nas książką “Dom dusz”. Chile jest jednym z najciekawszych turystycznie krajów Ameryki Południowej. Jest to państwo najszybciej rozwijające się gospodarczo na całym kontynencie, jego tempo wzrostu ekonomicznego wynosi aż około 6 % rocznie. Posiada nieźle rozwiniętą bazę turystyczną, gęstą i bardzo dobrze utrzymaną sieć dróg kołowych oraz co bardzo ważne jest krajem wyjątkowo bezpiecznym i przyjaznym dla obcokrajowców.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  Niesamowity kształt kraju wciśniętego między ośnieżone szczyty Andów a wybrzeże Pacyfiku powoduje bardzo dużą różnorodność klimatu, roślinności, stref przyrodniczych. Długość wybrzeża chilijskiego wynosi aż 4300 km, a szerokość kraju to zaledwie 200 km. Wybrzeże morskie na znacznym odcinku ma klimat pustynny, suchy to wpływ zimnego prądu morskiego. Czym dalej od wybrzeża i wyżej tym klimat staje się bardziej wilgotny. Na północy Chile, w pobliżu granicy z Argentyną i Boliwią znajduje się pustynia Atacama. Jest to najbardziej sucha pustynia na świecie. Średnio w roku spada tu zaledwie 10 mm deszczu tj. 10- krotnie mniej niż na Saharze. Są tu również miejsca gdzie deszcz nie padał od dziesięcioleci. Jest to najbardziej jałowy fragment naszego globu. Atacama położona jest na znacznej wysokości ok. 2400 </span><span style="font-family: Times New Roman CE;"><span style="font-size: medium;">÷</span></span><span style="font-size: medium;"> 2600 m. npm to też różnice temperatur w ciągu doby są olbrzymie i wynoszą około 50</span><sup><span style="font-size: xx-small;"> o</span></sup><span style="font-size: medium;"> C.<a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690013.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-791" alt="jeden z wulkanów na Pustyni Atacama" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690013-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a> Pustynia otoczona jest licznymi wysokimi szczytami Andów, ich kulminacje przekraczają 6000 m. npm. Wiele najwyższych szczytów pokrytych jest warstwą lodu i śniegu. Jest to strefa wyjątkowo dużej aktywności sejsmicznej. Trzęsienia ziemi zdarzają się tu kilkaset razy w ciągu roku, to znaczy, że średnio występują one częściej niż raz na dobę. Nie brakuje tu także czynnych wulkanów oraz licznych gajzerów. Dużą atrakcję dla turystów stanowią też jedne z największych na świecie solnisk słynny Salar de Atacama. Jest to olbrzymie płytkie jezioro z bardzo słoną wodą otoczone potężnymi pokładami soli kamiennej.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/06/31690018.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-622" alt="wulkany przglądają się w wodach Jeziora Chungara" src="/wp-content/uploads/2013/06/31690018-300x198.jpg" width="300" height="198" /></a>Nieco dalej na północ, na granicy z Boliwią znajduje się jedno z najwyżej położonych na świecie jezior Chungara. Leży ono na terenie Parku Narodowego Lauca na wysokości 4500 m. npm. Brzegi jeziora otoczone są od strony północnej i wschodniej wysokimi stożkami wulkanów : Pomerape &#8211; 6240 m. npm, Quisiquisini &#8211; 5480 m. npm i najwyższym Parinacota &#8211; 6330 m. npm. Szczyty ich są ośnieżone i wspaniale odbijają się w wodach jeziora. Na śródgórskich halach pasą się stada wikuni. Są to dzikie krewne lam i alpak. Najwspanialszym widokiem jest jednak stado wzlatujących różowych flamingów. Turyści przed wyruszeniem na wysokogórskie szlaki mogą zatrzymać się w niewielkim schronisku prowadzącym przez strażnika parku narodowego. Specjalnością schroniska jest herbata przygotowywana z ziół górskich, pomaga ona w aklimatyzacji na tej wysokości.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">  <a href="/wp-content/uploads/2013/05/res_del_Paine.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-118" alt="JF pod Torres del Paine" src="/wp-content/uploads/2013/05/res_del_Paine-200x300.jpg" width="200" height="300" /></a>Równie ciekawe jak północ Chile, są jego południowe krańce &#8211; Patagonia, jest to najdalej na południe wysunięty fragment kontynentu południowoamerykańskiego. Są tu wspaniałe fiordy z spływającymi do nich lodowcami górskimi. Dużą atrakcję może stanowić też poznanie miast chilijskich, niektóre z nich to znane na świecie kurorty nadmorskie jak chociażby Vina del Mar znane jako Cudad Jardin, czyli miasto ogród Valparaiso czy trochę mniej popularna Arica, w której podziwiać można kościół San Marco de Arica zaprojektowany w 1875 roku przez Aleksandra Gustawa Eiffla.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> <a href="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5570.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-561" alt="Jarosław Fischbach i Raul Nałęcz-Małachowski" src="/wp-content/uploads/2013/06/DSCF5570-216x300.jpg" width="216" height="300" /></a> W Chile mieszka niewielka, ale bardzo dobrze zorganizowana Polonia. Polacy osiedlili się głównie w stolicy kraju w Santiago de Chile. Mają tu swoje organizacje polonijne, wybudowali polski kościół, w bocznym ołtarzu znajduje się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a w głównym ołtarzu obok flagi chilijskiej wisi flaga polska. Co dwa tygodnie odbywają się nabożeństwa w języku polskim. Wśród Polonii chilijskiej spotkać można licznych łodzian. Najsławniejszym z nich jest znany reżyser i malarz Raul Nałęcz-Małachowski, który w ostatnim czasie wielokrotnie odwiedził Polskę. Jego najskrytszym marzeniem jest powrót do rodzinnej Łodzi.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Jarosław Fischbach</span></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/chile-kusi-turystow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ATACAMA – królowa pustyń</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=atacama-krolowa-pustyn-2</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:31:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=252</guid>
		<description><![CDATA[Po 22 godzinach jazdy komfortowym autobusem z Santiago de Chile naszym oczom ukazuje się niewielka zielona plama na buroszarym tle, to znak że zbliżamy się do Calama. Jest to główny ośrodek miejski w strefie pustynnej, z niego najłatwiej dotrzeć do serca Atacamy. Pomimo wielogodzinnej podróży jesteśmy wypoczęci i mocno podekscytowani czekającymi nas atrakcjami. Przejazd luksusowym [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY">Po 22 godzinach jazdy komfortowym autobusem z Santiago de Chile naszym oczom ukazuje się niewielka zielona plama na buroszarym tle, to znak że zbliżamy się do Calama. Jest to główny ośrodek miejski w strefie pustynnej, z niego najłatwiej dotrzeć do serca Atacamy.</p>
<p align="JUSTIFY">Pomimo wielogodzinnej podróży jesteśmy wypoczęci i mocno podekscytowani czekającymi nas atrakcjami. Przejazd luksusowym autobusem był niewiarygodnie wygodny. Jechaliśmy nowoczesnym wysokopokładowym autobusem jednej z regularnych linii. Autobus wyposażony był w klimatyzację, video, barek, czynną toaletę, co kilka godzin serwowano nam smaczne posiłki z napojami. Do snu dostaliśmy poduszki i koce. Obsługa autobusu co trochę przecierała zakurzone okna, gdy słońce zbyt mocno przygrzewało zaciągała zasłonki. W czasie jazdy organizowane były gry losowe z nagrodami &#8211; do wygrania były bezpłatne przejazdy fundowane przez prywatną linię autobusową, z której usług korzystaliśmy. Komfort zwiększały też doskonałe drogi chilijskie, które pozwalały na szybką jazdę. Za oknami krajobraz bardzo monotonny, pustynny, pozbawiony roślinności. Było to dla nas o tyle dziwne, że duży odcinek drogi prowadził wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Pustynny krajobraz to efekt oddziaływania zimnego prądu oceanicznego płynącego wzdłuż brzegu Oceanu.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p>Wielkim zaskoczeniem jest wygląd Calamy, wydawało mi się, że będzie to niewielkie senne miasteczko, rzeczywiście obrzeża miasta spełniły me oczekiwania, za to centrum ma charakter wielkomiejski. Pomimo późnej pory ulice tętnią życiem, dużo ludzi, mnóstwo wielokolorowych reklam, otwarte sklepy, biura turystyczne, kawiarnie, restauracje. Większość z nich ma bardzo elegancki wystrój. Budynki są jednak niskie, dominuje zabudowa jedno i dwukondygnacyjna typowa dla obszaru aktywnego sejsmicznie. Najczęściej , wstrząsy nie są zbyt silne ale notuje się ich około 400 – 500 w roku, czyli występują one średnio częściej niż raz w ciągu doby.</p>
<p align="JUSTIFY">Oczywiście większość z nich jest tak słaba, że nie są one odczuwalne przez ludzi.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">W trakcie wieczornego spaceru szukamy połączeń autobusowych lub oferty biura turystycznego która umożliwi nam poznanie Atacamy. Żadna z propozycji nam nie odpowiada. Biura zazwyczaj proponują dwudniowe wyjazdy, w pierwszym dniu wyrusza się z Calamy około godz. 15 <sup>00</sup> , aby wieczorem dotrzeć do San Pedro de Atacama, gdzie spędza się noc. Następnego dnia przed świtem wyrusza się aby zobaczyć gejzery, solniska , Dolinę Księżycową i ruiny Pukary – starej osady indiańskiej.</p>
<p align="JUSTIFY">Wieczorem w hotelu poznajemy sympatycznego Santiago, który pochodzi z San Pedro de Atacama. Proponuje, że będzie naszym przewodnikiem po pustyni i zabezpieczy nam transport &#8230;. tj. dwie taksówki!!! Przystajemy chętnie na tę niekonwencjonalną ofertę. Zadowoleni udajemy się na zasłużony wypoczynek. Noc nie należy jednak do spokojnych. Dane jest nam przeżyć trzęsienie ziemi – słabe bo ok. 2 – 3 <sup>o</sup> w skali Richtera, ale obudziło nas drganie łóżek i dzwonienie szklanek. Wstrząsy trwały niezbyt długo około 1 minuty.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Wczesnym rankiem o umówionej godzinie podjeżdżają pod hotel dwie czarne taksówki: Chevrolet i Renault. Przed nami około 100 km drogi do słynnej oazy San Pedro de Atacama. Tym razem dobra asfaltowa nawierzchnia szybko się kończy i wjeżdżamy na bardzo wyboistą szutrową drogę, po której można jechać bardzo wolno lub zdecydowanie szybko. Nasi kierowcy, aby nie czuć nierówności drogi decydują się na drugi wariant jazdy, na liczniku cały czas około 80 – 100 km/godz.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Wzdłuż drogi widzimy liczne niezbyt wysokie krzyże udekorowane sztucznymi kwiatami, przypominają o tych którzy nie zachowali należytej ostrożności. Pomimo wczesnych godzin rannych powietrze jest już bardzo nagrzane i suche. Powoduje to złudzenie optyczne, w ciepłym drgającym powietrzu widzimy nieistniejące faktycznie jeziora. To znana ze wszystkich pustyń świata fatamorgana.</p>
<p align="JUSTIFY">Po lewej stronie drogi ukazuje się nam olbrzymia wyrwa w ziemi, a obok niej imponującej wielkości hałdy. Tym razem to nie miraż, mijamy największą na świecie odkrywkową kopalnię miedzi w Chuquicamata. Występowanie miedzi na tym terenie odkryli już hiszpańscy konkwistadorzy. W czasie jednego z pierwszych podbojów Diego de Almagro kazał w 1536 roku wykonać dla swojego konia miedziane podkowy.</p>
<p align="LEFT">Dziś kopalnia ta dostarcza ponad połowę miedzi wydobywanej w Chile i przynosi olbrzymie zyski, tu wypracowuje się przynajmniej jedną czwartą wpływów z eksportu. Eksploatacja na skalę przemysłową trwa już od kilkudziesięciu lat, olbrzymi lej w ziemi ciągle pogłębia się i powiększa. Odkrywka jest głęboka na około 400 m, ma ponad 3 km długości , a szerokość jej dochodzi do 1 km. Warto nadmienić, że przy rozbudowie kopalni zatrudnionych było wielu naszych rodaków. Należy pamiętać, że ojcem górnictwa chilijskiego nazywany jest nasz wielki rodak Ignacy Domeyko, który wiele lat spędził w Chile, piastując m.in. funkcję rektora Uniwersytetu w Santiego de Chile. Pozostanie on na zawsze w pamięci Chilijczyków. Pasmo górskie położone na obrzeżu Atacamy nazwano Cordillera Domeyko. Jedno z miast nazwano jego imieniem Puerto Domeyko podobnie jak szczyt Cerro Domeyco, oraz minerał domejkit.</p>
<p align="JUSTIFY">Kopalnia znajduje się na wysokości ok. 2.500 m npm. Otaczają ją zaś znacznie wyższe szczyty Andów dochodzące do wysokości ok. 5000 – 6000 m npm. Na szczytach wielu z nich widoczne są białe śnieżne plamy. Nie brakuje tu stożków wulkanicznych, wiele z nich jest czynnych. Nad jednym z nich widzimy dużą chmurę utworzoną z gazów wydobywających się z jego krateru. Obok najbardziej znany wulkan Licancabur, na szczycie którego znajdowało się prastare indiańskie sanktuarium, do którego mieli dostęp jedynie najwyżsi rangą przywódcy plemienia i to tylko dwa razy w roku w okresie równonocy.</p>
<p align="JUSTIFY">Atacama jest jedną z najstarszych pustyń świata istniała już w trzeciorzędzie. Położona jest na pograniczu trzech państw: Argentyny, Chile i Boliwii. Ciągnie się wąskim ale bardzo długim pasmem ok. 3000 km. Jest to najbardziej suchy i jednocześnie jałowy obszar na kuli ziemskiej. Można tu znaleźć miejsca gdzie od dziesięcioleci nie spadła kropla deszczu. Średnie roczne opady wynoszą zaledwie 10 mm tj. dziesięciokrotnie mniej niż na Saharze. Atacama charakteryzuje się również bardzo dużą dobową różnicą temperatur, w dzień w słońcu słupek rtęci znacznie przewyższa 50 <sup>o</sup> C, aby w nocy spaść do poziomu ok. 0 <sup>o</sup> C.</p>
<p align="JUSTIFY">Wkrótce dojeżdżamy do serca Atacamy. Zjeżdżamy w bok od głównej drogi aby zobaczyć słynną Dolinę Księżycową. Podziwiamy bajecznie różnorodne formy, typowe zarówno dla pustyń kamienistych i piaszczystych. Są tu liczne kilkumetrowe skalne ostańce ukształtowane przez działalność wiatru, a także piaszczyste wydmy. Kolory brąz i szary w nieprawdopodobnie wielu odcieniach ostro kontrastują z błękitem nieba. Stwarza to wyjątkowo barwną scenerię. Jesteśmy zauroczeni krajobrazem tej jakże „kolorowej pustyni”, pozbawionej wszelkiej roślinności. Słońce na niebie wędruje coraz wyżej, cienie nasze stają się dłuższe, wzmaga się upał, nie ma się gdzie skryć. To najwyższy czas aby uciec z serca pustyni. Dobrze, że istnieje taka możliwość bo w pobliżu jest największa oaza na pustyni – San Pedro de Atacama. Zaczynamy ostry zjazd w dół do oazy położonej około 300 m niżej. Po drodze mijamy koryta suchych rzek. Zapełniają się one wodą tylko na krótki czas, gdy topnieją śniegi wysoko w Andach. W dole widoczna rzeka niosąca niewielką ilość wody, obok niej pola uprawne, kępy zielonych drzew. Miasteczko jest doskonale widoczne z daleka, gdyż tworzy dużą zieloną wyspę zagubioną wśród szaro – burej pustyni. Dziś liczy ono około 1000 stałych mieszkańców. Przy wjeździe do San Pedro tablice ostrzegające przed groźbą zachorowań na cholerę. Budynki mieszkalne bardzo podobne do siebie, zbudowane są z miejscowego surowca gleby połączonej z sieczką i kamieniami. Grube mury mają dać ochłodę w ciągu dnia i trochę ciepła w zimną pustynną noc.</p>
<p align="JUSTIFY">Każde obejście otoczone jest niezbyt wysokim, metrowym murem. Im bliżej rynku tym zabudowa staje się bardziej gęsta, maleją działki przydomowe, poszczególne budynki przylegają do siebie. W co drugim domu zlokalizowano biuro turystyczne. Jest też dużo obiektów noclegowych, ze względu na ich standard nie można ich nazwać hotelami. Co trochę natykamy się także na restauracje i knajpki. Nie brakuje również wypożyczalni rowerów terenowych, tylko amatorów na ich wynajęcie jest niezbyt wielu choć ceny są wyjątkowo przystępne. Są też punkty, w których można wynająć konie i udać się w siodle na zwiedzanie pustyni.</p>
<p align="JUSTIFY">Coraz więcej turystów ściąga do San Pedro, zbliża się południe, a o tej porze dnia nie da się podziwiać uroków Atacamy.</p>
<p align="JUSTIFY">Wracają ci co przed świtem wyruszyli zobaczyć wspaniały Salar de Atacama, jedno z największych solnisk na świecie. Znajduje się tam płytkie jezioro z bardzo słoną wodą oraz wielkie połacie wielometrowych pokładów soli kamiennej. Nad brzegiem jeziora podziwiać można piękne stada flamingów. Inni globtroterzy wracają pełni wrażeń po obejrzeniu o świcie gejzerów na płaskowyżu Tatio położonym na wysokości 4300 m n.p.m. Dochodzimy do centrum osady, na głównym placu stoi biały murowany kościół pod wezwaniem Św. Pawła. Kościół podobnie jak i przyległa do niego dzwonnica wzniesione są z miejscowych surowców. Dach zbudowano z drewna kaktusów cardón, a zamiast gwoździ użyto skórzanych rzemieni.</p>
<p align="JUSTIFY">Przed kościołem rozłożyli swoje stragany sprzedawcy regionalnych pamiątek, mają do zaoferowania głównie wyroby z wełny lam i alpak: czapeczki, skarpetki, swetry, narzuty i koce. Nie brakuje także kamiennych figurek, wyrobów ze skór, a także miejscowej biżuterii.</p>
<p align="JUSTIFY">W pobliżu znajduje się jeden z najstarszych budynków w osadzie, dom wybudowany przed 450 laty dla słynnego konkwistadora Pedro de Valdivii</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Po krótkim odpoczynku, chroniąc się przed bezlitosnym słońcem, zwiedzamy funkcjonujące tu od ponad 40 lat regionalne muzeum założone przez belgijskiego księdza – archeologa Gustavo de Paige. Znajduje się ono w jedynym nowoczesnym budynku osady. Prezentowane tu zbiory należą do jednych z najstarszych na świecie. Jeżeli prawdziwe są informacje, że tutejsze mumie liczą sobie ok. 10.000 lat, to są one starsze o 4000 lat od mumii egipskich. Ze względu na wyjątkowo sprzyjający suchy klimat mumie te zachowały się w doskonałym stanie.</p>
<p align="JUSTIFY">Ślady dawnych kultur podziwiać można w pobliskiej Pukarze, gdzie na stromym zboczu górskim znajdują się ruiny XII –to wiecznej warowni indiańskiej położonej. Odrestaurowywane są obecnie stare akwedukty, które doprowadzały wodę z gór do miasta. Po drugiej stronie rzeki San Pedro znajdowało się inkaskie miasto Catarpe.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">Pobyt na pustyni kończymy wizytą w naturalnym basenie z termalnymi wodami. Jest to obiekt dobrze zagospodarowany, jest m.in. zjeżdżalnia, a także kawiarnia i restauracja. Wielu globtroterów po trudach całodziennej eskapady odzyskuje tu nadwątlone siły. Nam pozostaje jeszcze powrót taksówkami do odległej Calamy.</p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="LEFT">Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/atacama-krolowa-pustyn-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Osierocona  Polonia  brazylijska</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=osierocona-polonia-brazylijska</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:30:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Z wizytą u Polaków]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=248</guid>
		<description><![CDATA[W Środę Popielcową 13 lutego zmarł ks. Benedykt Grzymkowski ( TChr). Przez 47 lat był opiekunem Polonii w Brazylii. Niniejszy artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez uczestników wyprawy „Nuevo Mundo” w trakcie wizyty w Kurytybie w dniach 1 – 5 marca 2012 roku. OSIEROCONA POLONIA BRAZYLIJSKA Ks. Benedykt Grzymkowski to dla mnie legendarna postać. [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>W Środę Popielcową 13 lutego zmarł ks. Benedykt Grzymkowski ( TChr). Przez 47 lat był opiekunem Polonii w Brazylii.<br />
Niniejszy artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez uczestników wyprawy „Nuevo Mundo” w trakcie wizyty w Kurytybie w dniach 1 – 5 marca 2012 roku.<br />
OSIEROCONA   POLONIA    BRAZYLIJSKA</p>
<p>Ks. Benedykt Grzymkowski to dla mnie legendarna postać. Od kilkudziesięciu lat interesuję się Ameryką Południową i dziejami Polaków na tym kontynencie. Z dzieciństwa i lat młodości pamiętam nazwiska kilku rodaków, którzy zawsze kojarzyć  będą się z Ameryką Południową. Są to słynni podróżnicy – pisarze: Arkady Fiedler, Wiktor Ostrowski, Tony Halik, a także Ignacy Domeyko „ojciec górnictwa chilijskiego” oraz ksiądz Benedykt Grzymkowski. O czterech pierwszych postaciach  można było dowiedzieć się z książek, prasy, telewizji, radia. Były to osobowości ogólnie znane. Zaś o ks. Grzymkowskim wieści w latach: 60., 70. i 80. ubiegłego stulecia były wyjątkowo skąpe, przynajmniej dla przeciętnego obywatela. Dziś nie potrafię odtworzyć skąd brała się moja wiedza o księdzu opiekującym się Polonusami w Brazylii. Gdy myślałem o naszych rodakach w tym odległym kraju zawsze na myśl przychodziła mi osoba ks. Grzymkowskiego.<br />
Benedykt Grzymkowski przyszedł na świat 20. kwietnia 1936 roku w Chełmży. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu. Święcenia kapłańskie odebrał w archikatedrze poznańskiej 23 maja 1959 roku. Kilka lat później uzyskał tytuł magistra romanistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jako Chrystusowiec związał swoje losy duszpasterskie z Polonią. Ks. Ignacy Posadzy założyciel męskiego zgromadzenia zakonnego – Towarzystwa Chrystusowego dla Wychodźców, potrafił zainteresować młodego księdza losami Polaków w Brazylii. Przypłynął on do tego kraju 23 maja 1966 roku, czyli dokładnie w 7. rocznicę święceń. Był to dla niego znak boży. Czuł, że Brazylia to jego przeznaczenie.<br />
Z opowieści ks. Grzymkowskiego, których mogłem wysłuchać w marcu 2012 roku, w Kurytybie, dowiedziałem się, że pierwsze 9 lat posługi duszpasterskiej spędził w Rio de Janeiro.  Od stycznia 1967 roku podjął pracę w kapelanii polskiej  tej wielkiej metropolii, dawnej stolicy Brazylii. Dzięki staraniom księdza, przy kościele Matki Boskiej Bolesnej,  powstała pierwsza w Rio de Janeiro polska parafia. Został jej proboszczem. Duchowny opowiadał o odmienności pracy duszpasterskiej w Ameryce Południowej. Była to zupełnie inna posługa niż w Europie. Tu poza zwykłą posługą duchową zajął się również opieką nad życiem rodzinnym i społecznym Polonii. Społeczeństwo polonijne było bardzo zróżnicowane zarówno pod względem: zawodowym, intelektualnym, wykształcenia i zamożności. W Rio de Janeiro,  wśród Polonii, która przybyła tu w większości po zakończeniu II wojny światowej, byli zarówno: robotnicy, żołnierze, ziemianie,  inteligenci oraz arystokraci.<br />
Dzięki umiejętnościom zjednywania ludzi ks. Benedyktowi udało się scalić tutejszą Polonię. Wszyscy wspólnie dbali o zachowanie ducha polskości, o kultywowanie tradycji. Przekazywali te wartości kolejnym pokoleniom Polonusów.  Po niedzielnych mszach odprawianych w języku polskim, wierni nie rozchodzili się do domów, ale wspólnie z duszpasterzem udawali się do pobliskiej kawiarni na kawę lub wino i prowadzili długie rozmowy i dysputy. Wszyscy stanowili wielką rodzinę, dużo o sobie wiedzieli, wzajemnie sobie pomagali.<br />
Ks. Grzymkowskiemu udało się utworzyć polski chór. Rodacy uroczyście świętowali wszystkie święta religijne i narodowe. Spotykali się zawsze 3 Maja, 15 Sierpnia, 11 Listopada. W uroczystościach tych nigdy nie uczestniczyli przedstawiciele PRL. Natomiast ks. Benedykt był dumny, że problemami Polonii potrafił zainteresować viceprezydenta Brazylii, który przybył na mszę świętą do polskiego kościoła.  Dzięki ks. Grzymkowskiemu powstały kursy i szkoły, w których dzieci oraz młodzież uczyły się języka swoich ojców, a starsze pokolenia pogłębiały wiedzę z zakresu kultury i historii Polski. Ksiądz Benedykt czynił starania, aby rodacy mieli możliwość oglądać filmy polskie, wypożyczał je i organizował  ich pokazy.<br />
Działania te były utrudnione, nie można było liczyć na wsparcie polskich konsulatów i ambasady. Wręcz przeciwnie, niektóre działania misjonarzy były torpedowane i dyskryminowane przez przedstawicieli reżimu. W większości Polonia brazylijska omijała placówki konsularne PRL.<br />
We wspomnieniach ks. Grzymkowskiego  okres jego pracy w Rio de Janeiro był owocny, przyniósł wiele dobra  Polakom. Jego posługa duszpasterska była bardzo pozytywnie przyjmowana przez Polonię, mógł się w niej realizować, spełniać, dawała mu dużo satysfakcji. Jak określił w rozmowie, była to praca ciężka, ale bardzo wdzięczna.<br />
Po 9 latach pracy w Rio de Janiero, w 1975 roku, powołany został na nowe stanowisko – prowincjała Towarzystwa Chrystusowego w Brazylii. Ten awans wiązał się z przeprowadzką do Kurytyby – centrum Polonii brazylijskiej. Działało tu wiele organizacji polonijnych:  Centralny Związek Polaków,  Uniao Juventus , Stowarzyszenia Polsko-Brazylijskie: im. Marszałka Józefa Piłsudskiego oraz im. Tadeusza Kościuszki. Charakter pracy wśród Polonii był zupełnie inny niż w Rio de Janiero. Spotkał tu innych Polonusów, byli to głównie ludzie prości, potomkowie pierwszych emigrantów, rolników. Ksiądz mocno podkreślał, że tu w Paranie żyje już  ich ósme pokolenie. Polonia nie była tu tak zjednoczona jak w Rio de Janeiro. Były organizacje wierne dawnym polskim tradycjom oraz takie, które współpracowały z reżimowymi przedstawicielami konsulatu PRL. Obchodził one organizowane przez placówki konsularne święta komunistyczne np. 22. Lipca.  Ks. Benedykt nigdy nie bał się nowych wyzwań. Zawsze starał się jednoczyć ludzi, a nie ich dzielić.<br />
Obowiązków ks. Grzymkowskiemu przybyło, gdy w 1976 roku został rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Brazylii. Funkcję tę pełnił przez 33 lata, aż do 2009 roku. Odpowiadał za polskich duszpasterzy w całej Brazylii, a pracowało ich tam około 400. Organizował spotkania polskich misjonarzy, jednoczył ich. Wspólnie, mozolnie dzień po dniu budowali mocną pozycję  polskich księży i sióstr zakonnych w kościele brazylijskim. Zdobywali jego uznanie i szacunek.<br />
Twarz ks. Benedykta stawała się jeszcze bardziej radosna i uśmiechnięta, gdy zaczynał wspominać pierwszą wizytę Jana Pawła II w Brazylii. Ówczesny Rektor Polskiej Misji Katolickiej w Brazylii  był jednym z głównych organizatorów pobytu papieża w Kurytybie. Początkowo miasto nie znalazło się na trasie wizyty Ojca Świętego, ale zarówno papieżowi jaki i miejscowej Polonii bardzo zależało na spotkaniu w Kurytybie. Plan odwiedzin Brazylii, dzięki staraniom ks. Grzymkowskiego, uległ korekcie. Jan Paweł II przyjechał do stolicy Parany i spędził tu dwa dni. Pierwszy dzień przeznaczony był dla Polonii. Początkowo Episkopat Brazylii planował spotkanie Jana Pawła II z rodakami w polskim kościele p.w. świętego Stanisława, mogłoby na nie przyjść zaledwie 2 tysiące osób. Niestrudzony Ksiądz Benedykt dokonał kolejnej korekty w planach pielgrzymki. Ojciec Święty spotkał się z rodakami na stadionie, wszystkie miejsca były wypełnione. Papieska msza zgromadziła 70 tysięcy wiernych.   W drugim dniu pobytu w Kurytybie papież spotkał się z przedstawicielami innych mniejszości narodowych, było ich aż 16. Wśród nich największe wrażenie na Ojcu Świętym zrobili Ukraińcy. Papież zapamiętał ich stroje, tańce i bliską jego sercu muzykę.<br />
Według ks. Grzymkowskiego wizyta Jana Pawła II  spowodowała przełom i odrodzenie Polonii. Znów nasi rodacy zaczęli być dumni ze swojego pochodzenia. Ponownie zainteresowali się swoimi przodkami, językiem polskim, historią, kulturą.<br />
Lata 80. to przełom w najnowszych dziejach Polonii w Brazylii. Najpierw w 1980 roku  wizyta Jana Pawła II, później w 1984 roku przyjechał do Parany Prymas Polski Kardynał Józef Glemp, który ujął czekających na niego Polaków swoją bezpośredniością, aż w końcu, w 1989 roku nastąpiła długo oczekiwana zmiana systemu politycznego w Polsce. Od tego czasu zmieniła się sytuacja Polonii. Poza księżmi, w nurt  autentycznej współpracy  włączyli się  nowi dyplomaci wśród nich Konsul Marek Makowski.  Zyskali oni zaufanie Polonusów, ich kontakty stały się częstsze.   Ks. Grzymkowski podobnie jak Polonia zadowolony był z takiej zmiany, wielkie nadzieje pokładał w powrocie starego – nowego konsula, który budzi tu nadzieje na lepszą współpracę.<br />
Zdaniem polskiego misjonarza trzeba wysiłku, aby Polacy byli jednością, aby nic, ani nikt ich nie dzielił, by nie tworzyć  podziałów na Polonusów, z którymi można współpracować i na tych którzy „pobłądzili” i należy ich unikać. Było to tym bardziej przykre, że sygnały takie nadchodziły głównie z kraju. Ksiądz chciał, aby Polonia była niezależna, aby mogła dokonywać sama wyborów, nawet gdy nie zawsze będą rozsądne. Nigdy nie godził się na podział na lepszych i gorszych Polaków. To go zawsze bolało. Żałował, że polscy politycy tak rzadko pamiętają o Polakach rozrzuconych po świecie, że odwiedzają ich okazjonalnie. Jedynym prezydentem RP, który odwiedził Kurytybę był Lech Wałęsa, w 1975 roku.  Urzędnicy niższego szczebla przyjeżdżali i obiecywali „góry złota”, a po powrocie do kraju zapominali o brazylijskiej Polonii.<br />
W trakcie naszej rozmowy narzekania w ustach ks. Benedykta to był wyjątek, zresztą trochę sprowokowany przeze mnie. Ksiądz był człowiekiem wiekowym, schorowanym, trochę zmęczonym, ale  wyjątkowo pogodnym, dobrodusznym, zawsze chętnym do niesienia pomocy potrzebującym, uczynnym, oddanym ludziom i bardzo poważnie traktującymi swoje obowiązki. Usiłowałem księdza zapytać o jego osobiste osiągnięcia, sukcesy. Ale ten skromny człowiek stwierdził, że starał się cały czas dobrze służyć Bogu i bliźnim. Jeżeli oni byli z tej posługi zadowoleni, to życie miało sens. Niechętnie wspominał o przyznanym mu 7 maja 1996 roku krzyżu komandorskim Orderu Polonia Restituta, który wręczono mu w Ambasadzie RP w Brasilii. O swoich publikacjach i pomocy w wydawaniu polonijnej prasy i czasopism, jak chociażby „Polonicusa” mówił równie niewiele. Stwierdził, że to wszystko jest zasługa obecnego rektora Polskiej Misji Katolickiej ks. Zdzisława Malczewskiego. To on jest tytanem pracy, który potrafi tak dużo zdziałać pomimo braku wsparcia finansowego z kraju. Wypowiadając te słowa ks. Benedykt prosił, abyśmy wyłączyli mikrofony i nie nagrywali tego fragmentu wywiadu.<br />
Obaj księża udzielali się w Polskiej Misji Katolickiej, ks. Benedykt był kanclerzem, a ks. Zdzisław rektorem. Obaj sprawowali posługę duszpasterską w parafii p.w. świętego Jana Chrzciciela w Kurytybie. Byli różni, dwie inne osobowości, które się uzupełniały, ale cel mieli jeden i wspólnie do niego dążyli.<br />
Jestem szczęśliwy, że po wielu latach oczekiwań dane mi było poznać obu księży, że dzięki spotkaniu z nimi mogłem lepiej zrozumieć i poznać wiele problemów związanych z Polakami w Paranie. Mogłem przekonać się jakim poważaniem cieszą się u wiernych w swojej parafii, jak cenieni są przez Polonię. Z naszego spotkania w Kurytybie utkwiły mi w pamięci zwłaszcza dwa obrazy. Pierwszy, jak obaj księża stali w wejściu do kościoła witając wszystkich przychodzących na mszę. Każdemu ściskali prawicę i starali się zamienić choć kilka słów. Druga scena, to wywiad udzielany nam przez księdza Grzymkowskiego. Ten starszy, drobny, niski i przygarbiony mężczyzna, o arystokratycznej twarzy i uśmiechniętych, radosnych oczach siedział w pobliżu obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Obraz ten był dla niego wielkim skarbem i pamiątką podarowaną przez Jana Pawła II Polonii z Brazylii. Wisiał na plebani w widocznym miejscu, ale wcześniej peregrynował do wszystkich polskich parafii, do miast i wiosek w Paranie, w których mieszkali Polacy, a do których nie udało się dotrzeć Ojcu Świętemu.</p>
<p>Opracował: Jarosław Fischbach</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/osierocona-polonia-brazylijska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ARGENTYNA</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=argentyna</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:29:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=246</guid>
		<description><![CDATA[Polonia Pierwsza migracja XIX wieczna za chlebem, głównie migrowali najbiedniejsi chłopi z Galicji i zaboru rosyjskiego.Osiedlali się oni w północnej Argentynie, w prowincji Missiones. Przydzielane emigrantom kilkudziesięciohektarowe działki w dżungli wymagały karczowania. Była to katorżnicza praca. Na wykarczowanych polach zakładali duże plantacje, zazwyczaj yerba mate i herbaty. Potomkiem pierwszych polskich emigrantów jest Miguel Skowron, jeden [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p><span style="text-decoration: underline;">Polonia</span></p>
<p>Pierwsza migracja XIX wieczna za chlebem, głównie migrowali najbiedniejsi chłopi z Galicji i zaboru rosyjskiego.Osiedlali się oni w północnej Argentynie, w prowincji Missiones. Przydzielane emigrantom kilkudziesięciohektarowe działki w dżungli wymagały karczowania. Była to katorżnicza praca. Na wykarczowanych polach zakładali duże plantacje, zazwyczaj yerba mate i herbaty.</p>
<p>Potomkiem pierwszych polskich emigrantów jest Miguel Skowron, jeden z najbogatszych plantatorów w Missiones, kandydat w wyborach na gubernatora prowincji. Jest jednym z największych producentów yerba mate i herbaty w Argentynie. Kilka lat temu nawet w łódzkich sklepach ( m.in. w Centralu) można było kupić yerba mate i herbatę Skowrona.</p>
<p>Kolejna duża fala emigracji przybyła do Argentyny po zakończeniu II wojny światowej, byli to głównie żołnierze z armii generała Andersa, którzy ze względów politycznych nie wrócili do nowej, komunistycznej Polski i wybrali życie na emigracji.</p>
<p>Tak postąpił m.in. Zbyszek Gębarski, który z żoną – Włoszką przybył do Argentyny w 1947 roku. Początkowo osiedlił się w Buenos Aires, a później w Mendozie- dużym mieście położonym u podnóża Andów. Przez wiele lat na budynku sklepu , który prowadził wisiał duży herb Polski – orzeł w koronie i napis Polonia. Zbyszek był przez długi czas szefem Związku Polaków w Mendozie. Zaangażował się w życie polonijne , m.in. Z Jego inicjatywy powstało w Andach polskie schronisko im. druha Marka Gaińskiego, w którym Polacy mają zawsze zapewniony bezpłatny nocleg. Zbyszek Gębarski pomagał też budować polski Dom Pielgrzyma w Rzymie. Za swoją działalność odznaczony był krzyżem zasługi przyznanym przez polski rząd na wychodźstwie w Londynie.</p>
<p>Główne skupisko Polonii znajduje się dziś w stolicy kraju, w Buenos Aires, gdzie Związek Polaków ma swoją okazałą siedzibę z polską restauracją, księgarnią, biblioteką. Prowadzone są tam liczne zajęcia mające na celu przybliżenie polskiej kultury i historii, a dla młodego pokolenia stwarzają możliwości kontaktu z językiem ojczystym ich przodków. Polacy do dziś wydają swoją gazetę Voz de Polonia – Głos Polski.</p>
<p>Na terenia wielkiego Buenos Aires , w dzielnicy Burzaco znajduje się Polski Ośrodek Młodzieżowy, z własnym hotelem, kawiarnią, biblioteką i basenem. Odbywa się tu wiele imprez i spotkań polonijnych m.in.: zloty polskich drużyn harcerskich z całej Argentyny, ale także msze w języku polskim.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Buenos Aires</span></p>
<p>Buenos Aires jest wielkim i bardzo dostojnym miastem, na nas zrobiło na nas tak wielkie wrażenie, że nazwaliśmy je Paryżem Ameryki Łacińskiej.</p>
<p>Stara pokolonialna architektura (Katedra, Casa Rosada czyli Pałac Prezydencki) często sąsiaduje z najbardziej nowoczesnymi wielokondygnacyjnymi budynkami.</p>
<p>Nam Buenos Aires kojarzy sie przede wszystkim z tangiem, tańcem którego korzenie pochodzą z robotniczych dzielnic San Telmo i La Boca. Do dziś w tych rejonach stolicy jest mnóstwo klubów nocnych, w których co wieczór króluje tango. Ściągają w te miejsca turyści z całego świata. Wieczory z tangiem to nie tylko pokazy taneczne ale i wokalne, instrumentalne. Wspaniałe argentyńskie wino i assado (mięso wołowe z rusztu) podawane na kolację przez wytwornych kelnerów dopełniają niecodzienną atmosferę nocy w Buenos Aires. Każdy wieczór klubowy kończy wspólna zabawa wszystkich gości, oczywiście w rytmie tanga.</p>
<p>W ciągu dnia prawie na każdej ulicy La Boca i San Telmo zobaczyć można tango wykonaniu par tańczących na rozłożonych na chodnikach dywanach.</p>
<p>Drugą wielką miłością Buenos Aires jest futbol. Nie sposób ominąć najsłynniejszych stadionów la Boca Juniors i River Place . Poza główną płytą , na której rozgrywane są mecze każdy ze stadionów posiada kilka trenigowych boisk, na których non stop trenują młodzi piłkarze.</p>
<p>Będąc w stolicy Argentyny nie można nie zobaczyć wspaniałego i jednego z najbardziej znanych cmentarzy na świecie – słynnej Recolety. Robi ona wrażenie miasta w mieście. Teren cmentarza jest stosunkowo niewielki, wciśnięty w gęstą, miejską zabudowę, sąsiaduje z parkiem miejskim. Wspaniałe nagrobki, budowle najczęściej z marmuru ozdobione licznymi płaskorzeźbami, rzezbami.</p>
<p>Jest to miejsce powchówku znamienitych obywateli stolicy. Odwiedzających cmentarz jest zawsze bardzo dużo , zarówno miejscowych jak i turystów. Miejscem pielgrzymowania jest grobowiec Evity Peron, przy którym zawsze znjadują się tłumy, a nagrobek przyozdobiony jest kwiatami.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Wodospady Iquazu</span></p>
<p>Jedną z większych atrakcji pogranicza trzech państw : Argentyny, Brazylii i Paragwaju są słynne wodospady na rzece Iquazu. Jest to miejsce powszechnie znane choćby z filmu “Misja”. Olbrzymi teren Parku Narodowego Iquazu obejmuje fragment dziewiczej podzwrotnikowej dżungli oraz zespół kilkudziesięciu wodospadów. Najpotężniejszy z nich zwany zwany Diabelską Gardzielą ma wysokość ok. 70 m. Bez wątpienia są to najpiękniejszechoć nie największe na świecie wodospady. Codziennie odwiedzają je tłumy turystów z całego świata. Jeżeli chce się podziwiać ten cud przyrody w spokoju zwiedzanie trzeba zaplanować na wczesne godziny ranne lub późnym popołudniem. Turystyka w tym regionie jest bardzo skomercjalizowana. Po stronie brazylijskiej wybudowano luksusowy kompleks hotelowy, z okien apartamentów można podziwiać , nie wychodząc na zewnątrz, liczne wodne kaskady. Sposobów na poznanie wodospadów jest mnóstwo, najbardziej uczęszczany jest kilkukilometrowy szlak pieszy. Kilka lat temu wybudowano specjalną kolejkę turystyczną , która podwozi najbardziej leniwych turystów pod największe kaskady. Turyści z bardziej zasobnym portfelem mogą skorzystać z lotów nad wodospadami, w podróż można udać się niewielkim, samolotem, helikopterem bądź balonem.</p>
<p>Organizowane są także specjalne spływy łodziami bądź pontonami, w trakcie takiego rejsu spokojnymi wodami rzeki Iquazu podziwiać można żyjące w nich krokodyle, żółwie. Organizowane są także turystyczne rajdy w dżungli – samochodami ciężarowymi z napędem na wszystkie koła.</p>
<p>Miełem mozliwość podziwiania wodospadów w różnym porach roku, wyglądają one zupełnie inaczej w porze deszczowej, gdy wody w rzece jest bardzo dużo, w porze suchej – mała ilość niesionej przez rzekę wody powoduje, że kaskady są mniejsze. Zawsze jednak w słoneczny dzień nad wodospadami można zobaczyć na niebie ogromną kolorową tęczę.</p>
<p>Zwiedzając wodospady nie brakowało akcentów polonijnych. Jednym z przewodników po parku narodowym jest młodyPolak, któremu tak spodobało się to miejsce, że mieszka tu kilka lat i zarabia na życie oprowadzniem grup turystycznych.</p>
<p>Nocowaliśmy w hoteliku prowadzonym przez panią Evelinę Navarette – polską hrabiankę. Kameralny hotel zapewnia turystom miłą, gościnną atmosferę z niepowtarzalnymi śniadaniami. Były to istne uczty dla podniebienia gości z całego świata. Wspaniałe egzotyczne owoce, świeże soki, domowe ciasta, doskonała brazylijska kawa.</p>
<p>Odwiedziliśmy także największą na świecie hydroelektrownię ITAIPU, wybudowaną na rzece Paranie. Dostarcza ona ok. 80% zapotrzebowania na energię elektryczną w Pargawaju i ok. 25% w Brzylii.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">Pustynie i góry w pólnocno-zachodniej Argentynie.</span></p>
<p>Północno-zachodni skrawek Argentyny- prowincje Sala i JuJuy to zupełne odludzie i pustkowie. Niewiele jest tu większych ośrodków miejskich, za to króluje tu dziwicza przyroda i wysokie góry. Klimat jest suchy, są to więc obszary pustynne.</p>
<p>Podziwiamy wspaniałe różnokolorowe, bajecznie wygladające góry w okolicach Cafayate. Kształty skał są bardzo oryginalne, to efekt działalności erozji mechanicznej – unoszone przez wiatr drobne ziarenka piasku rzeźbią skały.</p>
<p>Jedziemy starym, rozklekotanym i zatłoczonym do granic możliwości autobusem do niewielkiej osady San Antonio de los Cobres położonej na wysokości 4000 m <span style="color: #000080;"><span style="text-decoration: underline;"><a href="http://n.p.m/">n.p.m</a></span></span>. Docieramy na miejsce około 1 w nocy. Nie ma czasu , ani ochoty na poszukiwania hotelu. Korzystamy z noclegu w “obiekcie “ przed którym zatrzymał się autobus. Standard mocno turystyczny , dom jest jeszcze w fazie budowy. Przeżywamy więc kolejną przygodę. Nazajutrz chcemy dotrzeć do podnóża pustyni Atacama , aby zobaczyć słynne salary. Jedyna możliwość to wynajęcie samochodu terenowego. Jego właściciel chce aby daleka podróż była dla nas wygodna dlatego na tył picapa ładuje skórzaną kanapę i fotel (meble wyniesione z domu). Jest super. Kilkadziesiąt kilometrów jedziemy z dużą szybkością żwirową drogą , wszyscy jesteśmy maksymalnie zakurzeni. Jednak widoki rekompensują trudy jazdy. W drodze powrotnej zwiedzamy małe, wiejskie cmentarzyki zagubione na odludziu, podziwiamy słynne, olbrzymie wiadukty kolejowe. Dziś kursują nimi tylko pociągi turytyczne , słynny “pociag do nieba” jeździ tylko raz w tygodniu. My mieliśmy pecha , w trakcie naszej eskapady wypadły wybory prezydenckie i kursy pociągu zostały zawieszone.</p>
<p>Po wyczerpującym, pełnym wrażeń dniu zamarzyła się nam dobra kolacja , ale w San Antonio nie ma żadnej knajpy (poza barem śniadaniowym). Skazani jesteśmy na posiłek przygotowany przez właścicielkę naszego “hoteliku”. Nie liczymy na zbyt wiele. Spotyka nas miła niespodzianka – królewski posiłek : kurczak w ziołach natarty cytryną, zupa jazrynowa, pieczone ziemniaki, przystawki, gruszka na deser i aromatyczna herbata. Posiłek zjedliśmy przy starym stole, pięknie nakrytym, na starej (chyba z czasów kolonialnych) zastawie. Zaskoczeniem kolejnym jest cena tego posiłku &#8230;&#8230;&#8230; 1 USD od osoby.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/argentyna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>W   ARGENTYNIE</title>
		<link>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=w-argentynie</link>
		<comments>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Jun 2013 18:28:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Moje Podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://polskimszlakiem.pl/?p=242</guid>
		<description><![CDATA[W dalekiej Argentynie, w odległych Andach można znaleźć kawałek Polski. W centralnych Andach nieopodal Mendozy od ponad 25 lat funkcjonuje polskie schronisko wysokogórskie im. dh Marka Gaińskiego, położone jest ono na wysokości ok. 2.100 m n.p.m. Schronisko to stanowi własność Związków Polaków w Mendozie. Z obiektu tego mogą bezpłatnie korzystać wszyscy Polacy zarówno ci zamieszkujący [...]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">W dalekiej Argentynie, w odległych Andach można znaleźć kawałek Polski.<br />
W centralnych Andach nieopodal Mendozy od ponad 25 lat funkcjonuje polskie schronisko wysokogórskie im. dh Marka Gaińskiego, położone jest ono na wysokości ok. 2.100 m n.p.m. Schronisko to stanowi własność Związków Polaków w Mendozie. Z obiektu tego mogą bezpłatnie korzystać wszyscy Polacy zarówno ci zamieszkujący w Argentynie oraz ci przybywający z odległej Ojczyzny.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Schronisko to wybudowano dla uczczenia pamięci </span><span style="font-size: medium;"><span style="text-decoration: underline;"><b>KAWAŁEK POLSKI </b></span></span><span style="font-size: medium;">młodego polskiego harcerza mieszkającego w Argentynie Marka Gaińskiego, który w styczniu 1969 roku zginął nieopodal tego miejsca przysypany kamienną lawiną. Marek Gaiński był jedym z uczestników wyprawy wysokogórskiej odbywającej się pod hasłem “Tatry II”. Była to eskapada organizowana przez młodych polskich andynistów &#8211; harcerzy z Mendozy i Buenos Aires. Wyprawa ta została zorganizowana dla uczczenia 25 rocznicy bitwy pod Monte Cassino. Uczestnicy jej zdobywają kilka dziewiczych szczytów i nadają im jakże bliskie sercu każdego Polaka nazwy: Tatry I, Tatry II, Generał Iwanowski, Generał Bór-Komorowski, a najwyższy ze szczytów którego kulminacja sięga 5.220 m npm nosi od tego czasu nazwę Monte Cassino. Prawodawstwo argentyńskie zezwala, aby wszyscy zdobywcy dziewiczych szczytów leżących powyżej wysokości 5000 m npm mogli im nadać zaproponowane przez siebie i następnie zatwierdzone przez władze nazwy. Wielokrotnie skorzystali z tego Polacy. Młodzi uczestnicy ekspedycji zostawiają na szczycie polski proporczyk, ziemię przywiezioną z Polski i spod Monte Cassino. Cele wyprawy zostały osiągnięte, lecz do pełni zadowolenia zabrakło szczęśliwego zakończenia całej eskapady. To właśnie podczas zejścia z gór w pobliżu przełęczy Manantiales zaskakuje grupę kamienna lawina. Towarzysze wyprawy stawiają w tym miejscu duży żelbetonowy krzyż. Od tego czasu miejsce to nazywane jest Tumba del Polaco, czyli Grób Polaka. Członkom Związku Polaków z Mendozy udaje się otrzymać bezpłatnie działkę o powierzchni około 10 tys. m </span><sup><span style="font-size: xx-small;">2 </span></sup><span style="font-size: medium;">na której ma stanąć przyszłe schronisko. Jest to miejsce wyjątkowo urokliwe, z piękną panoramą na wysokie andyjskie szczyty.<br />
W pobliżu znajduje się duży obszar leśny co jest zupełnie niespotykane w tej strefie klimatycznej. Był on tu zasadzony przed ponad 50 laty przez rodzinę włoskich imigrantów, właścicieli terenu. Główną przeszkodą w szybkim wzniesieniu tego obiektu jest brak właściwych funduszy. Pierwsze pieniądze na budowę schroniska pochodzą od rodaków zamieszkujących prowincję Mendoza. W celu pozyskania dalszych pieniędzy Związek Polaków wydaje okolicznościowe cegiełki, są one kupowane przez Polonię z całej Argentyny, liczne harcerskie organizacje polonijne działające w różnych krajach. W 1972 roku udaje się uruchomić pierwszą kondygnację w schronisku. Przy jego budowie starano nawiązać do typowej architektury z Podkarpacia. Przy głównym wejściu zlokalizowano niewielki daszek wsparty na kolumnach. Wokół schroniska posadzono kilka typowych dla polskich drzew<br />
i krzewów są tu modrzewie, dęby, lipa, brzoza, a nawet krzaki malin. Są też jednak elementy typowo argentyńskie, miejsce na duży rożen, na którym przygotowuje się wspaniałe asudo tj. krwistą wołowinę pieczoną na ruszcie. W środku schroniska same polonica: wizerunek Ojca Świętego, popiersie marszałka Piłsudskiego, wiele wyrobów ludowych. Z okien schroniska widać “polskie szczyty” Krakus i Polonia Millenaria. Bezpośrednio odpowiedzialnym za funkcjonowanie schroniska uczyniono Zbigniewa Gębarskiego.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Schronisko trafiło w najbardziej odpowiednie ręce człowieka, który miał bardzo ciepły<br />
i życzliwy stosunek do ludzi oraz doskonale rozumiał wszystkich wyruszających na andyjskie ścieżki górskie. Przez długie lata wraz ze swoją żoną Luiginą opiekował się schroniskiem, dbał o jego rozbudowę i właściwą atmosferę.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Zbyszek był żołnierzem II Korpusu Wojska Polskiego, brał udział w kampanii włoskiej, walczył m.in. pod Monte Cassino. Po zakończeniu szlaku bojowego w Bolonii jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych nie mógł wrócić bezpiecznie do Polski. Wiedział, że jego koledzy, którzy zdecydowali się na ten krok są w nowej jakże innej niż ta, o którą walczyli Ojczyźnie, represjonowani. Zdecydował się więc pozostać we Włoszech, była to dla niego decyzja bardzo trudna i bolesna. Podtrzymuje go na duchu małżeństwo z młodą 17 -letnią Włoszką z okolic Padwy &#8211; Luiginą Salmin. Jednak los wystawia go na kolejną próbę. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza we Włoszech, ustawiczny brak pracy zmusza młodych małżonków do dalszej emigracji. Wybierają jeden z najbogatszych w tym czasie krajów na świecie Argentynę, do której przybywają w końcu lat 40-tych, z zamiarem przeczekania kilku lat, aż poprawi się sytuacja ekonomiczna we Włoszech. Początkowo osiedlili się w stołecznym Buenos Aires, Zbyszek jako muzyk grał w kilku zespołach, założył także swój własny. Jednak losy rzucają ich dalej w głąb kraju, do podnóża pięknych Andów, do Mendozy. Tu pozostali już na stałe, zakładając wspaniały swój dom, udzielając się bardzo we wszystkich pracach związanych<br />
z życiem tutejszej Polonii.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Dom ich stoi zawsze otworem dla wszystkich przybywających tu Polaków, panuje<br />
w nim staropolska gościnność i serdeczność. Jeden z pokoi przeznaczony jest specjalnie dla gości z odległej, ale jakże bliskiej sercu Ojczyzny.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Do domu państwa Gębarskich trafiliśmy, w sposób dość niesamowity. Po przyjeździe do Mendozy po prostu zatelefonowaliśmy do nieznanych nam wtedy gospodarzy przedstawiając się, że jesteśmy z Polski i mamy szczerą chęć zobaczyć kawałek Andów. Po 15 minutach oczekiwania przyjechał po nas na dworzec Zbyszek swoim samochodem, aby zabrać nas do siebie do domu. Wylądowaliśmy oczywiście w pokoju gościnnym, zaczęły się długie Polaków rozmowy. Zbyszek szybko wyciągnął akordeon i wspaniałe miejscowe wino, atmosfera pomimo znacznej różnicy wieku i zupełnej wcześniejszej nieznajomości bardzo szybko zrobiła się iście rodzinna, przyjacielska. W domu państwa Gębarskich odebraliśmy wielką, wspaniałą lekcję historii i wielkiego patriotyzmu. Na każdym kroku znajdowaliśmy najprzeróżniejsze ślady polskości, mnóstwo książek i albumów z Polski, nut, płyt i kaset<br />
z polską muzyką. Na ścianach wisiały dyplomy przyznawane przez Rząd Emigracyjny<br />
i prezydenta Rzeczpospolitej na Wychodźstwie, przez Polskie Siły Zbrojne przez Związek Polaków w Argentynie. Jest też dyplom za pomoc w budowie Domu Pielgrzyma Polskiego w Rzymie. Nie brakuje dyplomów i podziękowań od komitetów organizacyjnych wypraw andynistycznych. Wspaniałą lekturą okazuje się pękaty pamiętnik, do którego wpisują się<br />
i zostawiają swoje zdjęcia wszyscy goście, którzy odwiedzali dom państwa Gębarskich. Kogo w tym pamiętniku nie ma, tu wpis Wandy Rutkiewicz, tam Kazimierza Górskiego, Kazimierza Deyny, Zbigniewa Ryna &#8230; Chętnie kreśliliśmy też w pamiętniku parę słów od siebie i obowiązkowo zostawiliśmy zdjęcia.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Zbyszek wraz z Luiginą od lat byli właścicielami niewielkiego sklepu spożywczego, nad wejściem do niego zawieszona jest ogromna tablica z napisem POLONIA oraz godłem narodowym &#8211; orłem w koronie. Zbyszek jest dumny ze swego pochodzenia i cały czas podkreśla, że jest Polakiem. Udało mu się tak zaszczepić w Luinginie miłość do Polski, że czuje się ona bardziej Polką niż Włoszką, chociaż nigdy nie była w dawnej ojczyźnie swego męża. Luingina bardzo aktywnie działa w Związku Polaków. Państwo Gęborscy mają jedynego syna Ricarda, nie zna on już języka polskiego, lecz jego córka mała Ola, dla której dziadek miał więcej czasu wolnego ładnie mówi po polsku i chętnie śpiewa polskie piosenki.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Mamy szczęście, że w czasie naszego pobytu w Mendozie organizowane jest właśnie święto, w trakcie którego prezentowana jest kultura i tradycje różnych narodowości zamieszkujących w regionie. Polska reprezentowane jest przez małą Olę Gębarską, a także bardzo śniadego młodziana ubranego w strój krakowski. Okazuje się, że jest to wnuk jednego z nieżyjących już kolegów Zbyszka, żona jego, Włoszka dba o to aby zgodnie z zaleceniami swojego męża wychować wnuczka w duchu polskim. Dzięki takim ludziom można mieć nadzieję, że polska tradycja u podnóża sięgających nieba Andów pozostanie długo żywa.</span></p>
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;">Śladów polskości jest tu znacznie więcej, wszak jedna z pierwszych wypraw na najwyższy szczyt kontynentu Aconcaguę była organizowana właśnie przez Polaków. Na przełomie 1933 i 1934 roku polscy wspinacze weszli na szczyt nową drogą, od tego czasu nosi ona nazwę “Droga Polaków”, zaś zdobyte przez nich lodowce nazywają się “Lodowcami Polaków” bądź od nazwisk uczestników ekspedycji są to Lodowiec Ostrowskiego i Lodowiec Karpińskiego. Jeden z 6000-tysięcznych wierzchołków nosi nazwę Szczytu Polskiego &#8211; El Pico Polako. Nie został on jednak zdobyty przez Polaków, wejście na ten dziewiczy szczyt uniemożliwił im spadający kamień, który zranił jednego z uczestników wyprawy. Nazwę tej górze nadali argentyńscy andyniści, którzy zdobyli ją w 1958 roku. Jeszcze jeden ze szczytów o wysokości ok. 5.100 m npm nosi bliską naszemu sercu nazwę Polonia Millenaria &#8211; Milenium Polski, został on zdobyty po raz pierwszy przez młodych polskich harcerzy z Argentyny<br />
w roku 1966.</span></p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY"><span style="font-size: medium;"> Jarosław Fischbach</span></p>
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p align="JUSTIFY">
<p>&nbsp;</p>
<p><span style="font-size: medium;">Załączniki:</span></p>
<p><span style="font-size: medium;">1) Cegiełka na budowę schroniska im. dh Marka Gaińskiego</span></p>
<p><span style="font-size: medium;">2) Zdjęcia schroniska dh Marka Gaińskiego</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://polskimszlakiem.pl/w-argentynie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
